Czy uczucia są czymś złym…?

Tym razem, to nie ja odpowiem na pytanie. Poniższy fragment pochodzi z miesięcznika „W Drodze” 2 (450) 2011 i jest zapisem rozmowy Katarzyny Kolskiej i o. Romana Bieleckiego z ks. Krzysztofem Grzywoczem, wykładowcą teologii duchowości na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego, penitencjarzem katedralnym, kierownikiem duchowym.

Jeśli ktoś nie umie przyjmować uczuć negatywnych, to będzie miał kłopot z uczuciami pozytywnymi albo przeżyje je powierzchownie i nigdy nie doświadczy radości czy zadowolenia z siebie.Skąd w Kościele taka powściągliwość w mówieniu o uczuciach oraz kładzenie nacisku na intelekt i rozumowe przeżywanie wiary?

Chyba stąd, że w ten sposób łatwiej nam zrozumieć siebie. Uczucia są trudniejsze, wymykają się spod kontroli rozumu. Nie jest łatwo pojąć, dlaczego w danej chwili pojawia się takie, a nie inne uczucie, i jakie ono ma znaczenie dla mnie, jaki jest jego sens i przesłanie.

Myślę też, że ta nieufność wynika z tego, że przez długi czas w Kościele bardziej kładziono nacisk na to, o czym się myśli, niż na to, co się czuje. Stąd mamy obecnie lękowe podejście do uczuć i traktujemy je jako coś gorszego, a nasza duchowość stała się bardzo intelektualna. I w takim ujęciu świat uczuć jawi nam się jako nieznany i niekontrolowany, zagrażający naszej wolności.

Nie lubimy rozmawiać o uczuciach, wstydzimy się ich. Dlaczego?

Może z lęku przed zranieniem. Mówiąc, co czujemy, odkrywamy swój intymny świat, który można zranić. Ktoś powie o swojej tęsknocie i zostanie wyśmiany. To będzie go bolało.

Jak w takim razie postępować z uczuciami? Jak oswajać lęk przed nimi?

Jest to pewien proces, na początku którego trzeba przyjąć, że każde uczucie, które się w nas pojawia, jest czymś wartościowym i cennym. Inaczej mówiąc, że nie ma bezsensownych uczuć i żadne nie pojawia się bez powodu, że ma swój sens i chce się przyczynić do mojego rozwoju. Jeżeli z góry zakładam i klasyfikuję jedne uczucia jako dobre, inne jako złe, potrzebne, niepotrzebne, a nie daj Boże, moralne czy niemoralne, to proces przyjęcia uczuć jest mocno zakłócony.

A co z tymi, którzy tego sensu nie widzą i w chwili bólu, gniewu albo złości mówią, że nie chcą takiego uczucia?

Cóż… będzie im trudno zrobić krok w swoim rozwoju wewnętrznym. W wypadku odrzucania uczuć należałoby się zatrzymać i zapytać konkretnego człowieka, co się stało w jego życiu, że nie chce przyjąć z zaufaniem jakiegoś uczucia? Co go do tego skłania w sensie intelektualnym?

Zwykle w takiej sytuacji najpierw trzeba oczyścić sferę poznawczą. Każde uczucie ma jakąś otoczkę intelektualną. Na przykład gniew kojarzy nam się z krzywdą, zranieniem czy poniżeniem. Dlaczego? Bo nie nauczono nas, że gniew można zamienić w coś dobrego.

Takie przyglądanie się uczuciom, po to żeby przyjąć je i potraktować inaczej niż do tej pory, jest długim procesem i wymaga czasu. I póki sam siebie nie przekonam, że chcę z tym stanem pobyć, posadzić moje uczucie na fotelu naprzeciw mnie i dokładnie im się przyjrzeć, to nic w moim życiu się nie wydarzy. Tylko to, czemu zaufamy, może się rozwijać. Uczucia pojawiają się po to, żeby lepiej kochać i być dojrzalszym człowiekiem. Rozum to źle interpretuje. Jestem zły, więc muszę komuś wygarnąć albo kogoś poniżyć. A przecież są dziesiątki możliwości, które mówią, że możemy coś innego zrobić z tym uczuciem.

Nawet kiedy tego stanu nie rozumiem?

Oczywiście! Kto nie potrafi wytrzymać dwóch godzin w niezrozumieniu, nie wytrzyma pięciu minut w zrozumieniu. Wytrzymanie rozumienia jest o wiele trudniejsze niż wytrzymanie niezrozumienia. Jeśli zrozumiemy uczucia wstydu, lęku czy gniewu, to konsekwentnie zadamy sobie pytanie, jak dalej z tym postępować. I to dopiero zaczyna być trudne!

Może trudności w podejściu do uczuć biorą się z tego, że od dzieciństwa jesteśmy kastrowani w sferze uczuciowej? Mówimy dzieciom – „nie płacz”, „nie krzycz” „nie złość się” i szybko odcinamy je od emocji.

Za uczuciami stoi cała nasza historia i wychowanie. Weźmy taki przykład. Przychodzi chłopczyk z przedszkola i mówi, że zakochał się w koleżance, a rodzice zaczynają się śmiać. Chłopiec tłumi łzy i udaje, że nic się nie stało, a jednocześnie odbiera komunikat, że źle zrobił. To może rodzić blokady i trudności w życiu uczuciowym na wiele lat. Gdy taki chłopiec, już jako młodzieniec, zakocha się na poważnie, może nie wiedzieć, co z tym uczuciem zrobić. Bo przecież coś mówi mu wciąż, że to jest coś niewłaściwego. Albo weźmy uczucie lęku. Chłopiec mówi do ojca, że boi się iść do piwnicy, bo tam jest ciemno. A tato mu odpowiada, że prawdziwi mężczyźni się nie boją. A poza tym w piwnicy nie ma się czego bać. Jeśli się chłopak boi, to się boi. Dlaczego nie może pójść do piwnicy z doświadczeniem lęku i obawy?

Ten mechanizm ma też swoją drugą stronę. Nie chodzi tylko o umiejętność przeżywania uczuć trudnych, ale też o zdolność do wchodzenia w stan zadowolenia, umiejętność przyjmowania pochwał.

Mam głębokie przekonanie, że uczucia trzymają się za ręce i kiedy ktoś umie przyjmować uczucia nazywane popularnie pozytywnymi, to będzie także umiał obchodzić się z uczuciami „negatywnymi”.

Czy mechanizm przyjmowania uczuć możemy sami w sobie wykształcić? Czy raczej ktoś powinien nami w tym względzie pokierować?

To zależy od tego, jak głęboko tkwią w nas skrypty zachowań wobec uczuć. Jeżeli są powierzchowne, to wystarczy dobra lektura albo rozmowa z kimś. Jeżeli skrypt jest głęboki, to może być potrzebny kurs z zakresu komunikacji czy nawet terapia.

Czy przy takim sposobie zachowania nie stracimy przypadkiem poczucia grzechu? Zaczniemy mówić: ja tak czuję, takie są moje uczucia, tego nie zmienię. Kiedy moje wyrażanie siebie zaczyna być pychą, a miłość własna staje się egoizmem?

Weźmy taki przykład. Ktoś mówi w konfesjonale, że się wstydził przeżegnać przed kościołem. Czy jest to grzech? Wstyd to nasz doradca, pokazujący granice intymności. Dlatego pojawia się słusznie. Mamy prawo się wstydzić, nie jest to niczym złym, gdyż świat duchowy jest naszym najbardziej intymnym światem. Powinniśmy raczej zapytać, jak ktoś zareagował na tak pojawiające się uczucie. Bo gdy mówi podczas spowiedzi, że się wstydził przeżegnać, to przecież nie chodzi mu o uczucie wstydu, tylko o podjętą decyzję. To z niej się spowiada. Podobnie rzecz ma się z zazdrością. Samo uczucie nie jest grzechem. Jest w pełni poprawne. Najczęściej jest czego zazdrościć. Pytanie, co z tym zrobimy dalej. Jeśli z zazdrości zniszczymy komuś paszport tuż przed wyjazdem na stypendium do Nowego Jorku, wówczas jest to już grzech. Zazdrość to piękne uczucie, które niedojrzale traktowane bardzo komplikuje życie.

Gdzie zatem przebiega granica między uczuciem a grzechem?

Grzechem może być tylko konkretny czyn podjęty np. pod wpływem gniewu czy zazdrości, nigdy samo uczucie. Ponieważ uczucia nie podlegają ocenie moralnej. Tak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego.

Ale przecież spowiadamy się, że zgrzeszyliśmy myślą!

Tylko wtedy, gdy w myślach podjęliśmy jakąś decyzję, że przy nadarzającej się okazji zrobimy tak, jak pomyśleliśmy. I to jest niemoralne. Dynamika czynu wchodzi w ocenę mojej decyzji. Miałem ochotę ukraść coś ze sklepu, ale akurat był zamknięty. Decyzja, którą podjąłem, była niemoralna, choć podjęta w myślach.

Czy powinniśmy kontrolować uczucia? I czy w ogóle można kontrolować coś, co przychodzi nagle i jest pozaintelektualne?

To zależy od tego, jak rozumiemy słowo „kontrolować”. Na pewno ważne jest, byśmy rozumieli przesłanie pojawiających się uczuć. Jeśli natomiast kontrola miałaby polegać na tłamszeniu i ograniczaniu ich spontaniczności, byłoby to niewłaściwe. Uczucia mają w sobie pewną kreatywność, której warto zaufać. Oczywiście ona sama nie wystarcza i potrafi być zgubna, stąd ważne jest, by poddać je oglądowi rozumu. Źle zrozumiany gniew w zestawieniu ze spontanicznością może być ryzykowny, a nawet niebezpieczny.

Zatrzymajmy się jeszcze przy uczuciu zakochania. Zdarza się, że zakochujemy się, gdy mamy już męża czy żonę albo jesteśmy siostrą zakonną czy księdzem. Trochę trudno mówić w takim wypadku o kreatywności i spontaniczności pojawiającego się uczucia.

Jeżeli uznamy, że uczucie zakochania pojawiło się w nas po to, żeby zbudować trwały związek z tą kobietą czy tym mężczyzną i pozwolimy sobie na taką spontaniczność, to ten związek rzeczywiście może powstać. Ale zakochanie jest znacznie bogatsze w swoim przesłaniu. Budowanie trwałego związku jest tylko jedną z alternatyw. Są też inne sensowne możliwości przeżycia tego stanu. Zastanówmy się, dlaczego uczucie zakochania pojawia się u małżonków czy duchownych? Nie chodzi przecież o to, żeby zostawić współmałżonka albo porzucić kapłaństwo czy zakon. Jeżeli zrozumiem, jaki jest cel i kierunek tego uczucia, mogę pozwolić sobie na kreatywność i spontaniczność.

To trochę jak z dzieckiem. Gdy idziemy z nim na plac zabaw, pozwalamy, by wybrało, czy woli spędzić czas na huśtawce, na zjeżdżalni, drabinkach czy w piaskownicy. A sami siadamy na ławce i czytamy gazetę. Ale już na stacji kolejowej nie pozwolimy mu na taką spontaniczność, bo to mogłoby być niebezpieczne.

Zakłada ksiądz, że zakochany człowiek rozumie to uczucie. A przecież ono jest spontaniczne i wywraca świat do góry nogami. Potrafimy je ładnie opakować i rozgrzeszyć się, wierząc w to, że oto przyszła prawdziwa miłość, przeznaczenie, dar od Boga.

Właśnie to jest powodem tragedii międzyludzkich. Ludzie robią coś, czego potem żałują. Dochodzi do rozbicia małżeństw, odejść z kapłaństwa, porzucenia zakonu. Po jakimś czasie pojawia się refleksja, że nie zrozumiało się tego uczucia, a można było postąpić inaczej. To prawda, że w wypadku niektórych uczuć, na przykład zakochania, które nie może być spełnione, gdy jest się w trwałym związku, bardzo trudno o zrozumienie jego sensu. Dlatego warto wówczas szukać pomocy u kogoś z zewnątrz. Tam, gdzie nie jesteśmy silni, mamy być mądrzy. Tak jak Odyseusz, który poprosił o pomoc swoich towarzyszy, bo wiedział, że sam sobie nie poradzi. Żeby wytrwać w dobrej decyzji, potrzebujemy wsparcia. Odyseusz nie był sam.

Jeżeli żonaty mężczyzna czy ksiądz zakochuje się w jakiejś kobiecie i zostanie z tym sam, zginie. W tym sensie uczucia wołają o dialogiczność i w tym przypadku to jest ich podstawowe przesłanie – nie bądź sam, rozmawiaj.

Przy tym warto pamiętać, że każde uczucie pojawia się dla naszego rozwoju. I nie dzieje się to przypadkowo. Dzięki niemu mogę wiele zyskać. Zakochanie, którego nie będzie można zrealizować w związku, jest niezwykle bogate i ma niezwykły potencjał rozwojowy. Można śpiewać Te Deum laudamus na dowód odkrycia, ile dobroci jest w tym uczuciu. Bądźmy poważni. Gdybym miał tyle żon, ile razy byłem zakochany, to nie mielibyście gdzie tutaj usiąść.

W takim razie, jak dobrze przeżyć takie zakochanie, bo najczęściej traktuje się je ucieczkowo?

Raczej lękowo. Założenie oparte na fałszywej intelektualnej przesłance jest takie, że zakochanie jest po to, by zbudować trwały związek. Jeżeli kierujemy się takim nieprawdziwym przesłaniem, to nie mamy o czym rozmawiać.

Zakochanie zdarza się ludziom kilka razu w życiu, nawet jeżeli mają żony i mężów, są kapłanami czy zakonnicami. Powiem więcej: w pewnym sensie powinno się zdarzyć.

Jak to powinno się zdarzyć?!

Mówiąc ogólnie, chodzi o uszlachetnienie człowieka, uwrażliwienie go na obecność drugiego po to, żeby mógł pogłębić wybraną formę miłości. To, co chciałbym dać osobie, w której się zakochałem, angażuję w rzeczywistość, którą już wybrałem, a która z czasem stała się sztywna i potrzebuje oczyszczenia. Analizuję, czego brakuje mi w małżeństwie czy w kapłaństwie i co odnajduję jednocześnie w tym uczuciu, które mi się przytrafiło.

Kapłan który się zakochuje, naturalnie chciałby więcej czasu spędzać z jakąś kobietą. Może się zdarzyć, że to doświadczenie pozwala mu odkryć, że tak naprawdę nie ma prawie żadnych relacji z ludźmi, że jest ciągle zapracowany. Funkcjonuje jak dzielny rycerz Ivanhoe. Zbroja, i do boju! Tylko jak można się przytulić do księdza w zbroi? Takiemu księdzu trzeba postawić pytanie o to, gdzie ma swoich przyjaciół? Czy chce się z kimś spotkać? Jeżeli ciągle coś z siebie daje, nie nawiązuje żadnych więzi ani żadnej przyjaźni i nie ma dla siebie czasu, to zakochanie może być dla niego ratunkiem żeby nie umarł i nie zdziwaczał. Może pokazać jego wielki głód emocjonalny i przeprowadzić remanent w tej formie miłości, którą wybrał.

Kobiety czy mężczyźni, w których się zakochujemy, pozostając jednocześnie w relacjach będących naszym życiowym wyborem, są raczej impulsem do zmiany, a nie przeznaczeniem. Możemy być wdzięczni, że spotykamy takie osoby, ponieważ dzięki nim pojawia się uczucie. Może właśnie po to, byśmy wyszli poza swój egoizm i zatęsknili na nowo za czymś, co dawno wyblakło – za jakąś intymnością, bliskością. To nie przypadek, że najczęściej zakochują się ludzie, którzy zaniedbują swoje podstawowe więzi i są bardzo wygłodzeni emocjonalnie – i w kapłaństwie, i w małżeństwie.

Bezradność też ma swoje dobre strony? Często mamy z nią kłopot.

Bezradność pokazuje, że człowiek nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Narcystyczne poczucie własnej wartości jest formą głębokiej niedojrzałości, bo wielu rzeczy tak zwyczajnie nie rozumiemy i nie umiemy. Moje pięć chlebów i dwie ryby nie wystarczą, żeby zaspokoić tłumy. Tym tłumem może być konfesjonał, moja sala wykładowa, moja rodzina. Jeśli tego nie widzę, to jestem niedojrzały.

W naszej kulturze jest bardzo dużo pychy i takiej dziwnej zaradności. Proszę zauważyć, jak ludzie ze sobą rozmawiają w programach telewizyjnych, jak są pewni siebie. Nie widać w nich bólu niepewności, na wszystko mają odpowiedź. Ojciec Jacek Salij powiedział niedawno podczas zjazdu egzorcystów w Niepokalanowie, że im lepszy teolog, tym częściej mówi: nie wiem. Bardzo mnie to poruszyło. Myślę, że dobrze przeżyta bezradność pozwala na budowanie lepszych relacji z drugim człowiekiem, bo okazuje się, że muszę zawierzyć Bogu swoje życie. Nie jestem drugim Bogiem. To nie jest tak, że Bóg spotkał Boga i teraz sobie dialogują jak partnerzy. Bez Niego nic nie mogę uczynić. Zupełnie nic.

Czy Bóg ma uczucia?

Biblia pokazuje że Słowo Boga jest rzeczywistością uczuciową. Na kartach Starego czy Nowego Testamentu Bóg daje nam obraz siebie jako postaci uczuciowej. Widzimy na przykład Jezusa, który się gniewa.

Gniewa się, ale się nie śmieje.

Może tego po prostu ewangeliści nie zapisali. Może śmiech Jezusa ich nie dziwił. Bardziej dziwiło ich to, że się gniewał. Może zauważyli to, z czym sami sobie nie radzili. Nie wydaje mi się, żeby Chrystus się nie śmiał. Z pewnością jednak ludzi bardziej szokowało to, gdy widzieli, jak płakał czy się złościł. Taki prorok, łagodny jak baranek, a tu – jak czytamy w Ewangelii – spojrzał na wszystkich z gniewem. A już na pewno uczniowie byli zdziwieni, gdy zobaczyli w Ogrójcu, że Jezus się boi.

A czy mamy prawo złościć się na Pana Boga? Czy to jest dobre uczucie?

Myślę, że uczucia są jednym z podstawowych miejsc styku naszej relacji z Bogiem. Złość czy żal to bardzo dobre uczucia. Istnieje w tradycji modlitwa uczuć. Często mamy z nią do czynienia w psalmach.

Gdy się gniewam, to raczej mam ochotę używać słów mało cenzuralnych. A my tu mówimy o modlitwie. Ktoś zapyta, ale jak?

Pamiętamy słynną scenę, w której Jakub mocuje się z Bogiem. Dobry Ojciec może się mocować z synem. Wiemy, że w niektórych plemionach syn, który nie wejdzie w walkę z ojcem, nie jest prawdziwym mężczyzną. Ojciec czeka na walkę z synem. W relacji z Bogiem jest również miejsce na kłótnię, gniew, żal.

Jest też miejsce na ciche dni?

Ciche dni są wtedy, kiedy tłumimy złość. Ludzie, którzy się pokłócą, czy to w małżeństwie czy w przyjaźni, mają wrażenie, że ich relacja jest bliższa, lepsza, bardziej intymna.

Podobnie jest z Panem Bogiem. To, co nie jest włączone do modlitwy, nie rozwija się w nas poprawnie. Nawet jeżeli teraz tego nie rozumiemy. Ważne jest, żeby w modlitwie, podobnie jak w relacji z drugim człowiekiem, wyrażać swoje uczucia, nazywać stany, które się w nas pojawiają. Boże, chce mi się dzisiaj płakać. Czy tęsknię za uczuciem, karierą, pieniędzmi? Na razie nie wiem. Ufam, że po jakimś czasie to zrozumiem.

Modlitwa z prośbą o zrozumienie jest otwarciem się na Boże działanie, które jest światłem i rozjaśnia nasze stany emocjonalne. Bóg nie jest obojętny na nasze prośby, jeśli zostawiamy Mu przestrzeń do działania.

A swoim penitentom czy osobom w poradni mówi ksiądz: nie bójcie się uczuć?

Raczej idę za tym, co pojawia się w rozmowie. Odblokowanie uczuć jest celem terapii psychodynamicznej, a celem terapii poznawczej jest świat intelektualny. Trzeba jednak od razu dodać, że oba typy terapii się uzupełniają. Tu nie ma prostego alboalbo. Muszę wydobyć swoje uczucia, otworzyć się na nie i nie spieszyć się z ich definiowaniem. Zdefiniowanie nie zawsze jest najważniejsze.

Myślę, że istnieje obawa przed sprowadzeniem religii i wiary na poziom psychologii. Ksiądz mówi o Panu Bogu, bo tak musi mówić z racji swojej profesji. Ale równie dobrze możemy sobie wyobrazić inną zmienną – „siłę wyższą”, „wyższy sens”, „samorealizację”.

Wytrzymanie napięcia między dobrą antropologią a dobrą duchowością jest jednym z ważniejszych paradoksów chrześcijaństwa. Nie ma jednego bez drugiego. Psychologia bez duchowości niewielu rzeczy jest pewna. Podobnie duchowość bez psychologii staje się daleka i niezrozumiała. Łatwo wówczas o skróty myślowe, traktowanie na przykład zazdrości czy gniewu wyłącznie w kategoriach grzechu.

Skoro Chrystus jest w centrum chrześcijaństwa i jest prawdziwym Bogiem i człowiekiem, to w Nim spotykają się dwie natury: prawdziwie Boża i prawdziwie ludzka. To jest dla mnie obraz duchowości chrześcijańskiej.

Wobec uczuć popełnia się dwa zasadnicze błędy: psychologizacji i teologizacji. Napięcie między nimi musi zaistnieć. Łatwiej byłoby powiedzieć albo-albo. A siłą chrześcijaństwa jest utrzymanie tego paradoksu. Uczucie jest słowem Boga we mnie do mnie. Mogę je przyjąć jako miejsce modlitwy i jednocześnie mogę je przyjąć jako miejsce spotkania z człowiekiem. Nie muszę tego oddzielać. Nie zawsze muszę też je wyrażać. Dlatego świat uczuć wymaga obecności Boga – bez Niego nie zrozumiemy ich sensu. Święty Jan od Krzyża w swojej antropologicznej koncepcji człowieka przypisywał uczuciom wielką wagę. Uważał, że więź z Bogiem jest w nich najgłębsza, że to miejsce najgłębszego spotkania z Bogiem. Gdyż uczucia są czymś prawdziwe Boskim i prawdziwie ludzkim.

Może papież powinien napisać encyklikę o uczuciach?

Rzeczywiście, nie ma jeszcze takiej. A bardzo by się przydała. Wiara i uczucia, „Fides et passio”.

rozmawiali Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP

Żal za grzechy czy wyrzut sumienia?

Żal, czy wyrzut sumienia?

Jestem rozczarowana postawą kapłana podczas spowiedzi, który odmówił mi udzielenia rozgrzeszenia, kiedy powiedziałam, że zupełnie nie żałuję grzechu, przeciwnie postąpiłabym kolejny raz podobnie. Myślę, że wpłynie to na moje korzystanie z sakramentu pojednania w bardzo negatywny sposób (…). Zastanawiam się w ogóle czy chcę się w ogóle dalej spowiadać.

Karolina116121_3664

Sytuacja trudna, ale warto spróbować zastanowić się nad nią bez emocji. To, że kapłan nie udzielił rozgrzeszenia, nie może wpływać na dalsza naszą praktykę sakramentu pojednania, ale winno motywować do poszukiwania owocnego przeżywania tego sakramentu i nieustannej nad nim pracy.

Zdarzają się sytuacje, w których ksiądz nie udziela rozgrzeszenia, ale nie dlatego, że nie ma ochoty, albo „tak mu się wydaje” lub nie ma dobrej woli, ale dlatego, że nie może go udzielić. Nawet gdyby wypowiedział formułę, uczynił znak krzyża, to spowiedź byłaby nieważna, jeżeli brakuje pewnych, istotnych dla sakramentu pojednania, elementów. Trudno pisać w tej sytuacji o szczegółach, ponieważ nie pisze Pani o nich, jednak z przedstawionego problemu wynika, że kwestia dotyczy braku żalu za grzechy. Rzeczywiście, jeżeli mówimy, że spowiedź wiąże się z nawróceniem, czyli przemianą myślenia, to kwestią fundamentalną jest sprawa żalu za grzechy. Jeżeli nie żałujemy za grzech, wtedy nie możemy mówić o jakimkolwiek nawróceniu.

Jednak bardzo często mylimy dwie sprawy. Pierwszą z nich jest wyrzut sumienia. To, nasze poczucie po grzechu, to „dyskomfort psychiczno-moralny”, który odczuwamy. Wyrzut sumienia  dokonuje się na poziomie emocjonalnym. Żal za grzechy jest zdecydowanie czymś głębszym. Dokonuje się ona na płaszczyźnie wolitywno-kognitywnej, a jego fundamentem jest wiara w Chrystusa, który – jako pierwszy – nas umiłował. Najczęściej dzieje się tak, że utożsamiamy te dwa stany. Jednak jest to błędne myślenie. Warunkiem ważności sakramentu pojednania nie jest wyrzut sumienia, ale żal za grzechy. Bardzo często mówiąc „nie czuję żalu”, chodzi nam nie o żal lecz o wyrzut sumienia. Żal trzeba po prostu wzbudzić. Najczęściej żal za grzechy wzbudzamy równolegle z pojawieniem się wyrzutów sumienia i te dwa elementy idą w parze. Zdarzają się jednak wyjątki. Najłatwiej pokazać to na przykładzie: jeżeli w klasie, przez wiele lat wszyscy uczniowie oszukują na klasówkach, ściągając, to po pewnym czasie większość powie, że nie czuje z tego powodu wyrzutów sumienia, ponieważ np. „to nic takiego i wszyscy tak robią”, nie znaczy to, że nie mogą za ten czyn żałować, rozpoczynając swoją drogę nawrócenia.

Zwyczajna, niezwyczajna modlitwa

Zwyczajna niezwyczajna modlitwa

Trudno mi się skupić na modlitwie. Codziennie mówię dziesiątkę różańca, a rano i wieczorem dosyć długi pacierz. Wiem, że najważniejsze w modlitwie jest rozmowa z Bogiem, a nie ilość słów. Czy powinnam skrócić modlitwy? W moim niewielkim domu ciągle jest gwar i jedynym miejscem w miarę cichym jest… łazienka. Często modlę się przy czesaniu włosów czy myciu zębów, ale czy tak można?149477_6042

Temat modlitwy wielokrotnie pojawia się w listach od naszych czytelników. Cieszy to, bo przecież jest ona (w różnych wymiarach) najważniejszym elementem życia chrześcijańskiego. Jest obcowaniem z Bogiem, dzięki któremu bije nasze serce – serce wiary.

Może zacznę trochę prowokacyjnie, ale: „Bogu dzięki za trudności w modlitwie”! Bogu dzięki za to, że nasza modlitwa nie wygląda tak jakbyśmy tego chcieli, czy tak, jak „powinna wyglądać”. Dlaczego? Właśnie dlatego, że człowiek zwraca się do Boga w sposób najbardziej prawdziwy i szczery, kiedy doświadcza swojej niemożności, swojej bezsilności – także na modlitwie. Modlitwa nie może „być naszą”. To nie człowiek powinien być twórcą modlitwy, ale sam Duch Święty. „…Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26).

Alessandro Pronzato – kapłan diecezjalny, autor licznych książek z dziedziny duchowości  pisze: „Człowiek wówczas odkrywa modlitwę, gdy uznaje swą niemożność modlenia się. (…)Trzeba tak długo się modlić, aż nie dojdzie się do uświadomienia sobie swej niezdolności do modlitwy. Modlitwa jest nie tyle osiągnięciem, co raczej umożliwieniem Duchowi Świętemu modlenia się w nas(…). Jasne modlę się. A jednak to już nie ja się modlę. To Duch modli się we mnie” („Rozważania na piasku”, W drodze 2004).

Czasami zdarza się, że chcemy sprowadzić modlitwę tylko do słów. Wtedy wydaje się nam, że takie pobożne słowa powinny wybrzmiewać tylko w odpowiednich przestrzeniach – przestrzeniach sacrum. Modlitwa Ducha, który działa w nas, zmienia całego człowieka, tak że całe nasze życie powinno stawać się modlitwą. Jeżeli nie ma w nas postawy lekceważącej, złych intencji, modlić się możemy zawsze i wszędzie. „W przeciwieństwie do różnych mistycyzmów, które wrzucają cię w rozrzedzoną atmosferę, modlitwa chrześcijańska przygważdża twe nogi do ziemi. Nie pozwala, byś odrywał się od rzeczywistych problemów, od konkretnych sytuacji, od ludzkich uwarunkowań”( A. Pronzato „Rozważania na piasku”, W drodze 2004).

Wyznawanie grzechów

Do spowiedzi św. przystępuję dość regularnie, bo najczęściej co dwa tygodnie (zdarza się, że co trzy). Mam stałego spowiednika i kierownika duchowego i bardzo sie z tego cieszę, że Pan Bóg obdarzył mnie taką łaską, ale mam taki problem, że gdy robię rachunek sumienia, to staram się robić go bardzo dokładnie i szczegółowo, a później na spowiedzi św. jakoś brakuje mi odwagi, aby tak wszystko wyznać i ograniczam się do tego co najważniejsze. Brakuje mi też odwagi, aby z nim na ten temat porozmawiać(…).395667_7902

Rzeczywiście mało się o spowiedzi mówi, a głód informacji na ten temat jest wielki, na co wskazują Państwa listy. Ukazuje się jednak co raz to więcej książek na temat sakramentu pojednania, a pytania penitentów mobilizują kapłanów, aby sami konfrontowali się z tematem i czynili go również tematem swoich katechez, czy homilii.

Trzeba dziękować Panu za dar stałego spowiednika, jak i dar kierownictwa duchowego. Jest to wielkie dobrodziejstwo dla osoby pragnącej rozwijać się duchowo, można nawet powiedzieć – konieczność. Obiektywizacja i konfrontacja naszej życiowej drogi, naszych codziennych wyborów z drugą osobą jest konieczna, aby nie popaść w subiektywizm moralny.

Owszem, stały spowiednik to wielki dar i trzeba się o takiego modlić i szukać. Potrzeba jednak… duchowego męstwa. Praca ze stałym spowiednikiem wymaga systematyczności i wewnętrznej odwagi, stąd warto dobrze się rozejrzeć, aż zdecydujemy się na któregoś z kapłanów. Ludzki aspekt zaufania jest bardzo ważny i może nam tylko ułatwić przystępowanie do sakramentu pojednania i – tym samym – owocność samej spowiedzi.

Jeżeli chodzi o wyznanie grzechów, to pod – względem formalnym – dla ważności spowiedzi trzeba wypowiedzieć wszystkie grzechy ciężkie z przedstawieniem ilości i ważniejszych okoliczności, aby kapłan nie musiał być detektywem w konfesjonale, troszcząc się o poprawność, czy wręcz o ważność sakramentu pojednania tego i każdego następnego. Jeżeli to nie sprawia nam kłopotów, to tym bardziej nie musimy się bać wyznania innych grzechów czy rozmowy na ten temat.

Mogą zdarzyć się sytuacje, że jednak nie potrafimy wyznać grzechów powszednich… czasami nawet lekkich. Ciężar gatunkowy tych sytuacji – jak pisałem wyżej – jest nieporównywalny, ale jeżeli się tak dzieje najpierw warto o tym problemie powiedzieć samemu spowiednikowi i prosić Pana Boga o otwarcie swego serca, o męstwo i duchową odwagę. Spowiednik, w zależności od usposobienia penitenta i jego duchowego doświadczenia może rzeczywiście znaleźć indywidualny sposób rozwiązania tego problemu.

Najważniejszą kwestią jest jednak modlitwa. Ani nasze postanowienia, ani zapewnienia nie będą skutkowały wtedy, gdy nie będziemy prosić Pana o pomoc. Sytuacje, po ludzku trudne do rozwiązania lub nawet niemożliwe znajdują swoje rozwiązanie dzięki Chrystusowi. Warto, z wielka ufnością – zwracając sie do Niego – wołając: Jezu, Ufam Tobie!

ks.Tomasz

Nie mam potrzeby chodzić na Mszę…

Czy wiara musi się wyrażać w uczestniczeniu w niedzielnych Mszach świętych i „odklepywaniu” porannego oraz wieczornego pacierza? Czy nie można wierzyć w Boga nie chodząc na Msze świętą? Moim zdaniem człowiek powinien chodzić do kościoła, gdy ma taką potrzebę… Proszę o pomoc.941678_22182854

Wiara nie tylko, że nie musi, ale i nie powinna wyrażać się w „odklepywaniu porannego i wieczornego pacierza”. Jednak modlitwa należy do istoty chrześcijaństwa, jeżeli o nim właśnie mówimy używając terminu „wiara”. Bez modlitwy nie ma chrześcijaństwa, które – przecież – dzieje się w nas. Bez modlitwy, brakuje najważniejszego – relacji między Bogiem,  a człowiekiem. To tak, jak gdyby, dwoje kochających się ludzi nie chciało ze sobą rozmawiać – owszem – czasami nawet nie używając słów. Modlitwa, bowiem, to nie tylko słowa, to też milczenie.

Modlitwy trzeba się uczyć całe życie i nie jest to takie proste. Pisaliśmy już na łamach Przewodnika niejednokrotnie o modlitwie. Może mieć ona charakter zażyłego, wprost intymnego kontaktu z Chrystusem, będącego odzwierciedleniem naszej szerszej relacji wobec Niego. Może być pustynią, na której niczego nie odczuwamy, po prostu jesteśmy. Najważniejsze, jednak, by trwać.

Msza święta… Warto zacząć odkrywać samemu jej piękno. Jako chrześcijanie – nic nie musimy… Jednak kiedy zostawiamy Eucharystię, zostawiamy Sens naszej wiary, bo Eucharystia to sam Chrystus. Również i jej musimy się uczyć. Najważniejsze, żeby przestać chcieć coś „odczuwać” i od tego odczucia uzależniać wartość naszej modlitwy, w tym również i Mszy świętej. Wiara nie jest jedynie zaspokojeniem naszych potrzeb. Nasze potrzeby dzisiaj są takie, jutro są inne. Podobnie, jak i miłości nie możemy uzależniać od naszych potrzeb: „dzisiaj mam potrzebę – więc mówię, że cię kocham nad życie i jestem z tobą, jutro nie mam takiej potrzeby – więc mówię ci ‚do widzenia’ i odchodzę”. Wiara to łaska tzn. że otrzymujemy ją, jako wielki dar, ale to również zadanie dla naszej woli, dla naszego rozumu.

Modlitwa, Eucharystia, to wielka przygoda, bo z Chrystusem doświadczyć możemy tylko wielkich przygód. Nie piszę, że „musisz”, że „powinnaś”, że „należy”… po prostu jeśli chcesz spróbuj a odkryjesz tam największą Miłość Swego życia „Cóż większego Jezus mógł uczynić dla nas? Prawdziwie, w Eucharystii objawia się nam miłość, która posuwa się ‚aż do końca’ (por. J 13,1) – miłość, która nie zna miary” (Jan Paweł II „Ecclesia de Eucharistia” nr 11).

Uciec do zakonu?

Uciec do zakonu?

Skończyłam szkołę średnią(jestem pełnoletnia). Od dwóch, trzech lat noszę się z z zamiarem wstąpienia do jednego ze zgromadzeń zakonnych. Moi rodzice nie wiedzą jeszcze o moich planach (…) Boję się jak zareagują, ponieważ, wielokrotnie, gdy rozmawialiśmy na podobne tematy byli bardzo negatywnie nastawieni, zwłaszcza do kobiet, dziewczyn wybierających taką drogę. Myślałam nawet o tym, aby po prostu uciec z domu, ale za bardzo ich kocham(…)

Kamila125827_1423

Im człowiek starszy, tym częściej przychodzi mu podejmować trudne decyzje i ponosić za nie odpowiedzialność. Taka postawa jest, jednak, oznaką dojrzałości. Wskazuje na nią również umiejętność rozmawiania o sobie, o swoich planach, uczuciach, pomimo tego, że spodziewamy się negatywnej reakcji ze strony naszych słuchaczy.

Zawsze warto rozmawiać. W sytuacji, o której piszesz, nawet trzeba w końcu porozmawiać ze swoimi najbliższymi. Reakcji na Twoją decyzję, którą w ostateczności możesz podjąć tylko Ty – możemy sie tylko domyślać. Niekoniecznie musi to być reakcja negatywna. Nastawienie ludzi, nawet tych najbliższych, odnośnie życia zakonnego bywa negatywne, gdyż najczęściej wynika z nieznajomości realiów takiego życia. Kojarzy się często tylko z zamknięciem, odcięciem od świata, włosiennicą i innymi umartwieniami, a droga życia konsekrowanego, drogą życia zmarnowanego. Spokojna rozmowa wychodzi naprzeciw takiemu myśleniu. Kiedy mówimy o tym, co kochamy, gdzie jest nasze serce, wtedy serca tych, którzy i nas kochają mogą się zmienić i pokochać nasze szczęście.

Poza tym, kiedy wstępujemy do zakonu, czy do seminarium to nie jest jeszcze nasza ostateczna decyzja. Do takiej trzeba się przygotowywać latami, korzystając zawsze z pomocy Kościoła, w osobach przełożonych, spowiednika czy kierownika duchowego.

Przed wstąpieniem do zakonu warto, rozmawiając z przełożonymi, zapytać o ich sugestie dotyczące czasu wstąpienia do zgromadzenia; zaraz po szkole średniej, a może po ukończeniu np. studiów. Nie ma gotowych rozwiązań. Ucieczka  z domu, jest bardzo radykalnym rozwiązaniem i –delikatnie to ujmując – niekoniecznie najlepszym. Kiedy zresztą osiągamy pełnoletność, nie możemy mówić o ucieczce w ścisłym tego słowa znaczeniu. Bez względu, jednak,  na terminy taka dramatyczna decyzja nie jest rozwiązaniem problemów, ale ucieczką przed nimi. Prędzej czy później będziemy musieli stawić im czoła.

Trudny Stary Testament. Część II

Trudny Stary Testament (II) W jaki sposób Kain miał syna, Henocha? (…) Gdyby Adam i Ewa mięli córkę, to przecież tez nie mogliby razem począć dziecka. Zatem musieli być inni ludzie.125139_6145 Czytając całe Pismo Święte musimy zadać pytanie, jaki cel przyświecał autorowi natchnionemu, co chciał nam powiedzieć przez dany tekst, na czym mu najbardziej zależało. Unikniemy wtedy niepotrzebnych błędów i absurdalnych wniosków wypływających z fałszywej interpretacji. Wszystko inne jest podporządkowane temu nadrzędnemu celowi. Stary Testament to księga życia i wiary Narodu Wybranego. Początki jego dziejów opisane są zasadniczo w Księdze Wyjścia, gdzie mowa jest o przymierzu na Synaju. To właśnie przymierze między niewolnikami z Egiptu, reprezentowanymi przez Mojżesza, a Bogiem Jahwe, staje sie początkiem historii „wybrania”. Ten początek Narodu Wybranego musiał być jeszcze czymś poprzedzony… I tu zaczynają się dzieje Księgi Rodzaju. Autorzy chcieli wyjaśnić w jaki sposób Naród znalazł się on w Egipcie opisując jego historie począwszy od Abrahama, przez Izaaka, Jakuba, na jego synach skończywszy. Były one przechowywane w rodzinnych wspomnieniach, opowiadaniach… dopiero później zostały spisywane. A co z czasem przed Abrahamem? Co z początkami ludzkości. Tego czasu przecież nikt nie pamięta. Autor Księgi Rodzaju nie był obecny wtedy, kiedy „wszystko się zaczęło”, jak i żaden inny człowiek. Nie chciał więc on na pewno opisywać historii, do której nie miał, po prostu. dostępu. Pewne elementy z opowiadań o stworzeniu zawartych w owych pierwszych 11 rozdziałach odnajdziemy w opisach powstania świata w religiach Bliskiego Wschodu. Jednak różnica jest zasadnicza… ona właśnie mówi nam o celu napisania Księgi Rodzaju i ukazuje jak trzeba rozumieć  również historię Kaina i Alba, Henocha, „pierwszych ludzi”. „Pierwsza część księgi Rodzaju nie zawiera objawienia Bożego o wieku wszechświata, o relacji ziemi względem słońca i innych ciał niebieskich ani o przeciętnej długości życia pierwszego człowieka. Naucza, że świat materialny powstał z ręki Boga, że Bóg specjalnie brał udział w stworzeniu człowieka, że człowiek został stworzony do przyjaźni z Bogiem, że człowiek odrzucił Boga, że to ludzkie odrzucenie Boga jest przyczyną cierpienia, że Bóg nadal daje człowiekowi nadzieję pojednania, i że go nie porzucił”(G. Martin „Czytanie Pisma Świętego, jako Słowa Bożego”).

Trudny Stary Testament. Część I

Trudny Stary Testament (I)

W jaki sposób Kain miał syna, Henocha? Od najmłodszych lat na religii uczą nas, ze Adam i Ewa byli pierwszymi i jedynymi ludźmi. Adam i Ewa mieli dwóch synów: jeden zabił drugiego. W Biblii Św. napisane jest tak: „Kain zbliżył się do swojej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha”. Skąd ta „żona”? Gdyby Adam i Ewa mięli córkę, to przecież tez nie mogliby razem począć dziecka. Zatem musieli być inni ludzie.53302_1233

Pismo Święte dla wielu ludzi jest księgą życia. Dobrze jest, że po nie sięgamy, chcemy je czytać i odnajdywać w nim… siebie, swoją historię życia, która od samego początku jest relacją do Boga. Pytanie jest bardzo ważne, więc odpowiedź na nie będziemy kontynuować w kolejnym numerze Przewodnika.

Żeby czytać Pismo Święte, trzeba się do tego dobrze przygotować. Nie jest to zwykła książka. Nie powstała w miesiąc, ani rok, ale była tworzona na przestrzeni wielu setek lat. Opowiada o wydarzeniach rozciągających się w tysiąclecia. Nie ma jednego redaktora. Nie została napisana w jednym języku, w jednym gatunku literackim… Właśnie dlatego, nie możemy zbyt pochopnie wyciągać wniosków natury „naukowej” czytając Pismo Święte. Nie jest ono podręcznikiem do biologii, geografii, czy nawet geologii. Autorzy świętych ksiąg nie chcieli stworzyć przewodnika przyrodniczego swoich czasów. Chcieli opisać w nich swoją wiarę w jedynego Boga, wiarę wydarzającą się w historii własnego życia. Jest to historia Przymierza, jakie Bóg zawarł z człowiekiem, historia ludzkich odejść i powrotów, a nade wszystko historia Bożego miłosierdzia.

Nie możemy, zatem, stosować uproszczeń, mówiąc, że w Piśmie Świętym wszystko jest zapisane z historycznie kronikarską dokładnością, ale zarazem nie możemy powiedzieć, że wszystko co odnajdujemy w Biblii jest wymysłem, imaginacją człowieka, że wszystkie te wydarzenia dokonały się tylko w wierze poszczególnych ludzi. Takie uproszczenia prowadzić mogą – i prowadziły już w historii – do wielu trudnych sytuacji. Proste mechanizmy interpretacji tekstu szybko wywołują konflikty, jak choćby ten, między wiarą i nauką. Pokłosiem tego jest np. spór między ewolucjonistami i kreacjonistami co do początków istnienia świata.

Pytanie dotyczy wydarzeń z Księgi Rodzaju. Składa się ona z zasadniczych dwóch części. Pierwsze 11 rozdziałów mówią o czasach przed Abrahamem, o prapoczątkach ludzkości i nie mają większego waloru historycznego, tzn. nie możemy interpretować ich dosłownie, literalnie.

Czy zatem Adam i Ewa nie są postaciami historycznymi, a świat naprawdę nie powstał w sześć dni…?

Święta a komercja

Świąteczne przygotowania potrafią zaangażować wszystkich(…). Jednak przygotowanie, przygotowaniu nie jest równe i osobiście bardzo mnie denerwują sytuacje, w których święta są wykorzystywane marketingowo, co pozbawia je wymiaru religijnego(…). Zwłaszcza wtedy, gdy sami chrześcijanie deprecjonują w ten sposób ich wartość.

Wiesław917318_89665952

Rzeczywiście, powszechnym stają sie sytuacje, w których już na początku adwentu pojawiają się wokół nas motywy świąteczne. Sklepy, markety zapełniają się ozdobami świątecznymi, pojawia się św. Mikołaj, przypominający bardziej krasnala w czapce niż biskupa, a kolędy co raz częściej mówią o wszystkim niż o Bożym narodzeniu. Rzeczywiście może to czasami śmieszyć, czasami irytować.

Chrześcijanie mają być jednak solą w świecie i światłem świata. Właśnie dlatego najlepszym sposobem na schrystianizowanie komercji jest samo świadectwo życia chrześcijan. Jeżeli, jako chrześcijanie, będziemy  dawali przykład wiary, nie narzucając się, ale świadcząc, jeżeli tym świadectwem będą przeniknięte nasze rodziny, nasze wspólnoty parafialne, to równocześnie takim świadectwem będzie przenikana nasza rzeczywistość. I żadne zakazy, albo nakazy nie będą bardziej skuteczne. Świadectwo. Jeżeli będziemy budować cokolwiek bez takiego zaangażowania, wszystko to będzie jedynie fasadą bez fundamentów, kolosem na glinianych nogach.

Wiele zależy od tego jak my obchodzimy Święta, jak my przygotowujemy się do nich. Bardzo często w świątecznym zagonieniu sami poświęcamy wiele czasu: na zakupy, na sprzątanie, ale często brakuje nam na to co najważniejsze – na Boga. Jeżeli nasze świadectwo, religijnego przeżywania Bożego Narodzenia będzie przenikało atmosferę domu rodzinnego, to rodzi ono wielką wiarę w młodych, od których w dużej mierze będzie zależał obraz rzeczywistości.

Możemy wobec takich sytuacji załamywać ręce, irytować się, a nawet odczuwać frustrację, jednak to nic nie zmieni. Możemy sie wycofać i zamknąć w swojej enklawie, chrześcijańskim getcie XXI wieku, obrażając się na świat, ale również to nic nie zmieni. Najważniejsza jest pokorna ufność w to, że nasze lęki są mniejsze niż Boża miłość, że nasze obawy są słabsze niż Boża wszechmoc, a śmierć nie zwycięży życia.

Szybki ślub

Szybki ślub…

Moja córka zaszła w ciążę. Niestety nie mają jeszcze ślubu ze swoim narzeczonym. Razem z mężem doradzamy im żeby pobrali się jak najszybciej, bo dziecko musi mieć przecież dwóch rodziców, a poza tym nie może tak być, żeby jako panna wychowywała dziecko (…).  Niestety moja córka nie chce, na razie, wstępować w związek małżeński. Jak mam ją do tego przekonać?

Mariola168698_8530

Zawieranie związku małżeńskiego, tylko dlatego, że zostało poczęte dziecko, nie jest dobrym pomysłem. Decyzja o zawarciu małżeństwa musi być przemyślana, przemodlona i całkowicie dobrowolna. W sytuacji kiedy zawieramy związek małżeński z przymusu – jakiegokolwiek – jest on po prostu nieważny. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Zgoda powinna być aktem woli każdej ze stron, wolnym od przymusu i ciężkiej bojaźni zewnętrznej. Żadna ludzka władza nie może zastąpić tej zgody. Jeśli nie ma tej wolności, małżeństwo jest nieważne (KKK, 1628). Zawarcie związku małżeńskiego zakłada dojrzałość osobową, dojrzałość wiary, a wszelkie pochopne, nieprzemyślane decyzje na taką dojrzałość nie wskazują.

Z listu wynika, że córka nie wyklucza małżeństwa. Poczęte więc dziecko nie powinno przyspieszać tej decyzji. Jej podjęcie oraz przygotowanie do ślubu są czasochłonne, i wymagają wielu nakładów siłowych – dlatego nie jest to najlepszy czas dla kobiety będącej w stanie błogosławionym.

Poczęte dziecko ma dwóch rodziców, inaczej być nie może, choć nie są oni połączeni sakramentalnym węzłem małżeńskim. Trzeba pokonać pewne konwenanse i wstyd, który często towarzyszy takim sytuacjom i zwracając uwagę na dobro dziecka, dopiero po jego narodzinach podjąć konsekwentnie przemyślaną i odpowiedzialną decyzję o zawarciu związku. Bardzo często małżeństwa, które zostały zawarte tylko dlatego że narzeczeni – jak to często słyszymy – „musieli”, nie są związkami trwałymi, ponieważ nie mają solidnych podstaw.

Sprawą niezwykle ważną jest, aby przekazywać swoim dzieciom od najmłodszych lat zdrową naukę na temat rodziny, przede wszystkim, ukazując ją swoim życiem. W konstytucji duszpasterskiej „O Kościele w świecie współczesnym”, Soboru Watykańskiego II czytamy: „Jest rzeczą rodziców lub opiekunów, aby stawali się przewodnikami dla młodych w zakładaniu rodziny przez roztropne rady, którym ci ostatni winni chętnie dawać posłuch, wystrzegać się jednak należy skłaniania ich przymusem bezpośrednim lub pośrednim do zawarcia małżeństwa lub do wyboru partnera w małżeństwie” (KDK, 52).