Jakiego Księdza potrzebują mężczyźni

„Zostałem powołany na świadka wiary. Ludzie mówią nam bardzo wyraźnie, czego chcą. Czegoś bardzo prostego: naszej obecności przy nich. […] Ten osobisty kontakt to sedno bycia kapłanem. Obecność przy ludziach, nawet bardzo prosta, ma najzupełniej podstawowe znaczenie”. (Kard. Joseph Bernardin)

Piękna w swej prostocie myśl kard. Josepha Bernardina udziela klarownej odpowiedzi na postawione w tytule pytanie i zdaje się, że całą rzecz można by już w tym miejscu zamknąć. Jednak – trawestując znaną ewangeliczną frazę – raz przeczytałem, dwa razy pomyślałem. Wypowiedź kardynała prowokuje refleksję, pobudza wyobraźnię. W jej kontekście każde słowo z tytułowego pytania wymaga namysłu i dookreślenia. Kim jest dzisiaj ksiądz? Kim są dzisiaj mężczyźni? Co to znaczy „potrzebować kogoś”? Co to znaczy „być potrzebnym”? Próbą odpowiedzi na te i na inne pytania są poniższe refleksje. Z pewnością nie uda się nam znaleźć wyczerpujących odpowiedzi na wszelkie wątpliwości. Uzyskamy jednak coś znacznie cenniejszego – poszukiwania.

Wczoraj i dziś

Kiedy w pytaniu stawiamy słowo „dzisiaj”, nieuchronnie musimy odwołać się do jakiegoś „wczoraj”. Dzisiaj ksiądz jest zupełnie kimś innym niż, powiedzmy, czterdzieści lat temu. Wówczas księża często pochodzili z wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzin. Odbierali w nich „normalne”, przyzwoite wychowanie katolickie. Jedną z cech ich rodzin były jasno zdefiniowane role ojca i matki. Ojciec był odpowiedzialny za utrzymanie rodziny, za zapewnienie jej materialnych podstaw bytu. Matka troszczyła się o to, aby wszystko w rodzinie działało jak należy. Obydwoje budowali więź z dziećmi na bardzo osobistej, a raczej osobowej, relacji. Przy wszystkich ograniczeniach rodzina z owego „kiedyś” wyposażała młodego człowieka w podstawowy zasób wiedzy i umiejętności przydatnych do kształtowania przyszłego kapłana w seminarium duchownym, gdzie dokonywał się duchowy, emocjonalny i intelektualny szlif.

Dzisiejszy ksiądz bardzo często – choć ta kategoria frekwencyjna niekoniecznie ma znaczenie statystyczne albo wyłącznie statystyczne – pochodzi z rodziny niepełnej; bez rozbudowanych więzi rodzinnych, zwłaszcza z dziadkami. Relacje osobowe są w niej zastępowane przedmiotowymi, budowanymi na zasadzie wymiany wzajemnie świadczonych usług. Bywa, że rodzina jest obarczona jakąś poważną dysfunkcją, na przykład alkoholizmem, zdradami małżeńskimi, rozwodem itd. Nierzadko dzisiejszy ksiądz jest jedynakiem lub ma nieliczne rodzeństwo. Jednak co najważniejsze, dzisiejszym księżom w ich życiu w domach rodzinnych brakowało ojca -fizycznie, psychologicznie, emocjonalnie. Tak jak prawie wszystkim mężczyznom ich pokolenia.

Seminaria duchowne też są inne niż w przeszłości. Zmarły niedawno ks. prof. Adam Szafrański zwykł nazywać je „technikami duchowlanymi”. Zwracał w ten sposób uwagę, że kształci się tam, owszem, bardzo sprawnych „zawodowców”, ale niestety bywa, że kosztem kształtowania świadków wiary. Inaczej mówiąc, „brani z ludu” księża są tacy sami jak lud, ponieważ nawet miejsca ich formacji pozostają takie same jak inne miejsca kształcące inne powołania czy nauczające innych zawodów.

Wszyscy stajemy się podobni do siebie, nawet w chęci wyróżnienia się, zaistnienia inaczej od pozostałych, indywidualnie. Wszystkich nas w jednakowy sposób dotyka współczesność – pustynia. Ks. Wacław Hryniewicz pisał, że owa współczesna pustynia „wyrasta pośród ludzi, w ich zagubieniu, samotności, braku międzyludzkich więzi i narastającej anonimowości. A wszystko to w atmosferze hałasu, pośpiechu, natłoku informacji, przyspieszonego tempa życia, nerwowości i niepokoju. W tłumie ludzi można się czuć straszliwie samotnym, opuszczonym w nie mniejszym stopniu niż pośród piasków, skał i kamieni”. Ks. Hryniewicz dodawał także: „Wiek XX stał się świadkiem szybkiego rozwoju wielkich miast. […] Coraz więcej w nich ludzi wykorzenionych i zagubionych. Rwą się więzi rodzinne. Szerzą się nowoczesne plagi w postaci alkoholizmu, narkomanii, nowych chorób. [.] Coraz mniej osób umie świadomie kierować swoim życiem. Nie potrafią odnaleźć się pośród ogromnej pustyni ludzkiej, zniewalającej swoją anonimowością, obcością i chłodem. Tym bardziej potrzeba ludzi zdolnych do dawania świadectwa o wartości i sensie życia oraz o aktualności Ewangelii w dzisiejszym świecie”.

Tęsknota za ojcem

Dlatego tym bardziej wszyscy – kobiety i mężczyźni – potrzebujemy kogoś, kto podejmie porzucone przez naszych ojców zadanie – wyprowadzenia z domu i pokazania, jak żyć w świecie. Z tym, że mężczyźni bardziej niż kobiety potrzebują w dzisiejszych czasach kogoś, kto nauczyłby ich „zmagania się z trudnościami zewnętrznymi oraz z własną ułomnością i słabością” (Józef Augustyn SJ). Kobiety znajdują w nauce Kościoła jasno i wyraźnie zarysowane role, dodatkowo silnie dowartościowane metafizycznie poprzez odwołanie do Matki Bożej. Za to wzorce męskie są bardzo niejasne. „Uderzające jest to, że w Kościele, którego religia jest religią Boga Jedynego, Ojca człowieczeństwa i świata, właściwie nie ma jasnego modelu roli ojca!” – ubolewał znany socjolog Ireneusz Krzemiński. Wiemy, że św. Józef był dobrym ojcem, ale tego, jak to robił, jak okazywał i praktykował ojcostwo – nie wiemy.

Wszyscy potrzebują ojca, jego autorytetu, indywidualnej, niepowtarzalnej, wyróżniającej i osobowej relacji z nim. Jezus powiedział: Opuści człowiek ojca swego i matkę (Mk 10, 7). My, ludzie współcześni, nie jesteśmy w stanie opuścić kogoś, kto najpierw nas opuścił. W innym miejscu Ewangelii czytamy: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni (J 5, 1 9). W egzegezach podkreśla się czasem, że w tych słowach Jezusa ukryta jest przypowieść o roli ojca w czasach i miejscu życia Mistrza – ojciec wprowadzał syna w zawodowe tajniki, gdyż to syn dziedziczył uprawiany przez ojca zawód. Kapłani, jako wybrani i powołani przez Tego, w którego Imieniu mówią „To jest Ciało moje, to jest Krew moja”, mają unaoczniać nam wszystkim prawdziwe synostwo Boże, mają nam ukazać Bożą miłość i Boże miłosierdzie.

Jak współczesny kapłan ma realizować swoje powołanie wśród współczesnych mu mężczyzn? Musi przyjąć bez lęku i realizować z wiarą duchowe ojcostwo, a więc nie odrzucać roli ojcowskiego autorytetu, pokazującego przede wszystkim odpowiedzialność, skłonność do poświęcenia, rezygnacji i samoograniczenia. Ale także przekazującego „zdolność do kochania i dawania, do dobrowolnego poświęcania, współczucia i troski o innych. Wygląda na to, że w tym właśnie ojcostwo powinno się obecnie realizować i wyrażać, w tym współczesny ojciec powinien być dobry” (Wojciech Eichelberger).

Kapłan o zintegrowanej płciowości (wymiar psychologiczny) i jednocześnie świadomy swego powołania do bycia świadkiem wiary (wymiar duchowy) podejmie to zadanie. Ksiądz, który – jak opisuje Jacek Prusak SJ – nie umie po święceniach „zmierzyć się z chęcią powrotu do symbiozy z matką” albo też będący – co czasami się zdarza – w stanie kompletnego psychologicznego zagubienia, nieakceptujący swojej męskości, wyczerpany z powodu podwójnego życia osobistego, będący w regresie – nie podejmie tej roli, nie udźwignie jej. Nie będzie zdolny do osobistego, autentycznego kontaktu z Innym. Zwłaszcza z innym mężczyzną.

Co mi po księdzu pozbawionym własnej indywidualności, konformiście jakkolwiek niepozbawionym arogancji, niezdolnym do głębszych relacji z innymi, nieufnym wobec kobiet? Do czego potrzebny mi ksiądz taki sam jak ja? Właśnie dlatego dzisiaj, jak nigdy przedtem, ksiądz jest potrzebny mężczyznom, pozbawionym na ogół wyraźnej i silnej obecności ojca w historii swojego życia, potrzebującym jego wsparcia, autorytetu iwzorca odpowiedzialności. Pod warunkiem że będzie zdolny odpowiedzieć na ich oczekiwania.

Osobisty kontakt

„Osobisty kontakt to sedno bycia kapłanem” – twierdzi przywołany na początku kard. Bernardin. Warunkiem osobistego kontaktu jest obecność. Trudna to rzecz. Nasi ojcowie, nawet jeśli przebywali w domu, nie byli w nim obecni. Przypomina mi się zabawa mojego dobrodzieja i wychowawcy, wspaniałego ks. Witolda Pietkuna. Pytał mnie: „Gdzie jest Bóg?”. Odpowiadałem: „Katecheta mówi, że wszędzie!”. Na to ks. Witold: „No widzisz, a pobożny Żyd mówił, że tam, gdzie człowiek Mu pozwoli być. I kto m a rację?”. Milczałem. Po niejakiej pauzie ksiądz kontynuował: „Obydwaj. Bóg jest wszędzie, ale nie wszędzie jest obecny. Obecny jest tylko tam, gdzie ludzie Mu pozwolą”. W ten sposób nauczyłem się rozróżniać pojęcia „być” i „być obecnym”.

Przypominamy sobie swoich ojców spędzających całe wieczory przed telewizorami lub zasłoniętych gazetami. Byli w domu, ale nie byli obecni wśród nas i dla nas. Obecność to przede wszystkim uważność, „umiejętność koncentracji na człowieku, słuchania i rozumienia. To bycie obecnym całym sobą: ciałem, umysłem i uczuciami przy drugiej osobie” (Piotr Fijewski). Autor tych słów uzupełnia dalej, że męska uważność jest potrzebna samemu mężczyźnie, „by mógł się skupić, gdy sytuacja tego wymaga, by mógł rozpoznać własne uczucia, własny poziom zmęczenia i stresu, by pomóc komuś, by dobrze współpracować, skutecznie realizować zadania”. W pełni uzdrawiający osobisty kontakt to także inne współczesne „cnoty męskie”: wyrazistość, stabilność, czułość, zdolność do konfrontacji, dbanie o siebie. Piotr Fijewski pisze: „Współczesny mężczyzna najczęściej dowiaduje się, że ma stres, od swojej żony. Sam nie zastanawia się nad tym, co się z nim dzieje, co czuje i jak mu jest. Ma trudności z przyglądaniem się i nazywaniem własnych emocji. Skupiony jest na zewnętrznych zadaniach. Obżera się wieczorem, jedząc najczęściej tłusto i dużo. Na pytanie: «Jak się czujesz?» odpowiada: «W porządku». […] Otumania się jedzeniem, chwilę poprzerzuca kanały w telewizorze i zwala się do łóżka”.

Niestety, tak żyje też wielu księży, którym nie ma kto powiedzieć, że żyją w stresie. Kapłan, który nie umie zadbać o siebie, nie będzie dbał o innych. W samolotach podczas instrukcji dla pasażerów przed startem informuje się matki, że w razie konieczności użycia maski tlenowej najpierw muszą założyć ją sobie, a dopiero potem dziecku. Ma to swój głęboki sens. Przywołany już Fijewski w innym miejscu podkreśla: „Dbać o siebie, to wyraźnie stawiać granice nadmiernym obciążeniom, to dbać o rzeczywiste rozluźnienie i o odpoczynek. Dbać o realną kondycję fizyczną, o zdrowie i wagę, ale nie obsesyjnie. Dbać o siebie, to umieć ogarnąć świadomością przeżywane aktualnie emocje – nauczyć się rozpoznawać w sobie napięcie, złość, niepokój i inne stany i uczucia. Dbać o siebie, to dzielić się z bliskimi swoimi sprawami, to pielęgnować swoje więzi”.

Troszczyć się o swoją wiarę

Dbać o siebie, to także troszczyć się o swoją wiarę, szukać, drążyć, błądzić, nawracać, zawracać, ale przede wszystkim modlić się. Nieustannie modlić się. Rzecz jasna codzienna modlitwa kapłana wydaje się oczywistością, a raczej powinna nią być. Mam wielu przyjaciół, kolegów, znajomych księży i czuję się osobiście dotknięty, kiedy rozpoznaję, że zaprzestali modlitwy. Nie mam jakiejś szczególnej mocy rozpoznawania tego, myślę więc, że inni też to widzą. Objawia się to zwłaszcza w języku kapłańskich kazań. Im bardziej „kaznodziejska mowa”, niezrozumiałe sformułowania jakby z seminaryjnych podręczników, stylistyczne figury, tym bardziej zieje od kapłana pustką, brakiem modlitwy i osobistego doświadczenia wiary.

Ksiądz, który zaprzestał modlitwy, zaprzestał troski o swój duchowy rozwój. Ksiądz, który nie ma kierownika duchowego, w gruncie rzeczy przypomina owego ojca, który porzuca swoją rodzinę. „Jeśli chcą iść raczej za własnym zdaniem, niż zawierzyć bardziej doświadczonym, może się zdarzyć, że spotka ich przykry koniec. [.] Rzadko ci, co mają się za mądrych, godzą się w pokorze, aby kierowali nimi inni. Lepiej jest wiedzieć mało, ale mieć pokorę i prostotę rozumu, niż być jak wielki skarbiec nauki przy jałowym samozadowoleniu. Lepiej dla ciebie mieć mniej niż posiadać więcej i wpaść przez to w pychę” – pisał Tomasz a Kempis.

Warto w tym miejscu przywołać także postać św. Teresy z Avila, która „w powszechnej zmienności i coraz bardziej szerzącym się zwątpieniu była jedyną męską figurą”. Otóż św. Teresa cierpiała na szereg bardzo dolegliwych zaburzeń, takich jak skurcze żołądka i zawroty głowy. Jakim sposobem radziła sobie z nimi? „Nieustannie oddawała się lekturze Księgi Hioba, tej części Starego Testamentu, w której opisano nędzę człowieka cierpiącego i pozbawionego wszelkiej pociechy. Kontemplowała także obraz Ukrzyżowanego, idąc za słowem św. Augustyna, że pogrążonej w ciemności duszy może pomóc jedynie widok cierpienia” (Hans Conrad Zander).

Możesz kapłanie błądzić i upadać. Jeśli nie popadniesz w obłudę, ludzie ci wybaczą. Jeśli natomiast zaprzestaniesz modlitwy, ludzie cię opuszczą. „Modlić się, to nie znaczy myśleć o Bogu, zamiast myśleć o innych sprawach, czy też spędzać czas z Bogiem, a nie spędzać go z innymi ludźmi. Modlić się, to znaczy myśleć i żyć w Bożej obecności. Kiedy tylko zaczniemy oddzielać nasze myśli o Bogu od naszych myśli o innych ludziach i wydarzeniach, to usuniemy Boga z naszego codziennego życia i umieścimy w małej niszy pobożności, w której mamy tylko pobożne myśli i uczucia” – pisał ks. Henri Nouwen.

Jednak rzecz nie tylko w osobistym rozwoju duchowym kapłana, ale także w jego powinności wobec mężczyzn właśnie. Dzisiejsi mężczyźni oczekują, że to księża nauczą ich modlitwy. Kobiety jakoś sobie z tym radzą. Mogły nieraz widzieć swoje matki czy babcie odmawiające chociażby różaniec, mają się do czego odwołać. A mężczyźni? Tylko księżą mogą jeszcze wzbudzić w mężczyznach potrzebę modlitwy; nauczyć prostych modlitw na „codzienne” okazje, choćby „modlitwy serca”; pokazać Bożą obecność w szarej, zwyczajnej codzienności. Kapłani jednak rzadko rozmawiają z mężczyznami o modlitwie – poza ogólnymi pohukiwaniami i wezwaniami. Może dlatego, że sami zatracają jej umiejętność. A jak pisał amerykański poeta Wystan H. Auden: „Modlitwa to zwracanie uwagi na kogoś czy coś innego niż my sami. Kiedy człowiek koncentruje swoją uwagę – na krajobrazie, poemacie, zadaniu geometrycznym, idolu czy Prawdziwym Bogu – zupełnie zapomina o własnym ego i o swoich pragnieniach. Modli się”.

Z perspektywy własnego kresu

Kapłan najbardziej potrzebny jest dzisiaj mężczyznom wystraszonym perspektywą śmierci albo też pozbawionym intuicji własnego kresu. Wszyscy tak jesteśmy pochłonięci obsesją istnienia, że albo o kresie swego ziemskiego żywota zapominamy, albo jego świadomość wprawia nas w trwogę. Nieść otuchę cierpiącym, ukazać Boże światło może tylko ten kapłan, który sam uporał się z własną manią istnienia, zaistnienia, pokazania się, zauważenia. Ten, który potrafi poskromić swoje ego, ogołocić je ze zbędnych balastów.

„Dziś zatarł się niemal całkowicie związek pomiędzy ziemskim bytowaniem a życiem potem” – przeczytałem gdzieś. Wyznacza to miejsce dla kapłana. „Siedząc samotnie w mojej małej pustelni, uświadamiam sobie, jak nieprzygotowany jestem do umierania. Cisza i samotność tego wygodnego mieszkania wystarczają, aby uświadomić mi moją niechęć do rozstania się z życiem. Niemniej wkrótce będę musiał umrzeć. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat, które mi zostały, szybko przeminą. [.] Czy chcę odbyć tę podróż? Czy chcę wypuścić z rąk wszelką władzę, jaka mi pozostała, rozluźnić pięści i zaufać łasce ukrytej w całkowitej bezsilności? Nie wiem. […] W pewnym sensie wierzę, że to samotne zaprzyjaźnianie się ze śmiercią jest zadaniem, które służy nie tylko mnie, ale może także służyć innym. Przez całe życie pragnąłem pomagać innym w ich wędrówce, ale zawsze zdawałem sobie sprawę, że mam do ofiarowania niewiele więcej niż własną wędrówkę. Jak mogę głosić radość, pokój, przebaczenie i pojednanie, jeśli nie są one częścią mojego ciała, mojej krwi? Zawsze chciałem być dla innych dobrym pasterzem, ale zawsze także wiedziałem, że dobrzy pasterze oddają własne życie – swoje cierpienie i radości, swoje zwątpienia i nadzieje, swoje lęki i swoją miłość – za swoich przyjaciół. Teraz, mając ponad sześćdziesiąt lat i starając się pogodzić ze swoją śmiertelnością, ufam, że tak jak wszystko inne, co przeżyłem, moja próba zaprzyjaźnienia się z własną śmiercią będzie służyć nie tylko mnie, ale także innym, którzy stoją przed podobnym wyzwaniem. Chcę dobrze umrzeć, ale pragnę także pomóc w tym innym”.

Kilkanaście miesięcy po napisaniu tych słów ks. Henri Nouwen zmarł. „Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat, które mi zostały, szybko przeminą”…

„Bóg daje człowiekowi siłę do urzeczywistnienia powziętej decyzji -tym trudniejszej, że dotyczy ona nie słów, lecz oddania całego życia. Człowiek staje się wtedy zdolny uczynić coś pięknego dla Boga” – tak o kapłańskim powołaniu pisał ks. Wacław Hryniewicz. Drogi Kapłanie, jeśli dotrwałeś do tej linijki, przeczytaj na zakończenie jeszcze kilka.

Jako mężczyzna dzisiejszy nie chcę, abyś był podobny do mnie. Nie chcę też, abyś okazywał mi swoją wyższość, a już uchowaj Boże – przynależność do innej, lepszej kasty społecznej. Nie chcę, abyś mnie usprawiedliwiał. Nikt mnie tak doskonale nie usprawiedliwi, jak ja sam siebie. Nie chcę, abyś mnie potępiał, osądzał albo i łajał. Uwierz mi – byli już lepsi w tym i skuteczniejsi przed Tobą. Chcę, abyś był ze mną, przy mnie, okazał mi uwagę, skupienie, traktował mnie poważnie, poprowadził drogą współczucia, współodczuwania, czułości; abyś dzielił się ze mną darem „jasnej wiązki światła”. Chcę, abyś był dla mnie takim księdzem, jakiego sam potrzebujesz.

Bogdan Białek (ur. 1955), psycholog, redaktor naczelny miesięcznika „Charaktery. Magazyn Psychologiczny”

 

 

Za portalem deon.pl,

Fragment książki:  Augustyn J., red.,  SZTUKA BYCIA KSIĘDZEM, Kraków 2010.

Ksiądz, człowiek o przebitym sercu – Karl Rahner SJ

Zacznę od pytania, jaki winien być i jak ma wyglądać kapłan jutra, by mógł sprostać w jakiejś mierze swemu powołaniu. Sądzę, że i bez daru proroctwa można na to odpowiedzieć. Już dzisiaj mu nie wolno, a jutro w znacznie jeszcze większej mierze nie będzie mu wolno być jedynie funkcjonariuszem instytucji religijnej, która dzięki swej potędze zdobywa dla siebie znaczenie w świecie.

Nie będzie mógł legitymować się Kościołem. Będzie musiał o Kościele świadczyć. Nie będzie też mógł z racji swego kapłaństwa, rościć sobie prawa do jakichkolwiek przywilejów społecznych. Wręcz przeciwnie – dzięki niemu urząd ten winien w oczach ludzi nabierać wartości, o tej wartości zaś mówi jego duch, hart i to, co w nim powstaje poprzez żywe, bezpośrednie doznanie Boga. Nie można więc być urzędnikiem, który swe kościelno – socjalne funkcje traktuje jako cywilny zawód, związany ze ściśle określonymi obowiązkami, a gdy je spełni, może wreszcie pozwolić sobie na bycie prywatnym człowiekiem, którego życie nikogo nie obchodzi. Musi być człowiekiem wiary, nadziei i miłości przeżywanych na dnie własnego ja. Nie można uczyć wypełniania powołania ani też przekazywać go poprzez opus operatum włożenia rąk. Jest ono charyzmatem i to w sposób bardziej wyraźny niż charyzmat mędrca czy poety.

Musi się ten charyzmat ujawniać i trzeba nim żyć w stosunkach z ludźmi na terenie spraw kościelnych, ale też i w kontaktach czysto świeckich, których charakter wyraźnie się dziś zmienia. Kapłan musi zaangażować się w swe powołanie całym życiem. Życiem musi ono dlań pozostać nawet w takich warunkach, w których by nie mógł, w cywilnym tego słowa znaczeniu, zawodu swego spełniać. Można to porównać do urodzonych muzyków i muzyków z zawodu. Ci ostatni muzyką zarabiają na życie, gdy ci pierwsi, nawet głodując, pozostają muzykami.

Kapłan jutra będzie człowiekiem, do którego przyjdą ludzie dojrzali, chociaż laickie społeczeństwo nie będzie do niego przysyłać swych dzieci. Będzie on człowiekiem, który doświadczy z każdym ze swych braci i sióstr przytłaczających ciemności istnienia, ale który będzie również wiedział, że ich źródłem jak i błogosławionym rozjaśnieniem jest miłość zwyciężająca przez niepojętość krzyża. Kapłan jutra będzie (inaczej w ogóle nie mógłby istnieć) człowiekiem, który umie słuchać, dla którego każda jednostka, bez względu na rangę społeczną i polityczną, jest ważna, człowiekiem, który praktycznie niesie – czy próbuje nieść – ze świętym szaleństwem raczej ciężary drugich niż swoje; człowiekiem, który mając nawet wszystkie ku temu możliwości i nie będąc fizycznym mizerakiem nie goni wraz z innymi nerwowo, desperacko za pieniądzem, użyciem i tym wszystkim, co stępia ból potwornego rozczarowania istnieniem, choć czuje je także.

Nie poddaje się mu, bo wierzy i całym swoim życiem świadczy, że miłość Ukrzyżowanego uzdalnia do dobrowolnych wyrzeczeń i przynosi wolność. Kapłan jutra nie będzie czerpał swej siły i znaczenia ze społecznej potęgi Kościoła. Odważnie pozostanie bezsilny, wiedząc, że życie płynie ze śmierci, że miłość, przekreślenie siebie, nauka krzyża, łaska Boża mają moc sprawić to, o co w gruncie rzeczy jedynie chodzi; by człowiek pogodził się w wierze i nadziei z tajemnicą swego bytu, by przyjął, iż w jego życie weszła niepojętość Boga, który mu się udziela i który jest jego zbawieniem i jego przebaczającą miłością.

Kapłan jutra będzie człowiekiem, którego zawód nie znajdzie usprawiedliwienia z laickiego punktu widzenia, gdyż jego prawdziwą owocność ukrywa tajemnica Boga, a on sam nie jest psychoterapeutą w niemodnym już kostiumie magika. Jego słowa nie będą miały mocy rozpraszania mroków życia czy przekształcania nieustannej niepewności wiary w światło. W pokoju będzie czekał na zwycięstwo Boga tam, gdzie sam spotka niepowodzenie. Dojrzy łaskę Bożą nawet w okolicznościach, w których nie będzie o niej mówić, gdzie ani słowo Boże, ani sakramenty nie znajdują przyjęcia. Nie będzie oceniał skuteczności działania łaski według statystyki praktyk religijnych. Zdając sobie sprawę, że jest na służbie Bożej, że został posłany przez Boga, będzie głęboko przekonanym, iż Miłosierdzie Boże dokona swego dzieła nawet bez niego. Określając to jednym słowem, kapłan jutra będzie człowiekiem o przebitym sercu, jedynym źródle, z którego popłynie moc jego posłannictwa.

Człowiek o przebitym sercu: przebitym nieobecnością Boga w świecie, przebitym szaleństwem miłości, przebitym niepowodzeniami, przebitym doświadczeniem własnej nędzy i dogłębnej słabości, a wierzący jedynie we własną przydatność narzędzia potęgi która go używa, zdając sobie sprawę, że łaska użyje jako środka zbawienia autorytety jego posłannictwa, obiektywnej prawdy jego słów; skuteczności opus operatum sakramentów jedynie wtedy, gdy przejdą one do ludzi poprzez to, co tak trudno wyrazić, poprzez przebite serca.

Pragnę podkreślić: kapłan powinien być człowiekiem o przebitym sercu, ponieważ ma prowadzić ludzi do jądra ich bytu, na samo dno serca. Nie będzie mógł tego zrobić nie znając serca własnego. A serce własne jak i serca drugich poznaje się jedynie wtedy, gdy się wyrazi zgodę na jego zranienie – zranienie miłością niepojętą, która zwycięża przez śmierć.

Można słusznie twierdzić, że kapłan winien być taki w każdej epoce i że takim trzeba go sobie wyobrażać zawsze. Ale obecnie, dziś, jutro, jakoś wyraźniej uwypukla się właśnie to, co należy do samej istoty kapłaństwa i czego coraz bezwzględniej żąda się od kapłanów. Kapłaństwo bowiem w coraz mniejszej mierze będzie wartością społeczną samą przez się zrozumiałą, coraz częściej będzie się musiało je sprawować w diasporze niewiary, nieliczenia się społeczeństwa z Kościołem i braku zrozumienia dookoła dla idei Boga. Można też zadać pytanie, czy pozycja społeczna kapłana utrzyma się na obecnym poziomie; czy nie znikną jeszcze pewne jej elementy. Jakoś sobie wyobrażamy przyszłość, ale nie wiemy, czy nasze wyobrażenia i to, do czego już dzisiaj mamy dążyć i co propagować – odpowiada tej przyszłości. W każdym razie epoka konstantyńska skończyła się już nie tylko dla Kościoła jako całości, lecz i dla każdego kapłana z osobna.

Nie wypełnia on już swego posłannictwa w ramach jakby jakiegoś małego państewka kościelnego, nie jest już dla swej wioski papieżem, nie zalicza się go bezapelacyjnie do ludzi, którym oddaje się honory. Jego przywileje i jego prestiż społeczny zanikają. Stopniowo pozostaje tylko tym, kim jest naprawdę: człowiekiem będącym własnością Boga, homo religiosus, kimś, kto wierzy, ma nadzieję i kocha. A ta sytuacja stawia mu bez przerwy pytanie, czy jest tym, kim być winien: człowiekiem o przebitym sercu, które jest prawdziwą świątynią Boga i źródłem Ducha, ponieważ jedynie tam może czerpać siłę i autentyczność swego posłannictwa. Gdy więc kapłan jutra, bezradny wobec wymagań czasów, które dzięki łasce Bożej są już w całej prawdzie rzeczywiste, zapyta zatroskany, gdzie szukać tego, czego sam nie posiada, jaki wzór kontemplować, wtedy pozostanie mu jedno: zwrócić się do Pana, któremu służy, patrzeć na tego, któremu otwarto Serce, uwielbiać przebite Serce Jezusa.

Zanim spróbujemy trochę wyraźniej to przedstawić, przypomnijmy sobie znane rzeczy: mianowicie, że słowo „serce” jest również podstawowym pojęciem biblijnym, że jest to prasłowo, które oznacza rdzeń wnętrza człowieka, miejsce, gdzie staje on przed Bogiem wszystek i cały. Słowo „serce” nie jest metaforą dla oznaczenia pojęcia wyabstrahowanego z konkretu serca fizycznego. Oznacza ono przede wszystkim wnętrze człowieka, w którym przemieszkuje jego wiekuistość. Człowiek potrzebuje słów – archetypów, słów – zaklęć; bez nich wyschnie on w racjonalistycznej pustce, a o tajemnicy swego istnienia nie będzie wiedział nic ponadto, co mu powiedzą jasno skrystalizowane pojęcia, to znaczy – prawie nic. Stracone bowiem będą dlań odnośniki, tkwiące w nich, lecz transcendentne w stosunku do nich, a wskazujące na pierwotniejsze w swej istocie doświadczenie, w którym człowiek, właśnie w sercu, znajduje i siebie, i Boga, i Ducha Bożego. (cdn)

Kapłan, którego szukam – Hans Urs von Balthasar

Hans Urs von Balthasar Kapłan, którego szukam

1. Kto jest chory, idzie do lekarza, kto robi testament, udaje się do notariusza, do specjalisty. Czy jest specjalista od relacji Boga ze mną? Bóg, w swoim wolnym oddaniu się człowiekowi, nie jest związany żadnym prawem; na tym polu ani socjolog ani psycholog nie mają nic do powiedzenia, ponieważ przedmiotem ich wiedzy są co najwyżej pośrednie relacje religijne „gatunku ludzkiego” z tak zwanym Absolutem. Ale także w tym przypadku, ta jedyna istota, do której zwraca się jedyny Bóg, nie powinna być poddana żadnemu uogólniającemu prawu. W mojej relacji z Bogiem, która powinna być regulowana przez relację Boga ze mną, jestem więc sam; nikt nie może interweniować, określać czy pośredniczyć. Jak każdy umiera sam, tak samo jest sam, gdy się modli, zmuszony wejść do swojej „izdebki”, by zbliżyć się do Ojca niebieskiego, by zrozumieć wolę Bożą w stosunku do siebie i iść za nią. „Nikt nie może go zastąpić”.

Słowo Boże stało się ciałem i w Jezusie Chrystusie wychodzi na spotkanie człowiekowi, ślepcowi, głuchemu i niememu. Zawsze jako słowo nie powtarzalne. Do celnika Lewiego, a nie do innych, którzy siedzą obok niego, zwraca się wezwanie, by stał się uczniem. Żadne prawosocjologiczno-psy-cho logiczne nie reguluje postawy Jezusa lub osób, do których się zwraca, związanych z Jego wolnością i niepowtarzalnym powołaniem. Ci, którzy zo stają powołani, popełniają błąd, jeśli są posłuszni zwykłym prawom zachowa nia ludzkiego (pożegnanie się, pogrzebanie ojca); w takim przypadku „nie są Go godni”. Nie mogę tak usytuować równocześnie słowa Bożego i sławnej „sytuacji konkretnej”, by wynikał z tego paralelny układ sił. Jezus, Słowo Boże dla mnie, spotka się ze mną w Kościele, który strzeże Jego słowa, zawsze aktualnie żywego, w przepowiadaniu i sakramencie (oby dwa łączą się ze sobą na przykład, gdy zostaje skierowane do mnie: „Ja odpuszczam tobie grzechy”).

W Kościele, w jego wspólnocie, muszę otrzymać pewność, że słowo Boże nie dosięga mnie jak echo z dalekiej przeszłości, ale rozbrzmiewa jako słowo bliskie, dotykalne i jasne, tak samo jak moje życie jest konkretne w czasie i przestrzeni. Ale czy w tym przypadku Kościół ze swej strony nie przekształca się być może w ogólne prawo, które – w swojej interpretacji niepowtarzalnej woli Bożej wobec mnie – wchodzi między mnie i Boga, silny doświadczeniem społeczno-psychologicznym, które być może posiada specyficzny charakter?: „W tym i tym przypadku, Bóg myśli zazwyczaj w ten i ten sposób”. W takim przypadku ja, a w końcu sam Bóg, bylibyśmy zaplanowani na poziomie autonomii; a ja, aby znaleźć moje osobiste przeznaczenie, musiałbym opuścić taki Kościół. Jeśli jednak Kościół jako Ecclesia jest wspólnotą powołanych, jeśli zostało mu powierzone słowo Boże i klucze Królestwa niebieskiego, jeśli został mu dany przez Boga i Jezusa Chrystusa Duch Święty, który będąc Bogiem, jest niepowtarzalny na równi z Ojcem i Synem oraz może wyjaśnić nam u podstaw wolę Bożą w Jezusie Chrystusie; jeśli taka jest rzeczywistość, to jakże mógłbym obejść się bez Kościoła, zakładając hipotetycznie, że chciałbym poddać moje życie prawdzie Boga żywego? Ale czy Kościół, i kto w Kościele, może mi pomóc?

Ja także jestem członkiem Kościoła, ale nie mogę domagać się dla mnie Ducha Świętego w Jego eklezjalnej pełni, ani uważać się z podniesioną głową za „dobrego chrześcijanina”, który żyje blisko serca Kościoła i komunikuje z jego najgłębszym rozumieniem. Wiem natomiast bardzo dobrze, jeśli jestem uczciwy i szczery, jak jestem daleki od zadośćuczynienia wymaganiom Bożym i jak chętnie chciałbym zredukować takie wymagania do mojego poziomu średniomieszczańskiego i podupadłego z powodu grzechu, dając ostatnie słowo socjologii religii, wbrew mojemu sumieniu: „Cóż zrobić, tacy są ludzie”, „Biorąc pod uwagę mój charakter, nie można wymagać ode mnie niczego więcej”.

 

2. To, co powiedzieliśmy, pomaga nam zrozumieć, jak trudna i jak skompli kowana jest kondycja tego, kto poszukuje pomocy.Czy wymaganie, jakie stawiam, może być zrealizowane przez jakiegoś człowieka? Musiałby on być moim pośrednikiem w moich niepowtarzalnych relacjach z Bogiem, nie roz- mieniając ich na ogólniki tego świata. Powinien on więc wiedzieć, opierając się na własnej niepowtarzalnej relacji z Bogiem, czym jest taka niepowtarzalność, a równocześnie powinien być wyposażony w posłanie i władzę, by wiedzieć to, w Duchu Świętym, także dla innych, w celu dania im odpowiednich wskazań.

Posłanie i władza dane od Boga, połączone z doświadczeniem w Duchu, upoważniałyby go do wymagania ode mnie – nie dla siebie, ale dla Boga i dla mnie – tego, czego ja nie mam odwagi wymagać od siebie. Taka jest pierwsza charakterystyka, jaką powinien posiadać kapłan, którego szukam. Rzeczywiście, kapłan powinien być tym, który jest posłany i obdarzony władzą z wysoka, to znaczy od Chrystusa, w celu ukazywania mi Wcielone Słowo Boże w taki sposób, abym był pewny, że nie redukuje się Ono do moich celów, nie jest wstępnie pozbawione żywotności przez moją interpretację psychologiczną, egzegetyczną i odmitologizowującą, tak że uniemożliwia zrodzenie we mnie tego, co jest mu właściwe; w taki sposób, że nie mogę już uciec przed jego wymaganiami, ponieważ stają przede mną w konkrecie władzy kościelnej, która w posłudze aktualizuje konkretność władzy Bożej.

Nie wystarcza jednak, by ktoś postawił mnie bezlitośnie wobec wymagań słowa, aby potem zostawić mnie, bym się tam zatrzymał – być może doszedłem już sam do odkrycia go. On musi także pomóc mi wytrwać, a nie uciekać, stojąc wytrwale obok mnie z nieubłaganą miłością. Ze straszną miłością, która wciąż powtarza mi: „To jest właśnie to, czego chcesz”. Z miłością, która wzbudza głęboki oddźwięk, ponieważ nic jej nie może zastąpić. Taki człowiek jest niekiedy podobny do anioła z Góry Oliwnej, który umacnia w samotności z Bogiem. Moc, z jaką taki człowiek to robi, wynika oczywiście z jego posłania (które oczywiście posiada w sobie siłę i nieubłaganość Boga), ale równocześnie z zapałem, jaki mu przynosi przebywanie w samotności z Bogiem.

Może on wcielać dwie rzeczy – nieubłaganość i miłość, wynikające z woli Bożej – na mocy posłania i doświadczenia, tak że nikt już nie chce i nie może uciekać. Jeśli brakuje mu doświadczenia, nie mógłby przepowiadać wiarygodnie słowa Bożego nawet od pulpitu; mógłby co najwyżej być martwym echem tego, co o słowie Bożym inni (na przykład św. Paweł) przepowiadali swoim życiem. Nie byłby tym bardziej zdolny towarzyszyć wierzącemu, i umacniać go, w egzystencjalnym zestawieniu ze słowem Bożym. „Jeśli brakuje mu doświadczenia…”, to wtedy szybko pojawia się, ale musi być od razu odrzucone, słowo „specjalistyczne”.

W niepowtarzalnym absolucie nie mogą istnieć ani „specjalizacje” ani klasyfikacje. Samo słowo „wiedza” powinno być wyeliminowane; można by co najwyżej mówić o pewnej „mądrości”, jakiej Duch Święty udziela tym, którzy pozostają w zażyłości z Jego „tchnieniem tam, gdzie chce”. Chociaż zostały zaproponowane „reguły rozróżniania duchów” i mówiło się o „wiedzy świętych”, to takie reguły, jeśli autentyczne i praktyczne, są jednak zawsze dane ze względu na doświadczenie osobiste i weryfikowane przez doświadczenie osobiste w ramach Kościoła; ta „wiedza” utożsamia się następnie z jednym z darów Ducha Świętego, ponieważ może być udzielona tylko tym (i przez tych tylko może być zrozumiana), którzy przez modlitwę i praktykę życia starają się przeniknąć do centrum Ducha.

 

3. Temu, kto w Kościele podejmuje posłanie przepowiadania w sposób oficjalny i proponowania każdemu w szczególności Słowa Bożego, którym jest Chrystus, nie pozostaje inna alternatywa, oprócz alternatywy wprowadzania go w czyn i spójnego wytrwania w nim, całkowitego poświęcenia mu swojego życia. Musi on utożsamić się ze swoim posłaniem; uczynili to Apostołowie na wezwanie Jezusa, gdy porzucili wszystko, by pójść za Nim – nie tylko posiadłości i dom ojcowski, lecz także żony i dzieci. Oczywiście, wyrzeczenie się materialne, by poświęcić życie słowu Bożemu pozostaje tylko punktem wyjścia; staje się ono kryterium osądzenia „kapłana, którego szukam” tylko wtedy, jeśli ten pierwszy krok przekształca się w stały styl życia. Z ziemskiego punktu widzenia ten styl życia jest i pozostaje pozbawiony sensu, nie znajdując miejsca w żadnej kondycji socjologicznej, a każda inicjatywa, wychodząc z pogaństwa lub judaizmu, która zmierzała do dania mu socjologicznego wsparcia, zawsze budziła zakłopotanie.

Kapłan powinien nieustannie przewidywać ewentualność, że zostanie na nowo wykluczony ze struktury społeczeństwa. Bardziej niż w każdym innym przypadku jest aktualne stwierdzenie św. Augustyna, według którego, kto opiera swoje życie na Chrystusie, nie stoi na nogach, ale jest zawieszony lub „jest ponad samym sobą”. I jedynie Bóg w Chrystusie może zagwarantować, że „kto dla miłości mnie i Ewangelii porzuca wszystko” nie wpadnie w pustkę, nie znajdując punktu oparcia, ciągnięty (zawieszony) przez całe niemożliwe istnienie. Oczywiście, człowiek tego rodzaju nie może posiadać „samozrozumienia”; wyrzekł się zinterpretowania się, by być zinterpretowanym tylko przez Boga. On „nie osądza siebie samego”, uznając, że jest skierowany do Boga, który go zna i go osądza. Jako człowiek nie wyrzekł się własnego „samozrozumienia”, on jest kapłanem, którego szukam i który ze swoim życiem może stać się w moich oczach słowem i światłem Boga.

Wyrzeczenie się życia jako autonomicznego źródła światła, i tylko ono, gwarantuje pokorę egzystencjalną, jedyną, która czyni przepuszczalnym inne światło, które nie jest własne i promieniuje czymś, co nie interesuje tego, kto złożył dar z siebie samego. Ogień, który płonie w pokornym, jest ogniem miłości do Boga i do Jego Słowa Wcielonego; taki ogień nie ma w nim swojego centrum, ale w tym, co on kocha, i jest karmiony myślą, że Miłość, Bóg, nie jest kochany w świecie, że jest wzgardzony lub, że jest motywem zgorszenia z powodu swojej słabości. „Kto gorszy się, abym ja nie płonął?” Pokora i gorliwość wyrastają z tego samego korzenia. Kapłan pokorny nie będzie kuszony, by zaproponować mi coś, co nie byłoby słowem Bożym skierowanym do mnie; ten gorliwy kapłan nie zniesie, bym uchylał się od niego. On trzyma mnie na wodzy, dlatego mogę upomnieć go, że jest natrętny; a prawdę mówiąc, natrętne i nalegające jest tylko słowo Boże.

W przypadku gdybym znalazł kapłana, którego szukam, nie mogę upomnieć go, że zbliża się do mnie z pewnością, do której nie może pretendować żaden człowiek, jakby on musiał ograniczyć się do wskazania mi w sposób nieokreślony, w jakim kierunku zmierza być może moja wędrówka do Boga, jakby był zobowiązany do zostawienia mnie i mojemu sumieniu osądzenia, zaakceptowania i odrzucenia jego ogólnikowych wskazań. Zakładam, że on utożsamił swoje życie ze swoją władzą, wchłaniając ją – jego posłanie nie pozwala mu na fałszywą skromność; w innym przypadku będzie reprezentował tylko w sposób cząstkowy i niewyraźny władzę w Kościele. Jeśli zjednoczenie z Bogiem na modlitwie i pokora pośrednictwa dochodzą do przejrzystości i do całkowitego daru, wtedy może także sprawdzić się cud, że przychodzi od Boga – w Duchu Świętym, który jest w Kościele – autentyczne wskazanie, po którym – nawet jeśli to niewygodne – nie mogę udawać, że nie słyszę.

Tylko ten, kto umie zniknąć bez udawania, może otrzymać łaskę pewności. Może on pozwolić sobie, by radować się z tym, kto jest szczęśliwy i płakać z płaczącymi; nigdy jednak z powodu solidarności nie wolno mu wahać się z tym, kto ucieka w niepewność. Jego doświadczenie z Bogiem nauczyło go, czym jest ciemność, gdy ktoś jest zmuszony, by iść po omacku wzdłuż murów; są jednak tacy, którzy niekiedy ustępują, a wtedy staczają się w pustkę. Takie doświadczenie jest udzielane kapłanowi, by mógł wytrwać obok brata, pokornie, ale z mocą. 4. Mówiliśmy o cudzie. Powodzenie kapłana jest zawsze cudem łaski. Bardzo często dzieje się jednak tak, że Kościoły muszą się rozczarować. Zbyt liczni są ci, którzy z katedry lub od pulpitu łudzą się zarozumiale, że są światłem – należy ich unikać.

Mówią o Bogu, ale w gruncie rzeczy myślą o sobie, i Bóg nie pojawia się. Jest nawet obojętne, czy głoszą Boga żywego czy umarłego, czy stwierdzają, że wiedzą o nim dużo czy zbyt mało. Inni wymyślają metody, by zwrócić na siebie uwagę ludzi; mają problemy języka i myślą, że ludzie zaczną ich słuchać i zrozumieją, skoro tylko usłyszą, że mówią o Bogu swoim światowym językiem; jest to coś w rodzaju „cudu manipulowanej pięćdziesiątnicy”. Są oni podziwiani przez ludzi z ich kręgu, ale pogardzani przez tych, których chcieliby zdobyć; nie mają im nic do powiedzenia. Są następnie dezerterzy, którzy chociaż zostali powołani do przyjęcia stylu życia Jezusa Chrystusa, przestraszyli się, że stracili kontakt z ludźmi – dokonali krótkiego spięcia, doprowadzili do rozbicia się miłości do Boga w miłość do bliźniego. Nie mają już więc ani co głosić, ani nie mają posłania, by wymagać od ludzi czegoś, co wykracza już poza ich samozrozumienie; gubią się w anonimowości tego, co ludzkie. Są w końcu bojaźliwi, którzy im bardziej przemijają odziedziczone formy, tym mocniej chwytają się tych, które jeszcze żyją. Chociaż wiedzą, że Duch wciela się w formy historyczne, nie są wolni, by pozwolić Mu tchnąć tam, gdzie chce, i mieszają Go z formami. Swoimi antytezami uzasadniają tezy, które je przekraczają.

Oczekiwanym cudem byłaby po prostu świętość – świętość człowieka, który w Bogu całkowicie stracił świadomość siebie, by oddawać cześć Bogu jako jedynej ważnej rzeczywistości. Nie troszczy się już o własną tożsamość. Dlatego jest zwyczajny i ożywczy jak bochen chleba, z którego każdy może oderwać sobie kęs. Sposób, w jaki on rozdziela się, należy utożsamić ze sposobem rozdzielania się przyjętym przez Słowo Boże, aby udzielać się w chlebie i winie. Zna on także sposób rozdzielania i interpretowania słowa Bożego. Przeciwnie do dzisiejszych przepowiadających nie będzie mi mówił o pustyni, podając mi niestrawny wiatyk słów o otwarciu Kościoła na świat. Co powinienem podać głodnym, którzy mnie otaczają, jak nie chleb? Jak Kościół może wyjść na zewnątrz, jeśli nie ma do zaproponowania nic wewnętrznego?

Czy można powiedzieć, że wyrzuca on z siebie niepewność własnej tożsamości, ponieważ nie ma już żadnego doświadczenia tego, czym jest jego wnętrze? On sam nie jest taką wewnętrznością – Kościół nie może być zwierciadłem siebie samego – ale Chrystus, Jego głowa i dusza, przez którego Trójjedyny Bóg bierze go w posiadanie. Wcześniej byli mnisi, zarówno na Wschodzie, jak na Zachodzie, na Górze Atos, w Clairveaux i Ranft, w Kijowie i Optina. Mieli oni doświadczenie i wiedzę oraz dawali wskazania. Ich światło było chlebem. Dochodzili do granic głębokiej wewnętrzności; i tam ich doświadczenie koncentrowało się w darze słowa. Być może takie oddzielenie zewnętrzne nie jest absolutnie konieczne, by poznać to, co wewnętrzne; samotność tchnie wystarczająco w przestrzeniach międzyludzkich. Ale ich pustka nie wypełnia się automatycznie cenną zawartością. W samej beznadziejnej pustce serca mojego bliźniego znajduję święte misterium Boskiego ubóstwa tylko wtedy, jeśli już go szukałem, jeśli już go noszę we mnie, jeśli zostało mi odsłonione. W przeciwnym razie nie spotykam nic innego jak pustkę innych, a słowo nie jest skuteczne i upada, ponieważ jest słabe i pozbawione mocy.

Mnisi byli także nazywani „duchownymi” (po grecku pneumatikoi – ci, którzy posiadają Ducha); takie jest do dzisiaj powszechne określenie kapłanów w krajach języka niemieckiego. Przez całe stulecia kandydaci do wyższych stopni hierarchii byli dobierani spośród mnichów. Są duchownymi te osoby, które posiadają doświadczenie w Duchu Świętym, a dzięki temu doświadczeniu są zdolni do uznania i zapalenia w nas – we mnie – ukrytego, nieznanego i uwięzionego Ducha. Jakże rzadki stał się ten typ człowieka! Czy powinniśmy zadowolić się namiastką Ducha?

Taka namistka jest nam dostarczana przede wszystkim przez psychologię (nie oznacza to, że dobry i pokorny psycholog nie mógłby być przepuszczalny dla Ducha Świętego); ale jej przedmiot jest reprezentowany przez ogólne prawa psychiki ludzkiej. Duch natomiast jest zawsze niepowtarzalny. Człowiek duchowy powinien pozwolić niepowtarzalnemu Duchowi Świętemu na w pełni wolną interwencję w stosunku do człowieka, tego niepowtarzalnego człowieka, który stoi wobec niego. Ten Duch nie pozwala na interwencję innych sił, ale otwiera na łaskę Boga żywego, który kieruje do mnie swoje miłujące, słodkie i wymagające słowo – przez kapłana, którego szukam. Nie zapominajmy o łasce sakramentalnej posługi kapłańskiej. Pomaga ona wyjść z siebie – wywłaszczyć się; ale nie można zastąpić tego wywłaszczenia. Jeśli ten, kto jest konsekrowany, nie otwiera się na nią, naznacza go ona w sposób negatywny. Istnieje szczególna forma braku Ducha, jaką może pokazać tylko upadły kapłan. Ignorant, przebiegły, aktywny i napastliwy, chce być słyszany, jest człowiekiem mnożników. Rozciąga się jak mgła na polach współczesnego Kościoła. Być może tylko potrzeba nauczy kapłanów („duchownych”) powrotu na nowo do modlitwy. My w tym czasie módlmy się za nich.

 

Przetłumaczył ks. Janusz Królikowski

Wytrwajcie w miłości mojej! Święcenia prezbiteratu (Katedra Poznańska – 26.05.2011)

Abp Stanisław Gądecki. Wytrwajcie w miłości mojej! Święcenia prezbiteratu (Katedra Poznańska – 26.05.2011).

Najprzewielebniejszy Księże Arcybiskupie Tomaszu, Arcybiskupie Astany,
Najprzewielebniejsi Księża Biskupi Zdzisławie, Marku i Grzegorzu,
Prześwietna Kapituło Katedralna oraz inne Kapituły Archidiecezji,
Księże Dziekanie, Prodziekani i Profesorowie Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza,
Księże Rektorze Arcybiskupiego Seminarium Duchownego wraz z Moderatorami i Ojcami Duchownymi,
Umiłowani Współbracia w kapłaństwie, a w szczególności Proboszczowie parafii pochodzenia diakonów,
Osoby Życia Konsekrowanego,
Szanowni Rodzice, Rodzeństwo, Krewni i Przyjaciele przyszłych prezbiterów,
Ukochani w Chrystusie, Bracia i Siostry,

Dzisiaj Archidiecezja Poznańska przeżywa swój radosny dzień. Oto święcimy dla niej następne pokolenie prezbiterów. Po raz kolejny moc Ducha Świętego jest udzielana słabym ludziom. A wszystko to dzieje się w szczególnych okolicznościach; w roku beatyfikacji Jana Pawła II. Ci, którzy wstępowali do Seminarium Duchownego po śmierci Jana Pawła II, doczekali się – w toku swojej formacji seminaryjnej – beatyfikacji tego wybitnego kapłana, biskupa i papieża „z rodu Polaków”.

W takich okolicznościach dzisiejsze czytania liturgiczne sugerują nam rozważanie o trzech głównych problemach kapłańskiego życia: miłości, wypaleniu i wytrwałości.

1. MIŁOŚĆ

U początku i źródła powołania chrześcijanina i kapłana znajduje się Miłość. „Bóg jest Miłością” (1 J 4, 16). Najwyższa, najdoskonalsza i wieczna Miłość, której świat i ludzkość – czyli każdy z nas – zawdzięcza swoje istnienie. Miłość niezmienna i nieodwołalna: „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą” (Iz 54,10).

Stwarzając nas na swoje podobieństwo, Bóg stworzył człowieka na obraz Bożej Miłości, czyli człowiek niesie w swoim wnętrzu zdolność do miłości, zaczerpniętą z Boga samego. Dlatego właśnie ludzie przez całe swoje życie niestrudzenie szukają miłości. Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek szuka miłości, bo w głębi serca wie, że tylko miłość może uczynić go szczęśliwym. „Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, a jego życie jest pozbawione sensu – uczył Jan Paweł II – jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa” (Jan Paweł II, Redemptor hominis, 10). W ten sposób świadomie czy nieświadomie poszukują swojej własnej tożsamości.

To poszukiwanie znajduje swoje zewnętrzne potwierdzenie w przykazaniu: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Mk 12,29b-30).

a. Starotestamentalne kapłaństwo było jednym z wyrazów uczucia wdzięczności za zakodowaną w duchowych genach człowieka Miłość Bożą. Do jej wyrażenia wobec Boga byli wybierani ludzie szczególni. Do wykonywania kapłańskich czynności zazwyczaj dopuszczano mężczyzn po ukończeniu dwudziestego roku życia (por. Hul. 24b). Wybierani byli ludzie z określonej rodziny; doskonali pod względem fizycznym i psychicznym: „Tak mów do Aarona: Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga. Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać – ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra. Żaden z potomków kapłana Aarona, mający jakąś skazę, nie będzie się zbliżał, aby złożyć spalaną ofiarę Panu” (Kpł 21,17-21).

Wybrańców wprowadzano w urząd kapłański przez namaszczenie. Potwierdza to nakaz skierowany do Mojżesza: „I ubierzesz w nie twego brata Aarona i synów jego razem z nim, namaścisz ich, wprowadzisz ich w czynności kapłańskie i poświęcisz ich, aby mi służyli jako kapłani” (Wj 28,41). Przebieg uroczystości konsekracyjnej zakładał kąpiel rytualną, przywdzianie lnianej, białej szaty, namaszczenie oliwą i złożenie potrójnej ofiary (cielca i dwóch baranów). Krwią barana złożonego podczas trzeciej ofiary namaszczano prawe ucho oraz kciuki prawych rąk i nóg kapłanów. Następnie spalano na ołtarzu tłuszcz barani, chleb przaśny i kołacz zmieszany z oliwą.

Ryt namaszczenia był jednocześnie symbolem oddzielenia kapłana od tego, co nieświęte. Odtąd stawał się on kadosz, czyli „odseparowanym” od tego, co świeckie. „Mojżesz wprowadził go w czynności i namaścił go olejem świętym; to stało się dla niego przymierzem wiecznym, i dla jego potomstwa, jak długo trwać będą niebiosa, aby spełniał obrzędy święte i równocześnie był kapłanem oraz błogosławił lud Imieniem [Boga]” (Syr 45,15).

b. „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1,1-2). On był kimś znacznie większym, aniżeli kapłani Starego Przymierza. Nie tylko doskonały jako człowiek, czyli podobny do kapłanów starotestamentalnych, „musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom” (Hbr 2, 17-18). Na podobieństwo Aarona, Jezus wstawia się za ludźmi u Boga i składa ofiarę za nasze grzechy (Hbr 5,1-4). Ponieważ jest kapłanem na wzór Melchizedeka, bez początku i końca, stąd jego kapłaństwo jest odwieczne (Hbr 7,3) i doskonałe (Hbr 7,20-25). Ale również doskonały, ponieważ będący Bogiem. Jest doskonałym pośrednikiem pomiędzy Bogiem a ludźmi, ponieważ jest Synem Bożym, posiadającym Boską naturę („Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem” – Hbr 1,1-13).

c. Z serca Syna Bożego, przepełnionego miłością – Arcykapłana na wieki – zrodziły się wszystkie dobra Kościoła, a w sposób szczególny bierze początek powołanie kapłanów Nowego Przymierza, którzy zdobyci przez Pana Jezusa, pozostawiają wszystko i poświęcają się całkowicie służbie ludowi chrześcijańskiemu, na wzór Dobrego Pasterza. Ci nowi kapłani są kształtowani przez Miłość samego Chrystusa; tę Miłość, która doprowadziła Go do oddania życia za swoich przyjaciół, a także do przebaczenia nieprzyjaciołom. Z tego właśnie powodu kapłani są głównymi pracownikami cywilizacji miłości (por. Benedykt XVI, Kapłani pracownikami cywilizacji miłości. Rozważanie przed modlitwą ‘Anioł Pański’ – 13.06.2010).

Nasza miłość jest po prostu odpowiedzią na dar miłości, z jaką przychodzi do nas Bóg, który nas pierwszy umiłował (por. 1 J 4,10). „Historia każdego powołania kapłańskiego, podobnie zresztą jak każdego powołania chrześcijańskiego, jest historią niewymownego dialogu między Bogiem a człowiekiem, między miłością Boga, który wzywa, a wolnością człowieka, który z miłością Mu odpowiada” (Pastores dabo vobis, 36).

Miłość owa polega najpierw na tym, by chcieć tego samego i wspólnie to samo odrzucać. By stać się podobnym jeden do Drugiego, by dążyć do wspólnoty pragnień i myśli z Nim. Miłość między Bogiem a człowiekiem polega właśnie na tym, że nasza wola i wola Boga stają się coraz bardziej zbieżne. Wola Boża przestaje być dla mnie obcą, a staje się moją własną wolą, która wychodzi z tego doświadczenia, że w rzeczywistości Bóg jest mi bliższy niż ja sam sobie. W konsekwencji wzrasta nasze oddanie Bogu a Bóg staje się naszą radością (por. Deus caritas est, 17).

Taka Miłość nie jest tylko uczuciem. Uczucia przychodzą i odchodzą. Uczucie może być cudowną iskrą rozniecającą, lecz nie jest pełnią miłości. Dojrzała miłość angażuje wszystkie warstwy człowieczeństwa i włącza człowieka w swój całokształt. Domaga się również zaangażowania naszej woli i naszego intelektu. Jest to proces, który pozostaje w ciągłym rozwoju: miłość nigdy nie jest „skończona” i spełniona. Ona zmienia się z biegiem życia, dojrzewa i właśnie dlatego pozostaje wierna samej sobie.

„Bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański” (Pnp 8,6). Podobnie jak nie można uciec od śmierci, tak też nie można uciec od siły Bożej miłości. Jest ona podobna do ognia, który zostawia swój ślad. Ten, kogo on naznaczy, nie może uczynić nic innego, jak tylko oddać się Bogu całkowicie i bez zastrzeżeń. Posiada w sobie tę moc, że pod jej wpływem zapominamy o sobie, aby tylko zadowolić Tego, kogo miłujemy, przyjmując równie ochoczo rzeczy gorzkie, jak i rzeczy przyjemne. Tego rodzaju Miłość nie może być owocem ludzkiej natury, ponieważ miłość ludzka czuje odrazę do ofiary. To Bóg udziela jej stopniowo tym, którzy godzą się, aby ich oczyszczał. Oczyszczona udziela człowiekowi siły olbrzyma. „Człowiek może stać się źródłem, z którego wypływają rzeki żywej wody, lecz, aby stać się takim źródłem, sam musi pić wciąż na nowo z tego pierwszego, oryginalnego źródła, którym jest Jezus Chrystus, z którego przebitego serca wypływa Miłość samego Boga” (Deus caritas est, 7).

2. WYPALENIE ZAWODOWE KAPŁANÓW

Tam, gdzie motorem – nawet najszlachetniejszego – człowieczego działania jest tylko ludzka miłość, tam trzeba się liczyć z jej wyczerpaniem, ponieważ wszystko, co ludzkie jest ograniczone.

a. Ludzka miłość to zazwyczaj intensywne uczucie do drugiej osoby. Często wypływa ono z atrakcyjności drugiej osoby. Kochamy innych, kiedy są dla nas atrakcyjni. Kochamy warunkowo; ponieważ spełniają warunki, które są wymagane przez nas, aby obdarzyć ich miłością. Nasza miłość jest nie tylko warunkowa, ale i zmienna. Kochamy na podstawie uczuć, które zmieniają się z minuty na minutę; sama ilość rozwodów jest tego potwierdzeniem. Kiedy małżonkowie przechodzą trudny okres w małżeństwie, przestają „odczuwać” miłość do współmałżonka. Najwyraźniej ich przysięga małżeńska „dopóki śmierć nas nie rozłączy” zmienia znaczenie; zamiast oznaczać śmierć fizyczną, zaczyna oznaczać śmierć miłości. „Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeśli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. […] beze mnie nic uczynić nie możecie” (J 15,4-5).

Dosadną ilustracją tego stanu rzeczy jest również modne ostatnio zjawisko tzw. „wypalenia zawodowego”. Coraz częściej mówi się dzisiaj o „wypaleniu” nie tylko w odniesieniu do wykonywanej pracy zawodowej, ale również w odniesieniu do podjętego powołania małżeńskiego, kapłańskiego czy zakonnego.

Wypalenie zawodowe opisuje się najczęściej jako stan wyczerpania cielesnego, uczuciowego, bądź duchowego. Trudno wskazać dokładny początek tego procesu. Najczęściej zaczyna się on bardzo powoli jakby niezauważalnie, aż nagle wybucha z dużą siłą. Jego objawy mają ogromny wpływ na życie zawodowe, relacje ze znajomymi, funkcjonowanie jednostki w rodzinie. Często towarzyszy mu awersja do ludzi i chęć ucieczki. Wypalenie jest zazwyczaj rezultatem długoletniej intensywnej pracy dla innych ludzi. Jest bolesnym uświadomieniem sobie, że nie jestem już więcej w stanie pomóc ludziom, że nie mogę dać im więcej, ponieważ wszystkie moje siły zostały całkowicie wyczerpane. Jest to zjawisko typowe dla ludzi, którzy starają się czerpać swoje siły z innych źródeł, aniżeli z Boga.

b. Podstawowym warunkiem uniknięcia „wypalenia zawodowego” jest zażyła więź z Bogiem, trwanie w miłości Boga; „kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity” (J 15,5). Stąd kapłaństwo jest najpierw określonym sposobem istnienia, a dopiero później określonym sposobem postępowania. Stąd czymś niezbędnym dla wytrwania w posłudze kapłańskiej jest „trwanie w Nim”; są osobiste, codzienne spotkania z Chrystusem: Eucharystia, liturgia godzin, medytacja, adoracja.

Bez doświadczenia zdumiewającej Miłości Boga, posługa kapłańska staje się czymś trudnym i nużącym. Podobnie jak czymś nużącym i trudnym jest wypełnianie codziennych obowiązków w małżeństwie i rodzinie li tylko z konieczności czy z poczucia obowiązku a nie z miłości. Jeśli podstawą pracy kapłana kieruje jakiś inny motyw, albo inna „miłość”, to taki kapłan będzie ciągle zmęczony i rozgoryczony.

Na pewnej plebanii mieszkał – oprócz proboszcza – kapłan-rezydent. Był to człowiek schorowany, który często narzekał i okazywał swoje rozgoryczenie. Ciągle powtarzał: „Przez ponad pięćdziesiąt lat uczciwie pełniłem posługę kapłańską, a teraz pozostałem zupełnie sam i nikt z dawnych parafian o mnie nie pamięta.” Na to odpowiedział mu proboszcz: „Nie pytaj o to, co czyniłeś przez te 50 lat. Pytaj raczej, dla kogo to robiłeś. Jeśli pełniłeś posługę kapłańską dla Chrystusa, z miłości do Niego i do tych, których On kocha, to nikt nie odbierze ci radości bycia księdzem. Jeśli natomiast liczyłeś na wdzięczność ludzi, to zawsze będziesz rozgoryczony.

Dojrzały kapłan to ktoś, kto opuścił wszystko oraz wszystkich z miłości do Chrystusa a nie z żadnego innego motywu. Taki kapłan potrafi radośnie pracować i radośnie wypoczywać. Kto czuje się kochanym i kocha, dla tego praca jest błogosławieństwem, a nie ciężarem. Nie grozi mu „egzystencjalne zmęczenie”. Przeciwnie, codziennie na nowo doświadcza radości bycia świadkiem Boga, który jest Miłością (por. ks. Marek Dziewiecki, Wypalenie zawodowe kapłanów).

3. WYTRWAJCIE W MIŁOŚCI MOJEJ

„Wytrwajcie w miłości Mojej” (J 15, 9b) – zachęca nas Ten, który nas powołał. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19); „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

a. Niestety, ludziom często brakuje wytrwałości. Pierwszy człowiek nie wytrwał w przyjaźni z Bogiem. Naród wybrany nie wytrwał w swoich przyrzeczeniach złożonych Bogu. Piotr nie wytrwał w przyrzeczeniu złożonemu Chrystusowi. Potem jeszcze wielu innych nie wytrwało. Mówimy o nich: „Nie wytrwał w małżeństwie, nie wytrwał w seminarium, nie wytrwał na studiach, nie wytrwał w kapłaństwie, nie wytrwał na stanowisku pracy, nie wytrwał w postanowieniu”.

b. Główną troską sług ołtarza jest wierność własnemu powołaniu. Wierność na wzór wierności Chrystusa. Wierność będąca wyrazem miłości konsekwentnej, prawdziwej i głębokiej do Chrystusa.

Pierwszym wzorem takiej wytrwałości jest sam Bóg. On wytrwale kocha człowieka. Boża wytrwałość stała się dla nas jawna w życiu i działaniu Chrystusa. On wytrwał na drodze krzyża. Drogą wytrwałości kroczyła także Jego Matka i z tego powodu nazywamy Ją „Panną Wierną”. Święci, których czcimy, to przede wszystkim ci, którzy do końca wytrwali w miłości Bożej.

Tego rodzaju przykładem był dla nas Jan Paweł II. Nawet gdy opuszczały go siły. Gdy osłabiły go choroby. Kiedy stracił głos, nie zwątpił, ale wytrwał, „jakby [na oczy] widział Niewidzialnego” (Hbr 11,27).

Przykładem wytrwałości był ks. Jerzy Popiełuszko, który „pełnił swoją wielkoduszną i śmiałą posługę u boku tych, którzy angażowali się na rzecz wolności, obrony życia i jego godności. Miłość do serca Chrystusa przywiodła go do oddania życia, a jego świadectwo było zasiewem nowej wiosny w Kościele i społeczeństwie” (Benedykt XVI). Mimo wszelkich szykan i prześladowania nie ugiął się i nie odstąpił od Bożej Miłości i miłości człowieka.

c. Piękny obraz ludzkiej wytrwałości – wspieranej łaską Bożą – ofiaruje poeta Joaquin Miller, którego wiersz pozwolę sobie sparafrazować:

„Płynęli, płynęli, aż Kolumb z wieczora;
powiedział: ’Dziś zęby swe odczuć nam da fala spora!
Czasami przycicha na chwilę, lecz znowa
Szczerzy swe zęby – wciąż ugryźć gotowa!
Więc Admirale, powiedz nam słowo,
Co w beznadziei mam rzec im na nowo?’

A wtedy Pan stanął u jego boku
I rzekł: ‘Płyń dalej, nie zbaczaj ni kroku!’

A noc ta ciemniejsza od wszystkich; aż patrzcie
Punkcik na horyzoncie! On wsparł się na maszcie
I patrzy: ŚWIATŁO; ŚWIATŁO! Tak, rośnie, tężnieje!
To jasna jutrzenka Nowego Świata dnieje!
On zdobył świat, dał lekcję ludzkości w tym roku;
’Ach, dalej i dalej! Nie zbaczać ni kroku!’”
(Joaguin Miller, Wytrwałość)

ZAKOŃCZENIE

A zatem, Panie Jezu, powołani do sprawowania świętego urzędu, pragniemy wierni Ci służyć. Jesteśmy świadomi naszej słabości, dlatego pokornie Cię błagamy, wspieraj nas mocą swojej Miłości, abyśmy aż do końca wytrwali przy Tobie.
Maryjo, Królowo Apostołów,
Ty, która w milczeniu towarzyszyłaś Jezusowi
w Jego posłannictwie głoszenia ubogim Ewangelii pokoju,
uproś nowym kapłanom,
abym byli wytrwałymi głosicielami Słowa i szafarzami sakramentów
dla owczarni powierzonej im przez Dobrego Pasterza.

Święcenia kapłańskie 2006 – Katedra Poznańska

Święcenia kapłańskie

Poznań, Archikatedra – 24 maja 2006 r.

Ekscelencje, Najprzewielebniejsi Księża Biskupi,
Prześwietna Kapituło Katedralna i inne Kapituły Archidiecezjalne
Księże rektorze Arcybiskupiego Seminarium Duchownego wraz z moderatorami i Ojcami Duchownymi,
Dziekanie i profesorowie Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza,
Umiłowani Współbracia w kapłaństwie,
Osoby Życia Konsekrowanego,
Szanowni Rodzice, Rodzeństwo, Krewni i Przyjaciele przyszłych prezbiterów,
Ukochani w Chrystusie wierni świeccy, Bracia i Siostry,

1. Zadania Ducha Pocieszyciela

Czas Kościoła rozpoczął się wraz z „przyjściem, czyli zesłaniem Ducha Świętego na Apostołów, zgromadzonych w jerozolimskim Wieczerniku wespół z Maryją, Matką Pana (por. Dz 1, 14). Rozpoczął się z chwilą, gdy obietnice, które tak wyraźnie odnosiły się do Ducha Pocieszyciela, zaczęły z całą mocą wypełniać się na Apostołach, o czym mówią w obfitości i w wielu miejscach Dzieje Apostolskie. Wynika z nich, że według świadomości pierwszej wspólnoty, Duch Święty objął niewidzialne – a równocześnie poniekąd „wyczuwalne – kierownictwo tych, którzy po odejściu Pana głęboko przeżywali osierocenie.

Z okazji święceń diakońskich i kapłańskich Chrystusowców mówiłem wczoraj o pierwszym zadaniu Ducha Świętego. O tym, co znaczy, iż Duch „przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. „Grzech oznacza niewiarę, z jaką Jezus spotkał się wśród „swoich, poczynając od rodzinnego miasta Nazaretu, aż do odrzucenia Jego posłannictwa, które doprowadziło ludzi do wydania na Niego wyroku śmierci. Sprawiedliwość, z kolei, to ta, jaką okaże Chrystusowi Ojciec, otaczając swego Syna chwałą zmartwychwstania i wniebowstąpienia. „Sąd natomiast oznacza, że Duch Prawdy będzie wykazywał winę „świata w skazaniu Jezusa na śmierć krzyżową. Jednakże ostatecznie Chrystus nie przyszedł na świat, aby ten świat sądzić i potępić: przyszedł, ażeby go zbawić (por. J 3, 17; 12, 47). Przekonywanie o grzechu i sprawiedliwości ma na celu zbawienie świata, zbawienie ludzi.

Dzisiaj św. Jan przybliża nam drugie zadanie Ducha Pocieszyciela. Jest nim całkowite zrozumienie słów Jezusowych, których przedtem uczniowie nie byli w stanie zrozumieć. Duch święty doprowadzi was do całej Prawdy, oznajmi wam rzeczy przyszłe, otoczy Mnie chwałą.

a. doprowadzi was do całej Prawdy

„Doprowadzić (hodegein) do całej Prawdy to znaczy nie tyle konkurować z ziemską misją Jezusa, ile doprowadzić objawienie do jego pełni, do jego szczytu. Doprowadzi do tego, czego Apostołowie „teraz znieść nie mogą Prawda nie jest tu rozumiana w sensie ilościowym, ale w – jakościowym. Nie chodzi o przemnożenie nowych prawd, ale o ponowne jej głoszenie. Całkowite Mysterium Christi domaga się wiary, ona bowiem właściwie wprowadza człowieka w rzeczywistość objawionej Tajemnicy. „Doprowadzenie do całej prawdy dokonuje się więc w wierze i poprzez wiarę, co jest dziełem Ducha Prawdy i owocem Jego działania w człowieku. Musimy być całkowicie przekształceni przez Ducha świętego, by dojść do pełnej Prawdy. Duch Święty ma być tutaj najwyższym przewodnikiem człowieka: światłem ducha ludzkiego. Prowadząc Kościół do całej prawdy (por. J 16, 13) i jednocząc we wspólnocie i posłudze, uposaża go w rozmaite dary hierarchiczne oraz charyzmatyczne i przy ich pomocy nim kieruje oraz owocami swoimi go przyozdabia (por. Ef 4, 11-12; 1 Kor 12, 4; Ga 5, 22). Mocą Ewangelii utrzymuje Kościół w ciągłej młodości, ustawicznie go odnawia i prowadzi do doskonałego zjednoczenia z Oblubieńcem.

b. oznajmi wam rzeczy przyszłe

Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy nie tylko doprowadzi nas do całej prawdy, ale ponadto „oznajmi wam rzeczy przyszłe (ta erchomena – J 16, 12 n.). W perspektywie Janowej wspólnoty apostolskiej, która żyje po Wniebowstąpieniu, owo oznajmienie rzeczy przyszłych odnosi się odnosi się do Apostołów, którzy naprzód byli naocznymi świadkami, a potem mieli się stać świadkami tego wszystkiego, co Chrystus „czynił i nauczał, a zwłaszcza Jego Krzyża i Zmartwychwstania. W dalszej perspektywie odnosi się to do wszystkich pokoleń uczniów i wyznawców Mistrza. Mają z wiarą przyjmować i owocnie wyznawać działającą w dziejach człowieka Boską tajemnicę objawioną, która wyjaśnia ostateczny sens tych dziejów.

c. On (tj. Duch Święty) Mnie otoczy chwałą

„On (tj. Duch Święty) Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi (J 16, 14). Najwyższe i najpełniejsze samoobjawienie się Boga, jakie dokonało się w Chrystusie i zostało poświadczone przepowiadaniem Apostołów, będzie dokonywało się nadal poprzez misję niewidzialnego Pocieszyciela: Ducha Prawdy. Jak ściśle zaś ta ostatnia będzie się łączyła z misją Chrystusa, jak całkowicie będzie czerpała z tej odkupieńczej misji, utrwalając i rozwijając w dziejach zbawcze jej owoce, o tym mówi słowo „weźmie: „z mojego weźmie i wam objawi. Aby zaś, w związku z owym „weźmie, do końca jakoby uwydatnić Boską i trynitarną jedność źródła, Chrystus dodaje: „Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi (J 16, 15).

2. Kapłan idący za głosem Ducha świętego

To właśnie sprawił w nich Duch Święty i nieustannie sprawia w Kościele poprzez ich następców. Łaska Ducha Świętego bowiem, której Apostołowie udzielili przez włożenie rąk swym pomocnikom, jest w dalszym ciągu przekazywana w konsekracji biskupiej. Następnie biskupi – w sakramencie kapłaństwa – czynią uczestnikami tego duchowego daru świętych szafarzy i w ten sposób w Kościele trwa łaska Pięćdziesiątnicy. Czas Kościoła – trwa. Trwa przez stulecia i pokolenia. Trwa również w naszym wieku. Duch Boży swoją przedziwną opatrznością kieruje biegiem czasu i odnawia oblicze ziemi.

a. doprowadzi was do całej prawdy

„Epoka nasza jest wybitnie głodna. Głód zaś jest bardzo wymagający i bezlitosny. Głód fizyczny i bardziej jeszcze głód duchowy. Ludzie są głodni Bożego człowieka. Homo Dei jest dziś pod obstrzałem tysięcy oczu sprawdzających, wypatrujących, kontrolujących, czy jest tym, czym być powinien: świętym. Jest w tych pretensjach coś bezlitosnego, okrutnego. Postulat świętości, jaki szary tłum stawia dziś księżom, wynika często z nieznajomości tajemnicy kapłaństwa, które uprawnia do szafowania świętościami, ale nie uświęca automatycznie, nie zwalnia z trudnego, twardego wysiłku. Nie wolno szukać w księdzu nadczłowieka. Wszystko to jest jasne, oczywiste, ale nie zmienia faktu, że człowiek współczesny tak właśnie myśli i tego szuka, przypierając bezlitośnie swoich duchowych przewodników do stromej ściany doskonałości: albo będziesz się w górę wspinał, albo odmówimy ci posłuchu” (M. Winowska, w: Ks. Franciszek Grudniok, Być kapłanem, Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1978, s. 29-30)

„Kapłaństwo jest odpowiedzią Boga na sytuację człowieka. Na początku XXI wieku sytuacja ta jest wyjątkowo złożona i trudna. Z jednej strony współczesny człowiek aspiruje do życia w wolności i pokoju oraz chce, by wszyscy respektowali jego godność. Z drugiej strony ten sam człowiek popada w uzależnienia czy w inny sposób krzywdzi samego siebie. Coraz częściej też akceptuje takie ideologie, które są powtórzeniem grzechu pierworodnego, gdyż sugerują, że człowiek własną mocą potrafi odróżnić dobro od zła i że poradzi sobie z własnym życiem bez Boga, a nawet wbrew Bogu. Promowana przez media kultura ponowoczesności promuje subiektywizm, indywidualizm, liberalizm, obojętność religijną i pustkę aksjologiczną. W konsekwencji obserwujemy kryzys wartości (demokracja i tolerancja stawiana jest ponad miłością i prawdą!), a także kryzys wychowania. W niektórych krajach kryzys ten idzie tak daleko, że legalne staje się tam zabijanie własnych dzieci (czyli aborcja) i własnych rodziców (czyli eutanazja). Odchodząc od Boga i Dekalogu współczesny człowiek skazuje samego siebie na życie w cywilizacji śmierci oraz popada w obojętność na własny los.

Jedną z cech dominującej obecnie kultury jest programowa krytyka kapłaństwa, a czasem otwarta walka z kapłaństwem. Jednocześnie wiele osób i środowisk kreuje samych siebie na „kapłanów i przewodników duchowych. Takie aspiracje zgłaszają wróżbiarze, astrolodzy, „uzdrowiciele, szefowie sekt i tak zwanych nowych ruchów religijnych, w których zwykle w ogóle nie ma miejsca na Boga. „Kapłanami próbują być także ideolodzy, naukowcy, psycholodzy, pedagodzy, politycy, sportowcy, aktorzy, piosenkarze i inni przedstawiciele show-biznesu. Często są to ludzie, którzy zupełnie nie radzą sobie z własnym życiem, a próbują być przewodnikami i wzorcami dla innych.

Kapłan Chrystusowy to prorok prawdy i świadek miłości. To najpierw prorok prawdy. To ktoś, kto uczy patrzeć w głąb, odkrywać sens życia, odróżniać to, co nas rozwija, od tego, co nas krzywdzi i prowadzi do cierpienia. Kapłan to świadek prawdy, która wyzwala z iluzji, z naiwności i z grzechu. To także – i przed wszystkim – świadek Bożej miłości. To ktoś, kto serdecznie cieszy się ludźmi, do których został posłany. To ktoś, kto potrafi zrezygnować z założenia własnej rodziny po to, by kochać miłością Chrystusową każdego spotkanego człowieka. To ktoś, kto jest powołany po to, by kochać tych, których nikt nie kocha i którzy nie potrafią kochać nawet samych siebie. To ktoś, kto tworzy wspólnotę miłości, w której silni pomagają słabszym, zdrowi chorym, radośni smutnym, a bogaci biednym. To ktoś, kto przyprowadza ludzi do Chrystusa i pomaga im myśleć, kochać i modlić się tak, jak On ().

b. oznajmi wam rzeczy przyszłe

„Przegracie na pewno, jeżeli będziecie chcieli dorównać nam albo przewodzić na naszym świeckim terenie. Natomiast wygracie zawsze, jeśli po prostu, z radością i z mocą będziecie trzymać się tego, co stanowi waszą własność, nieprzekazywalną dziedzinę, to znaczy kapłaństwo. Chcemy od was przede wszystkim i ponad wszystko, żebyście dawali nam Boga, zwłaszcza w tym, do czego jedynie wy macie prawo: w rozgrzeszaniu i konsekrowaniu. Żądamy od was, żebyście byli „Bożymi ludźmi – isz Elohim, jak prorocy, nosicielami niezależnego od czasu Słowa, rozdawcami Chleba życia, przedstawicielami Wieczności pośród nas, ambasadorami Absolutu. W istocie, chociaż przebywamy wśród względności, to jednak poruszamy się, oddychamy i żyjemy w Absolucie. Bez tego Absolutu, który nas ogarnia, nie moglibyśmy nawet cieszyć się względnością. Otóż łaknąc i pragnąc Absolutu, którego nie znajdujemy nigdzie w stanie czystym, potrzebujemy wśród nas podobnych nam istot, które nawet w swej przeciętności i nędzy wcielałyby ideę Absolutu i dowodziły swoją obecnością, że może On istnieć, że jest zawsze bliższy nam, niż myślimy. To wymaganie Absolutu będzie rosło w nas coraz bardziej w świecie jutra, ponieważ narody rozczarowane głęboko względnością, zwrócą się całą istotą do Absolutu (Jean Guitton, Dialogi z Pawłem VI, Pallottinum, Poznań-Warszawa 1969, s. 272 – 273)

c. Mnie otoczy chwałą

„W dyskusjach o kapłaństwie mówi się czasem, że kapłaństwo nie jest już dzisiaj właściwie żadnym zawodem – twierdził kard. Ratzinger – ponieważ nie pasuje do świata specjalizacji, w którym nie może się ostać ten, kto ma być w życiu wszystkim dla wszystkich. Mówi się zatem, że ksiądz musi stać się specjalistą, np. specjalistą w sprawach teologicznych, stojącym do dyspozycji gminy i udzielającym porad. Odpowiadam na to: Nie! To, co wielkie, i to, co zawsze najbardziej konieczne u kapłana, polega właśnie na tym, że w świecie niejako rozłożonym na części i chorym na specjalizację kapłan pozostaje człowiekiem całości, człowiekiem, który podtrzymuje człowieczeństwo od wewnątrz. Właśnie to stanowi dziś naszą nędzę, że człowiek nigdzie nie jest po prostu człowiekiem, że istnieją specjalne wydziały dla starych, dla tych i owych, dla chorych i dzieci, a nigdzie człowiek nie żyje swym pełnym człowieczeństwem. Gdyby nie było kapłana należałoby wymyślić tego, który – pośród świata specjalizacji – byłby człowiekiem dla ludzi, z nakazu Boga: dla chorych i zdrowych, dla dzieci, i starców, na co dzień i od święta podtrzymujący wszystkich i wszystko w miłosiernej miłości Boga. Na tym właśnie polega piękno, głęboka ludzkość i zarazem świętość, sakramentalność osoby kapłana, że mimo całego swego wykształcenia nie jest jednym z wielu specjalistów, lecz sługą stworzenia Bożego, że jest sługą człowieka, że z rozbicia życiowego prowadzi nas ku miłosiernej miłości Boga, do jedności Ciała Chrystusowego (Joseph Kardynał Ratzinger, Służyć Prawdzie, Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań-Warszawa-Lublin 1983, s. 126). Jest tym, który stara się już na ziemi otoczyć Chrystusa chwałą.

ZAKOŃCZENIE

Wiedzmy zatem, bracia, – uczy św. Efrem – iż wielka godność kapłańska przewyższa wszystko. … Ze czcią odnośmy się do tych, którzy stoją na stopniu czcigodnego kapłaństwa. Wiemy bowiem, że kto kocha przyjaciół króla, tego i król kocha. Kochajmy kapłanów, bo oni są przyjaciółmi dobrego Boga i wstawiają się za nami i za całym światem. Czcijmy kapłanów, wypełniając przez to przykazanie Chrystusa, które mówi: „Kto przyjmie proroka w imię proroka, otrzyma zapłatę proroka” (Mt 10, 41). Choć nie wiesz o jakim kapłanie, czy jest godny urzędu, szanuj go dla przykazania Chrystusa! Bo jak nie traci wartości złoto, choćby się zanieczyściło w błocie, ani nie traci blasku najpiękniejsza perła wśród brudnych rzeczy, tak nie staje się brudnym kapłaństwo, choćby je otrzymał nawet człowiek niegodny. Kto zasługuje na ten wzniosły urząd i żyje w nim nienagannie, zyska życie wieczne i nie więdnący wieniec; kto zaś odważy się sięgać po niego niegodnie, ściągnie na siebie ciemności zewnętrzne i sąd bez miłosierdzia (Św. Efrem, Mowa o Kapłaństwie, Przetł. ks. Wojciech Kania, Tarnów 1983, s. 9-10).

Święcenia kapłańskie 21.05.2005 – Katedra Poznańska

Abp Stanisław Gądecki
Święcenia kapłańskie

(Archikatedra Poznańska, 21.05.2005)

Umiłowani Współbracia Kapłani,
Osoby życia konsekrowanego,
Ukochani w Chrystusie Bracia i Siostry,
Drodzy Diakoni, mający przyjąć święcenia Prezbiteratu,

Kiedy rozpoczęliśmy liturgię, która ma doprowadzić do wyświecenia nowych prezbiterów Kościoła, przypominamy sobie słowa dzisiejszej Ewangelii.

1. ŻNIWO

Powiedział też do nich: „Żniwo wprawdzie wielkie”. Jest to dzisiaj całkiem osobliwe żniwo. W wielu krajach o dawnej tradycji chrześcijańskiej uległo stłumieniu poczucie chrześcijańskiego sensu życia. Bolesny jest fakt, że w wielu miejscach i środowiskach żyją ludzie, którzy wprawdzie słyszeli o Jezusie Chrystusie, ale wydaje się, iż znają i akceptują Jego naukę bardziej jako zbiór ogólnych wartości etycznych niż jako osobisty związek z Nim w codziennym życiu. Masy ochrzczonych uchylają się od naśladowania Chrystusa i przyjmują styl życia nacechowany relatywizmem. W wielu przypadkach rola wiary chrześcijańskiej sprowadza się do wymiaru czysto kulturowego oraz zamyka się w sferze prywatności, bez żadnego wpływu na życie społeczne jednostek i narodów (Kapłan, głosiciel Słowa, 1,1).

Żniwo charakteryzuje się nie tylko praktyczną obojętnością, ale i ideologicznym rozchwianiem. „Iluż powiewów nauki zaznaliśmy w ostatnich dziesięcioleciach, iluż ideologicznych prądów, ile sposobów myślenia… – mówił kard. Ratzinger do członków konklawe. Łódeczka myśli wielu chrześcijan była nierzadko huśtana przez te fale – miotana z jednej skrajności w drugą: od marksizmu do liberalizm aż po libertynizm; od kolektywizmu do radykalnego indywidualizmu; od ateizmu do niejasnego mistycyzmu religijnego; od agnostycyzmu po synkretyzm i tak dalej. Każdego dnia rodzą się nowe sekty i urzeczywistnia się to, co święty Paweł nazywa „oszustwem ze strony ludzi i przebiegłością w sprowadzaniu na manowce fałszu” (por. Ef. 4,14). Posiadanie jasnej wiary, zgodnej z credo Kościoła, zostaje często zaszufladkowane jako fundamentalizm. A tymczasem relatywizm, to znaczy zdanie się na „każdy powiew nauki”, zdaje się być jedyną postawą godną współczesności. Ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik, a jedynym miernikiem ustanawia własne ja i jego zachcianki.”

2.ŻNIWIARZ

„Każdy bowiem arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga,aby składał dary i ofiary za grzechy. I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5,1-10)

„My natomiast mamy …miarę wielkości: Syna Bożego, prawdziwego człowieka. To on jest dla nas wyznacznikiem prawdziwego humanizmu. Wiara „dorosła” nie idzie z prądem mód i nowinek; wiara dorosła i dojrzała jest głęboko zakorzeniona w przyjaźni z Chrystusem. Ta przyjaźń otwiera nas na każde dobro dając nam zarazem kryterium rozeznania prawdy i fałszu, odróżnienia ziarna od plew. Do tej dorosłej wiary musimy dojrzewać, ku niej powinniśmy prowadzić Chrystusową trzodę. I właśnie ta wiara – i tylko ona – tworzy jedność, realizując się w miłości. Święty Paweł w tym kontekście – w przeciwieństwie do nieustannego miotania się tych, którzy niczym dzieci pozwalają się nieść falom – daje nam piękne słowo: czynić prawdę w miłości, jako podstawową zasadę chrześcijańskiego życia. W Chrystusie spotykają cię prawda i miłość. W miarę zbliżania się do Chrystusa także w naszym życiu prawda i miłość stapiają się ze sobą. Miłość bez prawdy byłaby ślepa; prawda bez miłości byłaby niczym „cymbał brzmiący” (1Kor 13,1).” (Homilia kard. Ratzingera na konklawe, 18.04.2005).

Ofiara jest nieodłączna od kapłana. Tylko Chrystus jest równocześnie sacerdos et hostia, a przecież na mocy sakramentu sacerdos, jest także wezwany do tego, by stawał się również hostia, to znaczy, aby ożywiało go to samo dążenie, które było w Chrystusie Jezusie (por. Flp 2,5). Ta nierozdzielna więź między kapłanem i żertwą, między kapłaństwem i Eucharystią, decyduje o skuteczności wszelkiej ewangelizacji. Od ścisłej jedności, jaka w Duchu Świętym istnieje między Chrystusem i Jego sługą, zależy skuteczne działanie Bożego miłosierdzia ukrytego w Słowie i Sakramentach. Niech jednak kapłan nie próbuje zajmować miejsca Chrystusa, ale szuka w Nim oparcia, oraz pozwoli, aby On działał w kapłanie i przez niego. Do tej więzi z Jezusem odnoszą się także słowa: ŤJa jestem krzewem winnym (…), podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeśli nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecieť (J 15,4).

«…Jeśli kapłan oddaje Chrystusowi rozum, wolę i całego siebie, by przez jego posługę mógł ofiarować Ojcu sakramentalną ofiarę odkupienia, powinien żyć jak Chrystus, jako dar dla swoich braci. Winien jednoczyć się wewnętrznie z żertwą, składając na ołtarzu ofiarnym całe swoje życie. W trwałym darze Eucharystii, kapłani otrzymali jedyną w swoim rodzaju sakramentalną moc, aby dawali wobec ludzi świadectwo o niewyczerpalnej miłości Boga, która w dalszej perspektywie historii zbawienia okaże się silniejsza niż grzech». Dzięki otrzymanej konsekracji i pełnionej posłudze, kapłani są wraz z Chrystusem żywym i skutecznym znakiem tej wielkiej miłości, owego «amoris officium», o którym mówił św. Augustyn.

Trzeba pamiętać, że niemało współczesnych ludzi wytwarza sobie obraz Chrystusa i Kościoła przede wszystkim pod wpływem wyświęconych szafarzy. Coraz bardziej więc konieczne jest, aby dzięki świadectwu prawdziwie ewangelicznego życia byli oni «żywym i przejrzystym obrazem Chrystusa Kapłana».

Nie straciła swej aktualności zachęta, jaką kierował do kapłanów papież Grzegorz Wielki: «Trzeba, aby on [pasterz] był czysty w myślach, przykładny w działaniu, dyskretny dzięki milczeniu, użyteczny w słowach. Aby był bliski każdemu przez współczucie i bardziej niż inny oddany kontemplacji. Niech będzie pokornym sprzymierzeńcem każdego, kto postępuje dobrze, ale też w trosce o sprawiedliwość niech pozostaje nieugięty wobec wad grzeszników. Niech pośród zewnętrznych zajęć nie wyzbywa się troski o swe życie duchowe. Niech nie przestaje spieszyć z pomocą w zewnętrznych potrzebach, gdy zabiega o duchowe dobro».

Nie wolno też lekceważyć niewłaściwego przywiązywania się kapłanów do pewnych form posługi, które zdradzają pogoń za tanią popularnością albo brak szlachetnych intencji. Pasterska miłość nie może istnieć bez pokory. Zdarza się czasem u kapłana postawa pozornie uzasadnionego buntu albo krytycyzmu wobec decyzji biskupa, mającej na celu zmianę działalności duszpasterskiej, ekscentryczny sposób głoszenia słowa albo sprawowania liturgii, czy rezygnacja z noszenia stroju duchownego lub wprowadzanie w nim samowolnych zmian. We wszystkich tych zachowaniach może się kryć egoizm, a czasem nieuświadomiona chęć imponowania. Może się zdarzyć, że niektórzy kapłani po rozpoczęciu posługi z entuzjazmu pełnego ideałów, popadają w zniechęcenie i rozczarowanie, graniczące z poczuciem klęski. Przyczyny tego stanu rzeczy są różne: od wadliwej formacji po brak więzi braterskiej w diecezjalnym prezbiterium; od osobistej izolacji po obojętność i odmowę poparcia ze strony wspólnoty; od osobistych problemów, także zdrowotnych, po rozgoryczenie spowodowane niemożnością znalezienia rozwiązań; od nieufnego podejścia do ascezy i zaniedbania życia wewnętrznego – po brak wiary.

Niektóre prądy współczesnej kultury lekceważą umartwienie i życie duchowe jako przejawy zbytniego skupiania się na ludzkim wnętrzu, wyobcowania, a w konsekwencji jako wyraz egoizmu, który staje się niezdolny do zrozumienia problemów świata i ludzi. W pewnych regionach powstała nawet wieloraka typologia prezbiterów: od socjologa do terapeuty, od robotnika do polityka i menadżera… aż do księdza „emeryta”. W związku z tym trzeba przypomnieć, że kapłan jest nosicielem ontologicznej konsekracji, która nie podlega ograniczeniu w czasie. Podstawą jego tożsamości jest otrzymany w sakramencie święceń charakter, na którego podłożu rozwija się i przynosi owoce łaska pasterska. Dlatego prezbiter winien być w stanie czynić wszystko, co czyni, zawsze jako kapłan. Jest on kapłanem przy ołtarzu, i w konfesjonale, w szkole, na ulicy i wszędzie (ks. Jan Bosco).

Trzeba uznać, że Wasze życie wewnętrzne będzie Waszym najważniejszym przedsięwzięciem pastoralnym. Bez solidnej duchowości kapłańskiej rozmach posługi mógłby się przekształcić w czczy aktywizm, pozbawiony prorockiego namaszczenia. Jasną jest rzeczą, że naruszenie jedności we wnętrzu kapłana to przede wszystkim następstwo wyziębienia jego pasterskiej miłości; wyziębienia czujnej miłości, z jaką winien „strzec ‚tajemnicy’, która została mu powierzona dla dobra Kościoła i ludzkości”. Kapłan, przewodnik wspólnoty, winien tego pierwszeństwa przestrzegać, aby nie wyjałowieć wewnętrznie i nie stać się nikomu nie przydatnym, wyschłym kanałem. Wszelkie duszpasterskie plany, zamierzenia misyjne, wszelkie wysiłki ewangelizacji, nie oparte na pierwszeństwie duchowości i kultu Bożego, byłyby skazane na porażkę” (Kapłan, głosiciel Słowa).

2. ŻNIWOWANIE

„i wysłał ich …przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał”

Od tamtego momentu Kościół żyje Chrystusowym posłaniem. Żyje, kiedy wyznaje i głosi miłosierdzie – najwspanialszy przymiot Stwórcy i Odkupiciela – i kiedy przybliża ludzi do zdrojów miłosierdzia. Rzeczywistość ta w sposób istotny odróżnia Kościół od wszystkich innych instytucji mających na celu dobro człowieka. Choć także one mogą pełnić ważne zadania wyrażające się w solidarności i filantropii, nawet natchnionej duchem religijnym, nigdy nie mogą sobie rościć prawa do występowania w roli wyłącznych szafarzy Bożego miłosierdzia. W zestawieniu ze świeckim miłosierdziem, które nie jest zdolne zbawić człowieka, miłosierdzie Boga ofiarowane ludziom w Kościele jako przebaczenie jawi się jako zbawcze lekarstwo. By człowiek mógł doznać skutków jego działania, wystarczy przyjąć całą prawdę o swoim życiu, postępowaniu, o swojej grzeszności. Stąd narodzi się duch pokuty, a w konsekwencji uznanie związku miłosierdzia z pełnią prawdy. Kapłani, na mocy szczególnego powołania są wezwani w Kościele i przez Kościół do głoszenia i urzeczywistniania miłosiernej miłości Ojca. Przez nich działa sam Chrystus, który:

Mymi ustami ofiarę wypowie
I moją ręką wszelki grzech zaciera,
Obecny Duchem w mej kapłańskiej mowie.
(A.M. Deskur, Sonety rzymskie. Kapłaństwo)

Niekiedy sami kapłani pod wpływem ducha tego świata skłonni są mniemać, że ich posługa dotyczy życiowych peryferii. Tymczasem ona tkwi w samym centrum rzeczywistości, gdyż zdolna jest przynieść światło i dokonywać odnowienia wszystkiego. „Nowo wyświęcony kapłan jest o wiele ważniejszy aniżeli prezydenci, premierzy, królowie, najwięksi biznesmeni oraz wszyscy wielcy tego świata, ponieważ to przez dar kapłaństwa Jezus Chrystus przebacza nam grzechy w sakramencie pokuty i uobecnia swoje zbawienie w tajemnicy Eucharystii, dzieląc się z nami swoim zmartwychwstałym życiem” (Tom Monaghan).

Wasza przyszła działalność apostolska – drodzy Ordinandi – musi z jednej strony z całą stanowczością zachować wierność niezmiennej nauce Kościoła. Z drugiej jednak strony musi poszukiwać odpowiednich form wyrazu, by dopomagać współczesnemu człowiekowi w odnajdowaniu sensu podstawowych ludzkich i chrześcijańskich rzeczywistości. Trzeba traktować duszpasterstwo w jego autentycznym wymiarze misyjnym i nie mylić go z funkcją biurokratyczno-organizacyjną. Wymaga to umiłowania przez kapłanów cnoty męstwa, którą nacechowana była postawa Jezusa. On nigdy nie uchylał się przed odpowiedzialnością wynikającą z Jego mesjańskiej władzy, ale pełnił tę władzę z miłością. Z tej racji Jego władza nie stała się nigdy uciskiem, ale służbą.

ZAKOŃCZENIE

Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Dlatego błagajcie Pana Żniwa, aby przynaglił żniwiarzy do żniwowania. Maryjo, Jutrzenko Trzeciego tysiąclecia, bądź nadal przewodniczką kapłanów Jezusa Chrystusa, aby naśladując Twoją miłość ku Bogu i ludziom, stali się gorliwymi pasterzami wiodącymi wszystkich na spotkanie z Twoim Synem, prawdziwą światłością, która oświeca każdego człowieka (por. J 1,9).

Przewodnik wspólnoty. Święcenia kapłańskie Oblatów. Obra, 26 maja 2007

Abp Stanisław Gądecki, Przewodnik wspólnoty. Święcenia kapłańskie Oblatów. Obra, 26 maja 2007.

Dzisiaj Oblaci – a wraz z nimi zgromadzeni tutaj wierni – przeżywają swój radosny dzień. W czasie uroczystej liturgii zgromadzenie ma wzbogacić się o ośmiu nowych prezbiterów, którzy wybrali służbę Chrystusowi, spełniającemu potrójny urząd: Nauczyciela, Kapłana i Króla.

Podczas tego tygodnia, we wtorek, w trakcie święceń Księży Chrystusowców mówiłem o pierwszym z zadań każdego prezbitera a mianowicie o urzędzie prorockim, czyli głoszeniu Słowa Bożego. W czwartek, podczas święceń kapłanów diecezjalnych rozważaliśmy funkcję kapłańską, czyli ich zadania uświęcające. Dzisiaj, w sobotę, zatrzymamy się na chwilę przy funkcji królewskiej, tj. przy przewodzeniu wspólnocie.

1. MOJŻESZ

Kto zastanawia się nad pełnieniem funkcji królewskiej, ten najpierw zwróci uwagę na to, że każda społeczność potrzebuje przywódcy. Pismo Święte chętnie określa go słowem „przewodnik” (presbytes – Lb 10, 31; hodegos – Mt 23, 16; archegon - Hbr 2, 10). Każda społeczność domaga się kogoś na czele, kto byłby dla niej wodzem po nie do końca znanej ludziom drodze, „przewodnikiem ślepych, światłością dla tych, którzy są w ciemności” (Rz 2, 19). Potrzebuje – posługując się obrazem biblijnym – kogoś, kto będzie dla niej jak słup ognisty w nocy i obłok w ciągu dnia („Dałeś przed nimi słup ognisty jako przewodnika na nieznanej drodze” – Mdr 18, 3), służąc swoją mądrością ludowi. Kogoś, kto cechowałby się roztropnością i rozwagą (por. Jr 3, 15).

Tę potrzebę przywódcy dostrzegł już Mojżesz, który prosząc Boga o następcę tak się modlił: „O Panie, od którego zależy życie wszystkich istot, wyznacz do kierowania społecznością męża, który by na jej czele wychodził i wracał, wyprowadzał ich i przyprowadzał, by społeczność Pana nie była jak stado bez pasterza” (Lb 27, 16-17). Stosownie do tej potrzeby, odpowiadającej naturze społeczności ludzkiej, zorganizowany został w samych swoich początkach Lud Boży: „Wtedy wybrałem (spośród głów waszych pokoleń) mężów mądrych, szanowanych i dałem wam ich za waszych przewodników: naczelników nad tysiącami i naczelników nad setkami, naczelników nad pięćdziesięcioma i naczelników nad dziesięcioma jako zwierzchników nad waszymi pokoleniami” (Pwt 1, 15).

Władca winien spełniać pewne warunki, posiadać pewne predyspozycje, ponieważ – jako pasterz i przewodnik – jest odzwierciedleniem władzy Boga, jedynego, najwyższego i rzeczywistego Pasterza ludzkości. Sam przełożony, będąc przewodnikiem innych, nie może pozostać bez własnego przewodnika („rozum miał zostać moim mądrym przewodnikiem” – Koh 2, 3), bez rozumu, który czerpie swoje światło ze Stwórcy („On jest bowiem i przewodnikiem Mądrości, i tym, który mędrcom nadaje kierunek” – Mdr 7, 15). Tego rodzaju predyspozycji domaga się owocne pełnienie zadania królewskiego w każdej społeczności. Dzięki owocnie sprawowanej funkcji przełożonego owce nie powinny odczuwać żadnego braku („Pan moim pasterzem, nie brak mi niczego” – Ps 23, 1). Jeśli ma być odzwierciedleniem boskiej władzy, musi wskazać owcom dobre i obfite pastwiska. Przełożony musi najpierw umieć rozróżniać tych, którzy potrzebują większej od tych, którzy potrzebują mniejszej troski: „jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie” (Iz 40, 11). Musi być zdolnym do odszukania zagubionych owiec, do sprowadzenia zabłąkanych, opatrzenia skaleczonych, umocnienia chorych, ochrony tłustych i mocnych (por. Ez 34, 14.16). Zdolny do rządów sprawiedliwych, ponieważ jest tylko zarządcą występującym w imieniu Boga (Ez 34, 15).

Nawet jeśli Ezechielowe „biada” – w sensie dosłownym – odnosiło się do królów izraelskich, to jednak w sensie analogicznym dotyczyć ono będzie wszystkich, którzy przejmują przewodzenie jakiejkolwiek społeczności ludzkiej: „Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się [owce moje], bo nie miały pasterza i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza” (Ez 34, 2-5)

2. CHRYSTUS

A potem – po doświadczeniach Prawa Mojżeszowego – przychodzi Chrystus i uczy: „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu” (Mk 10, 42-45). Kiedy przychodzi Chrystus, On nie tylko koryguje błędy w sprawowaniu władzy, On także udoskonala sposób sprawowania władzy, przez jej przeciwieństwo. Sprawując ojcowską i pasterską władzę, postępuje jak ten, co służy (por. Mt 20, 28; Mk 10, 45; Łk 22, 26-27; J 10, 11). Okazuje całkowitą i bezwarunkową dyspozycyjność względem należących do owczarni, oraz tych, którzy nie są jeszcze jej częścią (por. J 10, 16). Potwierdza to przez czynność mycia nóg swoim uczniom. Zostawia obraz miłości służebnej aż do oddania życia, jako model dla uczniów Ewangelii. „Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” (J 13, 15).

Swój model władzy doprowadza do krańcowego radykalizmu, ukazując go jako służbę aż do utraty życia: „Dobry pasterz daje życie swoje za owce” (J 10, 11). Później skomentuje to św. Paweł w następujący sposób: „Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienie” (Hbr 2, 10). Dlatego tez sam Apostoł Paweł – jak to dzisiaj słyszeliśmy – z dumą wyzna w Rzymie: „dla nadziei Izraela dźwigam te kajdany”(Dz 28, 20).

3. DIAKON

Takiego ducha przekazuje Chrystus tym, którzy mają podjąć urząd diakoński. W Kościele staną przed nimi tym samym trzy zadania: posługa Słowa, Liturgii i Miłości. To trzecie, królewskie zadanie, nowi diakoni spełnią przede wszystkim wybierając miłość Chrystusa ponad wszystko; stąd ich zobowiązanie celibatu, aby móc prowadzić życie święte, niewinne i nieskalane, a jednocześnie przejąć troskę o biednych i potrzebujących. Uczestnicząc w posłaniu i łasce Chrystusa, nie będą oni szukali niczego innego, jak tylko upodobnienia się do Chrystusa, który również stał się „diakonem” (diakonos), to znaczy sługą wszystkich (por. Mk 10, 45).

Nie można zapomnieć o przewodzeniu wspólnocie w wymiarze diakonii charytatywnej. Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, założone przez św. Eugeniusza de Mazenoda, ma w tej materii duże doświadczenie. Oblaci, idą za Założycielem, kierując się hasłem „Posłał mnie, bym głosił Dobrą Nowinę ubogim”.

4. KAPŁAN

Dzisiaj wyświeceni neoprezbiterzy usłyszą z kolei od Chrystusa skierowany do siebie nakaz: „Paście stado Boże, które jest przy was, strzegąc go nie pod przymusem, ale z własnej woli, jak Bóg chce” (1P 5, 2).

Jakąż walkę duchową musi przeprowadzić ze sobą kandydat do święceń kapłańskich, gdy uświadomi sobie wielkość zadania przewodnika wspólnoty a jednocześnie moc własnych ułomności. Pomocą w takiej sytuacji mogą mu służyć sparafrazowane rady udzielane biskupom przez św. Grzegorza Wielkiego: „Prawe dążenie do [kapłaństwa] nie dopuszcza szukania w nim zaszczytnej godności, ale posługiwanie dobremu dziełu. Jak możemy rozpoznać naszą szczerą intencję? Otóż, niech każdy pomyśli, jak postępował będąc podwładnym, wówczas zrozumie, czy jako przełożony będzie pełnił dobre czyny, jakie zamierzał. Nikt bowiem nie nauczy się pokory na wyższym stanowisku, jeśli będąc na niskim nie przestawał być pyszny. (…) Czym bowiem jest szczyt władzy, jeśli nie burzą duszy, w czasie której okręt serca jest stale poruszany wstrząsami myśli bezustannie tu i tam popędzany, tak że przez nagłe zmiany słów i czynów rozbija się jak o skały. Wobec tego, co należy czynić i czego się trzymać? Chyba tylko tego, aby człowiek bogaty w cnotę władzę obejmował nawet pod przymusem, a pozbawiony cnót, aby jej nie otrzymał, choćby pod przymusem” (Reguła Pasterska, cz. 1, rozdz. 9).

Rząd dusz to sztuka nad sztukami także z tego powodu, iż „postępowanie przełożonego powinno tak przewyższać postępowanie ludu, jak życie pasterza różni się od życia stada” (Reguła pasterska, cz. 2, rozdz. 1). By zadośczynić tym wymaganiom: „Należy czuwać, by rządca był czysty w myśli, wybitny w działaniu, rozważny w milczeniu, pożyteczny w słowie, bardzo bliski każdemu współczuciem, ponad wszystko oddany rozmyślaniu, by przez pokorę był towarzyszem dobrze czyniących, a przez gorliwe dążenie do sprawiedliwości powstał przeciw występkom grzeszących” (św. Grzegorz Wielki, List synodalny I, 24).

Z jednej strony u przełożonego potrzeba cnoty miłosierdzia: „Przełożeni niech będą tacy, żeby ich podwładni nie wstydzili się wyznać im swoje ukryte grzechy. I ci mali, gdy znoszą napływ pokus, żeby uciekali się do serca pasterza jak do serca matki, a gdy przewidują, że nacierająca pokusa ich zabrudzi, niech obmyje ich jego nauka pełna pociechy i łzy modlitwy” (Reguła pasterska, cz. 2, rozdz. 5). Z drugiej zaś strony nie może być pozbawiony cnoty sprawiedliwości: „A jednak trzeba, żeby owce bały się swego pasterza, gdy on zauważy, że nie boją się Boga. A to dlatego, żeby przynajmniej bały się grzeszyć z powodu strachu przed człowiekiem, jeśli nie obawiają się sądu Bożego” (Reguła pasterska, cz. 2, rozdz. 6). Z tej racji „tych, których nawet kara nie powstrzymuje od nieprawości, powinno się tym silniej uderzać, im bardziej są zatwardziali i nieczuli. Na ogół bowiem powinno się pogardzać nimi bez lekceważenia, budzić w nich wątpienie bez rozpaczy, aby i okazana rozpacz budziła lęk i dodana nagana zwróciła ich ku nadziei” (Reguła pasterska, cz. 3, rozdz. 13). Jednym słowem: „Trzeba ze szczególną uwagą zadbać, aby surowość nie była zbyt twarda, a miłość zbyt miękka” (Reguła pasterska, cz. 2, rozdz. 6). „Pasterz powinien dobrze rozróżniać, czy należy udzielić nagany, czy pobłażać, gniewać się, czy okazać łagodność. Trzeba wiedzieć, że niekiedy pasterz powinien z roztropnością pomijać milczeniem błędy podwładnych, lecz dawać do zrozumienia, że je przemilcza. (…) Niektóre winy dobrze znane, trzeba w sposób mądry tolerować, gdy nie nadarza się okazja, aby je skutecznie poprawić” (Reguła pasterska, cz. 2, rozdz. 10).

W kategoriach dzisiejszej demokracji może nam się wydawać nie do pojęcia to, czego uczą dawne Konstytucje Apostolskie: „Nie wypada byś ty, (…), który jesteś głową, na czyjąś zgubę słuchał ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego, ale ty masz słuchać tylko Boga. Winieneś rządzić podwładnymi, a nie podlegać ich władzy. Wszak zgodnie z porządkiem urodzenia syn nie rządzi ojcem ani wedle zasad władzy niewolnik nie rządzi swym panem, ani uczeń nauczycielem, żołnierz królem, ani świecki biskupem” (Konstytucje Apostolskie II, 14, 12). Nade wszystko trzeba, aby pasterzem nie kierowało pragnienie podobania się ludziom. Aby nie starał się o to, by wierni pokochali go bardziej niż prawdę, ostatecznie mają oni przecież wypełniać rozkazy Boga a nie ludzi.

Jeśli według tychże Konstytucji – kapłan wśród ludzi winien być „figurą (typon) Boga” (por. II, 11, 1; II, 1, 1), to w kapłanach, jako przełożonych Ludu Bożego, nie powinno się znajdować nic świeckiego, nic pospolitego, nic wspólnego z dążeniami oraz przyzwyczajeniami i obyczajami grubiańskiego tłumu. Godność przełożonego wymaga powściągliwości wobec tłumu, surowego życia oraz szczególnego autorytetu.

5. ŚWIECCY

Ale sprawowanie władzy to nie tylko kwestia geniuszu jednej osoby. Mojżesz, mądrze odczytując radę swojego teścia Jetry, wybrał sobie do pomocy siedemdziesięciu „starszych”, którzy – jako zapowiedź przyszłego parlamentu – mieli wspierać go w sprawowaniu rządów.

Podobnie też przełożeństwo kościelne organicznie zakłada współuczestnictwo wybranych wiernych wszystkich kategorii w odpowiedzialności za dobro parafii, którą sami tworzą. Dla kapłana będzie to wyzwanie do praktykowania pewnego stylu pasterskiego, który charakteryzuje się serdecznym otwarciem na współpracę ze wszystkimi ludźmi cechującymi się cnotą roztropności. Będąc sam, osobiście odpowiedzialnym za dobro powierzonej mu parafii, nie może zrezygnować z wkładu, jaki mogą wnosić inni wierni przez organy doradcze, takie jak choćby Parafialna Rada Duszpasterska i Parafialna Rada Ekonomiczna. W obrębie wspólnoty parafialnej konieczne jest, by kapłani i zakonnice, członkowie instytutów świeckich oraz stowarzyszeń życia apostolskiego, różnorodne związki wiernych i ruchy kościelne znajdowali okazję do spotkania z kapłanem. Będzie on troszczył się m. in. o to, by zrzeszenia świeckie wspierały duszpasterstwo powołaniowe w parafii, sprzyjając podejmowaniu wszelkich powołań, zwłaszcza do kapłaństwa, życia konsekrowanego i zadań misyjnych.

Ze swej strony obowiązek przewodnika wspólnoty zakłada jasne i jednoznaczne prawo i obowiązek rządzenia, w którym zawarty jest także element jurysdykcyjny. Pasterze są publicznymi świadkami, a ich potestas testandi fidem znajduje swoją pełnię w potestas iudicand. Prezbiter nie jest powołany jedynie do składania świadectwa wiary, ale także do oceny i utrzymywania w ładzie jej przejawów u wiernych, powierzonych jego trosce pasterskiej. Będzie to czynił radami, zachętami, przykładem, ale także mocą swego autorytetu i świętej władzy, z której będzie korzystał jedynie dla budowania swojej trzody w prawdzie i świętości. Nie zapomni o tym, że organizmy uczestniczące w budowaniu jedności nie powinny naśladować systemem demokracji parlamentarnej, ponieważ mają one tylko charakter doradczy a nie decydujący. Chociaż zrobi wszystko co możliwe, aby pozyskać przychylność swoich wiernych, to jednak w końcu będzie musiał sam przejąć odpowiedzialność za decyzje, które zgodnie z jego sumieniem okażą się konieczne.

Jan Paweł II wskazywał na konieczność czynienia z Kościoła „domu i szkoły komunii”, dlatego przewodnik wspólnoty kościelnej będzie niestrudzenie dążył do uczynienia komunii zasadą wychowawczą we wszystkich miejscach, gdzie kształtuje się chrześcijanin. Dzięki jego pracy parafia będzie postrzegana jako rodzina Boża ożywiona Duchem Świętym: dom rodzinny, braterski i gościnny.

ZAKOŃCZENIE

Od pierwszych wieków chrześcijaństwa, aż do naszych czasów wielu kapłanów stało się wzorem miłości pasterskiej. Takie wzorce są obecne również w Zgromadzeniu Oblatów Maryi Niepokalanej. Znamy kapłanów oblackich, którzy budowali kościoły, reformowali zwyczaje ludzkie, bronili prawdy, byli odważnymi świadkami wiary i – przez inicjatywy miłości i sprawiedliwości oraz odważne podejmowanie misji Kościoła – pozostawili wyraźny ślad w społeczeństwie.

A teraz prosimy Boga o to, aby znaleźli oni godnych następców w osobach dzisiaj święconych diakonów i neoprezbiterów. Wszystkim razem niech na tej drodze towarzyszy Maryja Niepokalana, Przewodniczka Kościoła na drodze do Syna.

„Głosicielem, apostołem i nauczycielem zostałem ustanowiony”. cenia kapłańskie Chrystusowców. Archikatedra Poznańska, 22 maja 2007

Abp Stanisław Gądecki, Głosicielem, apostołem i nauczycielem zostałem ustanowiony. Święcenia kapłańskie Chrystusowców. Archikatedra Poznańska, 22 maja 2007.

Podczas dzisiejszej, uroczystej liturgii święcimy w Archikatedrze Poznańskiej, Matce Kościołów w Polsce, ośmiu diakonów oraz dziewięciu kapłanów z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej oraz jednego kapłana dla Zgromadzenia Braci Pocieszycieli. Wszyscy oni będą wyświęceni na służbę Chrystusowi Nauczycielowi, Kapłanowi i Królowi.
Z tych trzech fundamentalnych zadań prezbitera (prorockie, kapłańskie i królewskie) dzisiejsze czytania kierują naszą uwagę przede wszystkim ku pierwszemu zadaniu. Prezbiter jest na różne sposoby przede wszystkim głosicielem, apostołem i nauczycielem (keryks, apostolos, didaskalos – por. 2 Tm 1, 11; 1 Tm 2, 7) Chrystusa. Jako współpracownik biskupa, ma nade wszystko obowiązek przepowiadania wszystkim Ewangelii Bożej. Nowi kapłani Towarzystwa Chrystusowego włączą się w apostolstwo Słowa na rzecz rodaków przebywających poza granicami Polski, przede wszystkim niosąc im Dobrą Nowinę o zbawieniu.

1. CHRYSTUS

Będzie to odpowiedź na misję od samego początku podjętą przez Chrystusa na ziemi. Na początku Ewangelii św. Marka Chrystus Pan mówi: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem” (Mk 1, 38). Tymi słowami wskazuje na głoszenie Królestwa Bożego jako na pierwszorzędny cel swojego przyjścia. O tym samym celu mówi nam dzisiejsza Ewangelia: „Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem” (J 17, 6.8).

W przepowiadaniu Jezusa nie chodziło jednak o słowa, ale o Słowo. Słusznie zauważono, że podstawowa różnica między przepowiadaniem Jezusa i lekcjami rabinów polegała właśnie na tym, że On sam, był w centrum swojego orędzia. On nie komunikował treści niezależnych od Jego osoby, jak to zazwyczaj czynią nauczyciele, ale mówił o sobie samym. „Królestwo” i Jego osoba były ze sobą złączone. Oznacza to, że np. przypowieści byłyby puste bez żywej osoby Syna Bożego. Królestwo przyszło w Jego osobie.

W centrum Jego przepowiadania znajdowało się Misterium Paschalne, czyli Jego śmierć i zmartwychwstanie (por. Mk 12, 1-11 – przypowieść o przewrotnych rolnikach). Słowo i rzeczywistość przenikają się tam w nowy sposób. Przypowieść o przewrotnych rolnikach budzi gniew przeciwników, którzy postępują tak, jak zostało opowiedziane; zabijają Syna. Oznacza to, że przypowieści byłyby puste bez potwierdzenia ich krzyżem i zmartwychwstaniem. W ten sposób Chrystus wskazał Kościołowi wzajemność przepowiadania i znaku, jakim jest cierpienie. Dlatego przepowiadanie Jezusa może być nazywane przepowiadaniem „sakramentalnym”.

2. DIAKON

Podczas dzisiejszej liturgii święceń najpierw nałożymy ręce na kleryków przygotowanych do posługi diakońskiej. W Kościele stoją przed nimi trzy zadania: posługa Słowa, Liturgii i Miłości. Będą oni mieli obowiązek głosić Słowo Boże i żyć tym, czego nauczają, by niejako uczynić Słowo bardziej wiarygodnym. Następnie będą pełnić „służbę liturgii”, czyli odmawiać Liturgię Godzin, udzielać Chrztu św., asystować biskupowi i prezbiterom przy celebracji Boskich misteriów, czytać Ewangelię i intencje Modlitwy Wiernych, rozdawać Komunię św., asystować przy zawieraniu małżeństwa, udzielać sakramentaliów, przewodniczyć obrzędom pogrzebu. „Posługę miłości” spełnią najpełniej wybierając przede wszystkim miłość Chrystusa ponad wszystko; stąd ich zobowiązanie celibatu, aby móc prowadzić życie święte, niewinne i nieskalane, przejmując – niejako instytucjonalnie – troskę o biednych i potrzebujących. Uczestnicząc w posłaniu i łasce Chrystusa, nie będą oni szukali niczego innego, jak tylko upodobnienia się do Chrystusa, który również stał się „diakonem” (diakonos), to znaczy sługą wszystkich (por. Mk 10, 45; Św. Polikarp, Ep. ad Philippenses, 5,2).

3. PREZBITER

Potem nadejdzie moment nałożenia rak na kandydatów do prezbiteratu. Zostaną oni wybrani do głoszenia Słowa. Podobnie Jezus powołał i ustanowił Dwunastu przede wszystkim po to, aby ich wysyłać na głoszenie nauki (por. Mk 3, 14-15). Aby mogli wypełnić oni tę misję Jezus nadał im tę samą mesjańską władzę, która pochodzi od Ojca: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 18-20). W ten sposób ustanowił ścisłą więź między urzędem powierzonym Apostołom a swoją własną misją: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). Do czego czwarta Ewangelia dopowie: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam” (J 20, 21; por. Pastores dabo vobis, 14).

a. Stąd wprawdzie każdy chrześcijanin może dawać świadectwo swojej wiary, ale kapłan ma do tego upoważnienie z góry. Jemu – „z urzędu” (por. Rz 15, 16) – Kościół powierzył przepowiadanie Ewangelii, podobnie jak Jezus otrzymał „z góry” misję od swojego Ojca. Kapłan istnieje najpierw i przede wszystkim po to, aby ewangelizować. To stanowi priorytet jego działalności.

Św. Augustyn, starając się wyjaśnić sobie samemu i wiernym naturę głoszenia Słowa Bożego, odwołał się do postaci Jana Chrzciciela. W Ewangelii Jan jest określany jako „głos” (vox), podczas gdy Chrystus – w Ewangelii św. Jana – pojawia się jako „Słowo” (Verbum). Relacja między „głosem” (vox) i „Słowem” (Verbum) pomaga Augustynowi wyjaśnić relację między Chrystusem i kapłanem. Słowo istnieje najpierw w sercu, zanim stanie się dostrzegalne zmysłowo za pośrednictwem głosu. Następnie staje się dostrzegalne przez człowieka za pośrednictwem głosu. Głos, który przenosi słowo od jednego człowieka do drugiego, przemija, lecz Słowo pozostaje. Zadaniem prezbitera jest być po prostu głosem dla Słowa: „On ma wzrastać a ja umniejszać się”. Jedynym sensem istnienia głosu jest przekazywanie Słowa. Stąd pochodzi zarówno służebność posługi kapłańskiej jak i jej wielkość. Każdy prezbiter jest tylko poprzednikiem, głosicielem, sługą Słowa, szafarzem Słowa. To nie kapłanem trzeba się interesować, ale kimś Innym. Jego zadaniem jest tylko stać się głosem dla Słowa (por. kard. Joseph Ratzinger, Posługa i życie prezbiterów).

Istnieje jakieś pierwszeństwo głoszenia Słowa w stosunku do funkcji kultowych w kapłaństwie, bo gdyby prawdy wiary nie były głoszone i przyjmowane, pozostałe działania Kościoła nie miałyby większego sensu. Przez zbawcze bowiem słowo rodzi się wiara w sercach niewierzących, a w sercach wierzących rozwija; dzięki niej powstaje i wzrasta wspólnota wiernych, według słów Apostoła: wiara ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusowe (por. Rz 10, 17).

Fakt, że kapłan nie mówi o sobie samym, ale przynosi orędzie kogoś innego, w żadnym wypadku nie oznacza jego obojętności wobec Słowa, ale przeciwnie, oznacza zatracenie się w Chrystusie. Chcąc mieć zbawczy wpływ na innych, trzeba być przejętym do szpiku kości tym, co się głosi. To jest conditio sine qua non. Dlatego kapłan czuje się opanowany, niejako wchłonięty przez Słowo. Wzorując się na postawie św. Pawła, dokonuje głębokiej rezygnacji z samego siebie: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20).

b. Posługa słowa wymaga uczestniczenia w kenozie, w uniżeniu Chrystusa. Przykładem takiej całkowitej zatraty jest apostoł Paweł, który w dzisiejszym czytaniu wyznaje: „Służyłem Panu z całą pokorą wśród łez i doświadczeń, które mnie spotkały z powodu zasadzek żydowskich. Nie uchylałem się tchórzliwie od niczego, co pożyteczne. Nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej” (Dz 20, 19-20.26-27).

Rozumiał to doskonale również Założyciel Chrystusowców, kard. A. Hlond, kiedy w Poznaniu w 1945 roku mówił: „Zasadniczym posłannictwem Kościoła jest głoszenie Słowa Bożego oraz przenikanie człowieka i społeczności nadprzyrodzonymi siłami. Kościół ma wnosić w dusze ludzkie ferment Boży, czyli te moce uświęcające, które niepokoją, wywołują napięcie duchowe, podnoszą ciepłotę duszy, ożywiają wolę, przetwarzają świat uczuć, odradzają wnętrze człowieka i moralne oblicze świata. Z posłannictwa Chrystusowego Kościół strzeże czystości obyczajów, uczy zasad sprawiedliwości, jest ścisły w zagadnieniach etycznych, nie usypia sumień, służy kierownictwem w kryzysach sumienia a zwłaszcza w wielkich przesileniach daje wskazania, które chronią ludzkość przed klęskami moralnymi.

(…) Misja jego nie jest ani czasowa, ani geograficznie ograniczona, ogarnia wszystkie ludy, wszystkie zakątki świata, wszystkie stulecia. Objęła przeszłość, obejmie całą przyszłość, nie kłóci się z żadną dobrą zaletą narodową. Nie dąży do władzy doczesnej, unika sporów politycznych, nie bierze udziału w zbrojnych rozgrywkach.

(…) Kościół woli prowadzić, zachęcać, błogosławić, niż karcić i potępiać. Ale gdy trzeba upomnieć, nie zawaha się. Nie zamilknie nawet wobec groźby. Swą świętą służbę spełni, nie nazywając dobra złym, ani zła dobrym, nie mieniąc prawdy fałszem, ani fałszu prawdą (Pontificale Romanum). Na szerokim froncie stoi i dzisiaj Kościół w walce o losy Odkupienia w życiu ludzkim. Prowadzi ją ze spotęgowaną świadomością swych posłannictw i z ufnością niezłomną, że drogą, w niezbadanych zamiarach Opatrzności wytyczoną, wyprowadzi i tę epokę, zbezczeszczoną otwartym buntem przeciw Stwórcy, do bożego ładu” (A. Hlond, O Kościele Chrystusowym, Poznań, 18.11.1945).

Na głosicielach Słowa ciąży obowiązek odważnego, mądrego i wiernego szukania nowych sposobów, bardziej przydatnych i skutecznych w niesieniu ludziom współczesnym ewangelicznej nowiny. „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie usłyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? (…) Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10, 14.17). Wiemy, że dzisiaj ludzie są przesyceni mowami, bardzo często znudzeni słuchaniem, a co gorsza, nieczuli na słowa. Znamy też zdania wielu psychologów i socjologów, którzy utrzymują, że cywilizacja słowa, jako nieskuteczna i nieużyteczna, już się przeżyła, a obecnie następuje nowy styl życia, cywilizacja obrazu. Lecz niechęć wywołana dziś nadmiarem pustych mów i aktualność całkiem innych form przekazu społecznego nie powinna osłabiać mocy słów, ani odbierać zaufania do nich. Słowo zawsze posiada swą wyższość i skuteczność, zwłaszcza gdy niesie z sobą moc Bożą. Dlatego trzeba poświęcić się całym sercem głoszeniu homilii. Wierni wiele od niej oczekują i korzystają, byle była prosta, przejrzysta, bezpośrednia, przystosowana, oparta i zakorzeniona w nauce Ewangelii, jak również wierna Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, natchniona i wyrażona apostolską żarliwością, która jest dla niej czymś naturalnym, pełna dobrej nadziei, podsycająca wiarę, rodząca pokój i jedność (por. Evangelii nuntiandi, 42).

c. Za pierwszy środek ewangelizowania należy uważać świadectwo życia prawdziwie chrześcijańskiego, które trwa w nierozłącznej wspólnocie z Bogiem, a zarazem w nieograniczonej pragnieniem poświęcania się dla innych. To samo trafnie wyraził Piotr apostoł, wskazując na potrzebę prawego życia chrześcijan, aby na jego widok nawet ci, którzy nie wierzą słowu, bez słowa byli pozyskani do wiary (por. 1P 3, 1). Św. Maksym Wyznawca twierdził: „Słowa Boże, jeśli są jedynie wypowiadane, nie zostaną wysłuchane, ponieważ brak im głosu, którym jest praktykowanie tego, co one mówią. Jeśli natomiast wypowiada się je a zarazem wypełnia przykazania, to dzięki temu głosowi mają moc wyganiać demony i skłaniać ludzi do budowania świątyni Bogu w sercach przez rozwijanie dzieł sprawiedliwości” (Capitum theologicorum et oeconomicorum duae centuriae IV, 39: MG 90, 1084).

Prezbiter powinien jednak wiedzieć, że samo głoszenie homilii nie wystarcza do kompletnego wypełnienia obowiązku posługi Słowa. Innym środkiem, jakiego ewangelizacja nie powinna zaniedbać, jest nauczanie katechetyczne. Z systematycznie wyłożonej nauki religii umysły dzieci i młodzieży zrozumieją żywy skarb prawdy, jaką Bóg chciał się z nami podzielić, a którą Kościół w ciągu długiej swej historii usiłował coraz pełniej wyjaśniać, ażeby kształtować obyczaje chrześcijańskie. Ponadto, dzisiejsze warunki coraz bardziej domagają się katechizacji dorosłych.

W nauczaniu katechetycznym, czy w dalszym pogłębianiu wiary nie może braknąć pomocy mass mediów. Środki te, wprzęgnięte w służbę Ewangelii, niezmiernie poszerzają zakres słuchania Słowa Bożego i zanoszą orędzie zbawienia do milionów ludzi. W nich Kościół znajduje współczesną ambonę.

Oprócz ogólnego i publicznego głoszenia Ewangelii zawsze jest ważne prywatne przekazywanie Ewangelii, od osoby do osoby. Używał go bardzo często sam Zbawiciel, o czym świadczą Jego rozmowy z Nikodemem, Zacheuszem, Samarytanką, czy Szymonem Faryzeuszem. To samo czynili Apostołowie. Nie powinno dojść do tego, by na skutek konieczności niesienia Dobrej Nowiny do licznych rzesz ludzi, zapomniano o tej formie, która dosięga osobistego sumienia człowieka i porusza je. Trzeba dziękować Bogu za tych kapłanów, którzy w Sakramencie Pokuty albo w duszpasterskich rozmowach niestrudzenie i pilnie prowadzą poszczególne osoby drogą Ewangelii, umacniają je w ich wysiłku, podnoszą w razie upadku i zawsze wspierają swoją mądrą radą i życzliwą wolą.

Ewangelizacja nie wyczerpuje się ani w przepowiadaniu, ani w nauczaniu. Ona musi dotrzeć do życia. Ona wtedy roztacza swoje pełne bogactwo, kiedy doprowadza do ścisłego związku, albo raczej do nieustannej wzajemnej wymiany pomiędzy Słowem i Sakramentami. Jest jakimś nieporozumieniem przeciwstawiać sobie głoszenie Ewangelii i udzielanie Sakramentów – jak to się czasem zdarza (por. Evangelii nuntiandi, 47).

ZAKOŃCZENIE

Prośmy więc za nowo świeconych kapłanów:

Maryjo, Matko kapłanów, Królowo Apostołów i Wspomożenie prezbiterów,
Ty, która w milczeniu towarzyszyłaś Jezusowi
w Jego posłannictwie głoszenia ubogim Ewangelii pokoju,
uproś wszystkim prezbiterom,
aby byli wiernymi głosicielami Słowa
wobec owczarni powierzonej im przez Dobrego Pasterza.

„Ekonom sakramentów”. Święcenia kapłańskie – Archikatedra Poznańska, 24 maja 2007

Abp Stanisław Gądecki, Ekonom sakramentów. Święcenia kapłańskie. Archikatedra Poznańska, 24 maja 2007.

Dzisiaj Archidiecezja Poznańska – w tym zgromadzeni w Poznańskiej Archikatedrze wierni: rodzice, krewni, przyjaciele i bliscy – przeżywają swój radosny dzień. W czasie uroczystej liturgii diecezja ma wzbogacić się o trzynastu nowych prezbiterów, którzy wybrali służbę Chrystusowi, spełniającemu potrójne zadanie: Nauczyciela, Kapłana i Króla.

Podczas wtorkowych święceń Księży Chrystusowców mówiłem o pierwszym z tych zadań, które podejmują wszyscy prezbiterzy a mianowicie o zadaniu głoszenia Słowa Bożego. Dzisiaj chciałbym podjąć rozważanie na temat drugiego z tych zadań, tj. funkcji kapłańskiej. W sobotę, z kolei, podczas święceń kapłańskich w Obrze – jeśli Pan Bóg pozwoli – zatrzymać się przy trzeciej funkcji, tj. przewodniczeniu wspólnocie.

1. CHRYSTUS

„Niech więc uważają nas ludzie za sługi Chrystusa i za szafarzy (ekonomous) tajemnic Bożych” (1Kor 4, 1). Szafarstwo sakramentów, albo – jak mówi grecki Nowy Testament – ekonomia, to zarząd „tajemnic Bożych”. Greccy Ojcowie Kościoła pomagają nam w jej zrozumieniu, rozróżniając teologię i ekonomię; określając teologią tajemnicę wewnętrznego życia Trójcy, a ekonomią – wszystkie dzieła Boże, przez które On się objawia i udziela swego życia. Przez ekonomię objawiła się nam teologia; i na odwrót, teologia wyjaśnia całą ekonomię. Dzieła Boga objawiają, kim On jest w sobie samym; i na odwrót – tajemnica Jego wewnętrznego bytu oświeca rozumienie wszystkich Jego dzieł. Analogicznie bywa między ludźmi: osoba objawia się poprzez swoje działania, a im lepiej znamy osobę, tym lepiej rozumiemy jej działanie.

Skąd się biorą sakramenty Kościoła a razem z nimi ekonomia sakramentalna? Najgłębszą podstawą znaków sakramentalnych jest tajemnica Wcielenia. Dzięki tej tajemnicy w Chrystusie zamieszkała nieogarniona rzeczywistość Boża: widzialne człowieczeństwo i niewidzialne Bóstwo. „W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała” (Kol 2, 9). „On jest obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1, 15; por. 2 Kor 4, 4). On sam powiedział o sobie: „Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14, 9-10). Chrystus w swoim człowieczeństwie i bóstwie jest więc najdoskonalszym znakiem, sakramentem niewidzialnego Boga w widzialnym świecie.

On też jest podstawą wszystkich sakramentów Kościoła. Jego gesty i słowa, znaczą trasę Jego ziemskiej wędrówki. To On uzdrawia, On rozdaje chleb i On okazuje grzesznikom przebaczające współczucie. A kiedy dochodzi do kresu swego ziemskiego istnienia, zgadza się przyjąć niesprawiedliwą śmierć z miłości do braci i Ojca. Są to wszystko egzystencjalne gesty, znaki naszego zbawienia, zapowiedzi pełnego zbawienia człowieka. Św. Jan Ewangelista okazał się najlepszym mistrzem w odczytywaniu sakramentalnych znaków Jezusa: „I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego” (J 20, 30).

2. PREZBITER

Zjednoczenie natury Boskiej z ludzką w Chrystusie stało się źródłem i pierwowzorem dla sakramentów świętych. Sakramenty są mocami, które wychodzą z zawsze żywego i ożywiającego Ciała Chrystusa oraz działaniami Ducha Świętego urzeczywistnianymi w Kościele (por. KKK, 1116). „To, co było widzialne w naszym Zbawicielu – mówi św. Leon Wielki – przeszło do Jego misteriów” (Św. Leon Wielki, Sermones, 74, 2; por. KKK, 1115).

Jezus, „siedzący po prawicy Ojca” (Rz 8, 34), nie przerwał swojej zbawczej działalności i posłał nam Ducha Świętego, przez którego kontynuuje dzieło przekształcania świata w królestwo Boże. Nieustannie posyła swego Ducha posiadającego zdolność docierania do każdego człowieka, niezależnie od tego, gdzie on żyje. We wszystkich sakramentach zmartwychwstały Pan oddziaływuje na nas uświęcającą mocą Ducha Świętego.

Sakramenty Kościoła przynoszą nam Boże zbawienie, które dotyczy nie tylko życia w przyszłym świecie, ale również teraźniejszości. Duch Święty dotyka całej naszej istoty: duchowej, psychicznej i fizycznej, a siedem sakramentów świętych uczestniczy w posłudze uzdrawiania i uwalniania sprawowanej przez Kościół, ponieważ wszystkie one są środkami, przez które przepływa uzdrawiająca miłość Chrystusa. Każdy zaś kapłan, sprawujący sakramenty święte jako szafarz Chrystusowej miłości, dysponuje duchową władzą, której nikt nie może ograniczyć.

a. „Niech więc uważają nas ludzie za sługi Chrystusa i za szafarzy (ekonomous mysterion Theou) tajemnic Bożych” (1 Kor 4, 1).

Szafarstwo sakramentów odgrywa więc i będzie odgrywało wciąż podstawową rolę w posłudze kapłańskiej. Wierny posługiwaniu szafarza prezbiter pozostanie zawsze żywym narzędziem Chrystusa, działając in persona Christi Capitis. „Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza (ekonomian)” (1Kor 9, 17).

Dzięki posłudze kapłańskiej, w sakramencie chrztu Chrystus odradza nas duchowo, oczyszcza z grzechu pierworodnego, a także z grzechów osobistych – o ile chrzest przyjmuje człowiek dorosły – i włącza do Kościoła. W sakramencie bierzmowania umacnia nas swoim Duchem, abyśmy – jak pierwsi uczniowie – z wielką radością, mocą i odwagą budowali Kościół. Kiedy sprawowana jest Eucharystia, mocą Ducha Świętego Jezus przemienia chleb w swoje Ciało, a wino – w swoją Krew. Duch Święty jednoczy wszystkich przystępujących do Komunii św. z Chrystusem i między sobą, czyniąc ich jednym Jego Mistycznym Ciałem – Kościołem. W sakramencie pokuty ujawnia się przebaczające działanie Chrystusa, który tchnął na apostołów swojego Ducha i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23). Przez sakrament chorych Chrystus umacnia cierpiącą osobę, przebacza jej grzechy i włącza w swoje zbawcze cierpienie i śmierć (por. Jk 5, 14-15). A cierpiący lub umierający człowiek uczestniczy w zbawczej męce Chrystusa, a tym samym współdziała z Nim w przekształcaniu i zbawianiu świata. Dzięki sakramentowi małżeństwa miłość między mężczyzną i kobietą ulega uświęceniu i umocnieniu. Nowożeńcy otrzymują łaski konieczne do budowania „kościoła domowego”, którym powinna być rodzina. A ich ludzka miłość umacnia się miłością, jaką Zbawiciel – Oblubieniec kocha swoją Oblubienicę – Kościół (por. Ef 5, 25-30).Otrzymane w tym sakramencie dary uzdalniają małżonków do wypełnienia wszystkich przyszłych obowiązków małżeńskich i rodzicielskich.

W sakramencie święceń kapłani otrzymują moc Ducha Świętego, aby sprawować sakramenty i budować Kościół. A więc dzisiaj otrzymujecie drodzy ordinandi, powołanie dla służby innym powołaniom. Sakrament ten umożliwi Wam udzielanie innym sakramentów koniecznych do budowania Kościoła i przemieniania świata. „Jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał” (1P 4, 10).

b. Utrudnienia w wykonywanie posługi szafarza sakramentów.

Co utrudnia dzisiaj tę służbę sakramentalną? W szerokim zakresie będzie to rozprzestrzeniony i skompromitowany racjonalizm, który w imię zawężonej koncepcji „nauki” odbiera umysłom ludzkim wrażliwość na spotkanie z Objawieniem oraz z Boską transcendencją.

Do tego dochodzi przesadne podkreślanie podmiotowości osoby, co prowadzi do zamknięcia człowieka w indywidualizmie i czyni osobę niezdolną do nawiązania relacji z innymi, w tym także ż Innym.

W ścisłym związku ze wzrostem indywidualizmu pozostaje też zjawisko subiektywizacji wiary. Wzrasta liczba chrześcijan, którzy wykazują mniejszą wrażliwość na całościową naukę wiary, wybierając w sposób subiektywny to, co się im podoba, co nie wymaga zmiany własnych złych przyzwyczajeń. Także przekonanie o nietykalności indywidualnego sumienia – samo w sobie słuszne – nabiera nieraz niebezpiecznego kształtu. Stąd zjawisko częściowej i warunkowej przynależności do Kościoła, wywierające negatywny wpływ na posługę sakramentalną kapłana we wspólnocie.

Rozumienie sakramentów zaćmione bywa także przez zjawiska takie jak ignorancja religijna wielu wierzących. Znikoma skuteczność katechezy, którą zagłuszają bardziej rozpowszechnione i sugestywne negatywne wzorce, popularyzowane często przez środki społecznego przekazu. Źle pojmowany pluralizm teologiczny, kulturowy i duszpasterski, który choć często wypływa z dobrych intencji, w rezultacie zagraża jedności wiary. Jednostronne tendencje do zawężania bogactwa ewangelicznego orędzia, które czynią z przepowiadania i świadectwa wiary czynnik wyłącznie ludzkiego i społecznego wyzwolenia lub też prowadzą do wyobcowania i ucieczki w świat przesądów i religijności bez Boga.

Ponadto – po upadku ideologii, które z materializmu uczyniły dogmat, a z odrzucenia religii swój program – szerzy się swoisty ateizm praktyczny i egzystencjalny, a odpowiada mu przesiąknięta sekularyzmem wizja życia i przeznaczenia człowieka. Człowiek owładnięty tą wizją, całkowicie zajęty sobą, nie tylko stawia siebie w centrum wszelkiego zainteresowania, lecz twierdzi, że jest zasadą i racją całej rzeczywistości, stopniowo oddalając się od owej sfery duchowej, która tym bardziej wydaje się mu niepotrzebna, im szerszy dostęp do dóbr materialnych powoduje złudzenie, że jest samowystarczalny.

Cóż powiedzieć wreszcie o rozpadzie rodziny oraz o zatarciu lub wypaczeniu prawdziwego sensu ludzkiej płciowości. Są to wszystko zjawiska, które rzutują bardzo negatywnie i utrudniają zrozumienie posługi sakramentalnej prezbiterów.

c. „A od szafarzy już tutaj się żąda, aby każdy z nich był wierny” (1Kor 4, 2).

Świętość prezbiterów wiele wnosi do owocnego wypełniania ich posługi sakramentalnej. „Jakkolwiek bowiem łaska Boża może dokonywać dzieła zbawienia także przez niegodnych szafarzy, to jednak Bóg woli okazywać swoje cudowne dzieła zwykłą drogą przez tych, którzy stawszy się bardziej uległymi poruszeniom i kierownictwu Ducha Świętego, mogą ze względu na swe ścisłe zjednoczenie z Chrystusem i świętość życia powiedzieć z Apostołem: «I żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus» (Ga 2, 20)” (Pastorem dabo vobis, 25).

Inaczej w swoim czasie nauczała herezja donatystów. Kościół afrykański od stu lat niepokojony przez tę schizmę, zaczął głosić, że sakramenty udzielane przez niegodnego kapłana są nieważne. Donatystom wydawało się, że ich nauka przyczyni się do wzrostu gorliwości w Kościele. W rzeczywistości sprowadziła do kwitnącego dotąd Kościoła w Afryce wiele niepokoju i osłabiła go, a jak twierdzą niektórzy, przyczyniła się do przyszłego zwycięstwa islamu na tych ziemiach. Stąd warto mieć ciągle przed oczyma zdanie świętego Tomasza z Akwinu: „Sakrament urzeczywistnia się nie przez sprawiedliwość człowieka, który go udziela lub przyjmuje, lecz przez moc Bożą” (KKK, 1128).

d. Mieć czas dla Boga, to priorytet sakramentalny dla ekonoma sakramentów.

Prezbiterzy nie osiągną świętości potrzebnej do owocniejszego sprawowania sakramentów, jeśli nie będą rozważać wielkości sprawowanych sakramentów. Św. Karol Boromeusz na podstawie swojego doświadczenia uczy: „Jeśli została zapalona w tobie jakaś iskierka miłości Bożej, nie odrzucaj jej, nie wystawiaj jej na wiatr. (…) Pozostań skupiony z Bogiem. (…) Poświęciłeś się duszpasterstwu? Nie przestawaj przez to troszczyć się o siebie, i nie wydawaj się innym do tego stopnia, by nie pozostało nic z ciebie dla ciebie samego. Musisz oczywiście pamiętać o duszach, których jesteś pasterzem, ale nie zapominaj o sobie (…) Bracie, jeśli udzielasz sakramentów, medytuj nad tym, co czynisz. Jeśli celebrujesz Mszę świętą, rozważaj, co ofiarujesz. Jeśli recytujesz psalmy w chórze, medytuj z kim i o czym mówisz. Jeśli prowadzisz dusze, rozważaj, czyją krwią zostały obmyte” (Mowa Św. Karola wygłoszona podczas ostatniego synodu).

Wielu kapłanów, którzy rozpoczęli swoją misję z wielkim idealizmem upadało z powodu lekceważenia duchowości. Poziom zaś duchowego i apostolskiego życia kapłana zależy najpierw od wytrwałego i sumiennego korzystania z sakramentu pokuty. Sprawowanie Eucharystii i szafarstwo innych sakramentów, zapał duszpasterski, relacje z wiernymi, komunia ze współbraćmi, współpraca z biskupem, życie modlitwy, jednym słowem całe życie kapłańskie nieubłaganie doznaje uszczerbku, jeśli brak w nim, wskutek niedbalstwa czy z innych przyczyn, regularnego zwrócenia się do sakramentu pokuty. Gdyby jakiś kapłan nie spowiadał się, lub spowiadał się źle, bardzo szybko odbiłoby się to na jego kapłaństwie i sposobie sprawowaniu sakramentów, co dostrzegłaby również wspólnota, której jest pasterzem (por. Jan Paweł II, Reconciliatio et paenientia, 31, VI). Mieć czas dla Boga, to priorytet sakramentalny. Nie chodzi tu o jakieś dodatkowe zadanie, ale o oddech duszy, bez którego w sposób nieunikniony pozostajemy na bezdechu. Pozostajemy pozbawieni tchnienia Ducha Świętego w nas.

ZAKOŃCZENIE

Prośmy więc dzisiaj Maryję, w tym uroczystym dniu święceń kapłańskich o wstawiennictwo u Syna. Maryjo, Matko kapłanów, otaczaj opieką Twoich duchowych synów, którzy podobnie jak Ty – zostali wezwani do współdziałania z Duchem Świętym, aby dzięki ich posłudze sakramentalnej Jezus zechciał rodzić się na nowo w sercach wiernych. Wypraszaj tym neoprezbiterom łaskę, aby przez całe ich życie byli wiernymi ekonomami Bożych tajemnic. By dali posłuch Twojemu wezwaniu: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5).

„Dojrzewanie wiary”. Święcenia kapłańskie – Katedra Poznańska – 15.05.2008

Abp Stanisław Gądecki, Dojrzewanie wiary. Święcenia kapłańskie (Katedra Poznańska – 15.05.2008)

Najprzewielebniejsi Księża Biskupi, Prześwietna Kapituło Katedralna i inne Kapituły Archidiecezjalne, Księże Dziekanie i Profesorowie Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza, Księże Rektorze Arcybiskupiego Seminarium Duchownego wraz z Moderatorami i Ojcami Duchownymi, Umiłowani Współbracia w kapłaństwie, a w szczególności Proboszczowie parafii pochodzenia diakonów, Osoby Życia Konsekrowanego, Szanowni Rodzice, Rodzeństwo, Krewni i Przyjaciele przyszłych prezbiterów, Ukochani w Chrystusie, Bracia i Siostry,

Dzisiaj, czyli w czwartek między uroczystością Zesłania Ducha Świętego a Trójcy Przenajświętszej, Kościół Poznański święci swoich nowych kapłanów. Archidiecezja Poznańska przeżywa swój wielki i radosny dzień. W czasie dzisiejszej liturgii ma wzmocnić swoje siły o trzynastu nowych prezbiterów. Kapłaństwo zostanie im przekazane raz na zawsze; sakrament święceń wyciśnie na nich niezatarty charakter duchowy, który nie może być powtarzany ani udzielany tylko na pewien czas. Kto raz został wyświęcony w sposób ważny, ten – w ścisłym tego słowa znaczeniu – nie może już nigdy stać się człowiekiem świeckim, ponieważ charakter wyciśnięty przez święcenia jest nieusuwalny. W dzisiejszym dniu Zmartwychwstały Chrystus przekaże tym diakonom swojego Ducha Świętego, który – przy ich współpracy – będzie kontynuował Chrystusowe dzieło na świecie aż doprowadzi je do ostatecznego wypełnienia.
Dzisiaj, czyli w czwartek między uroczystością Zesłania Ducha Świętego a Trójcy Przenajświętszej, Kościół Poznański święci swoich nowych kapłanów. Archidiecezja Poznańska przeżywa swój wielki i radosny dzień. W czasie dzisiejszej liturgii ma wzmocnić swoje siły o trzynastu nowych prezbiterów. Kapłaństwo zostanie im przekazane raz na zawsze; sakrament święceń wyciśnie na nich niezatarty charakter duchowy, który nie może być powtarzany ani udzielany tylko na pewien czas. Kto raz został wyświęcony w sposób ważny, ten – w ścisłym tego słowa znaczeniu – nie może już nigdy stać się człowiekiem świeckim, ponieważ charakter wyciśnięty przez święcenia jest nieusuwalny. W dzisiejszym dniu Zmartwychwstały Chrystus przekaże tym diakonom swojego Ducha Świętego, który – przy ich współpracy – będzie kontynuował Chrystusowe dzieło na świecie aż doprowadzi je do ostatecznego wypełnienia.

Odnosząc się do dzisiejszych czytań mszalnych, chciałbym przy okazji tych święceń rozwinąć temat dojrzewania wiary oraz objawów wiary niedojrzałej. Zacznijmy zatem od tematu dojrzewania wiary, a ściślej rzecz biorąc, od przedstawienia trzech najważniejszych etapów tegoż dojrzewania.

1. DOJRZEWANIE WIARY

a. Na pierwszy z nich wskazuje scena powołania przez Jezusa Jego pierwszych uczniów. „Gdy [Jezus] przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim” (Mt 4,18-20).

Tak wygląda pierwszy etap. Scena ta uczy nas wielu rzeczy dotyczących początków wiary. Najpierw tego, że wiara rodzi się ze słuchania, czyli w intelekcie. Nie jest to kwestia nastroju i uczuć, choć i one odgrywają swoją rolę. Na początku wiary jawi się więc Słowo Boże i gotowość jego słuchania.

Warto też zauważyć, że powołani uczniowie uwierzyli prawdziwie, a nie tylko w potocznym tego słowa znaczeniu. W potocznym bowiem znaczeniu wypowiadam słowo „wierzę” także wtedy, kiedy nie wiem czegoś, nie posiadam dostatecznej pewności, kiedy przekazuję opinie dyskusyjne. Gdy na przykład w przeddzień trudnej operacji chirurgicznej mówię sobie i innym: „wierzę, że wszystko pójdzie dobrze”, albo kiedy – jako kibic piłkarski – mówię: „wierzę, że dzisiaj wygra nasza drużyna”. Takimi słowami nie wyrażam bynajmniej pewności, lecz tylko mniej lub bardziej uzasadnioną nadzieję, prawdopodobieństwo. Takie znaczenie słowa „wierzyć” nie oddaje wcale istoty chrześcijańskiej wiary, która – rozumiana w ten sposób – byłaby jedynie mniej lub bardziej bezpodstawną opinią. Niestety, właśnie takie znaczenie przypisują dzisiaj niektórzy ludzie chrześcijańskiej wierze, utożsamiając ją z jakimś mglistym uczuciem religijnym, z subiektywną opinią, z kwestią gustu.

Na szczęście istnieje także inny sens słowa „wierzyć”. Pojawia się on wtedy, kiedy np. mówimy do zaufanej osoby: „Wierzę ci!” Kto wierzy komuś lub w kogoś, ufa tej osobie oraz traktuje jej słowa jako wiarygodne. Taki sens nadaje się do ilustrowania chrześcijańskiej wiary. Wierzyć w tym przypadku oznacza wejść w relację zaufania pomiędzy osobami. „Akt wiary odnosi się do prawdy przez zaufanie osobie, która o niej świadczy” (KKK, 177). W tego rodzaju więź z Jezusem wchodzą wszyscy autentyczni uczniowie. Taka wiara nie zaczyna się nigdy od abstrakcji. Ona zawsze rozpoczyna się od życia, od jakiegoś konkretnego duchowego głodu, od pytań, kryzysów, niezaspokojonych tęsknot i potrzeb człowieka. Pan Jezus zna odpowiedzi, które potrafią przekonać człowieka znajdującego się w kryzysie. Trafia w samo sedno jego potrzeb, a szczególnie w potrzebę sensu życia, celu w życiu, nadziei, która oprze się każdemu zwątpieniu.

Teologowie zwykli mówić, że akt wiary obejmuje to, „w co wierzymy” i tego, „komu wierzymy”. Każdy kapłan wierząc, wyznaje, iż pokłada całą swoją ufność w Jezusie Chrystusie. On mówi do Jezusa Chrystusa: „«Ty jesteś moją prawdą», czyli «Ty jesteś miarą prawdy mojego człowieczeństwa». Prawda człowieka nie tkwi bowiem w człowieku, ale w człowieczeństwie Jezusa” (G. Moioli).

Uczniowie Chrystusa dalecy są od pojmowania chrześcijańskiej wiary na sposób subiektywny, arbitralny, czysto uczuciowy, bez odniesienia do Chrystusa. Wiara jest dla nas dobrowolną i umotywowaną decyzją powierzenia się Jezusowi Chrystusowi i Bogu Jezusa Chrystusa. Zakłada przyjęcie prawdy tkwiącej w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, zgodnie z orędziem głoszonym przez pierwszych świadków i rozbrzmiewającym po dzień dzisiejszy w Kościele (por. Franco Ardusso, Motywy wiary chrześcijańskiej. „Amen”. Seria Wyznanie wiary: 11, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2004).

b. A potem przychodzi drugi etap rozwoju wiary. Jest to moment jej próby. Któż z nas nie przypomina sobie tej chwili kiedy apostołowie ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze Galilejskim i przerazili się, a On przemówił do nich: «Odwagi! Ja jestem, nie lękajcie się!» (por. Mt 14, 27). Wtedy odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» On zaś powiedział: «Przyjdź!» (Mt 14, 28-29). I wówczas Piotr wyszedł z łodzi i ruszył w kierunku Jezusa, gdy nagle -pod wpływem silnego uderzenia wiatru – uląkł się. Zaczął tonąć i krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» (por. Mt 14, 30). Wtedy Jezus wyciągnął rękę, uchwycił go, ocalił przed utonięciem i rzekł: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?» (por. Mt 14, 31).

To ewangeliczne wydarzenie dowodzi, że Piotr owszem posiadał wiarę, którą zresztą wyznał później tak wspaniale pod Cezareą Filipową, ale w momencie próby nie była ona jeszcze dostatecznie ugruntowana. Kiedy zawiał silny wiatr, zaczął tonąć, ponieważ zwątpił. To nie wicher zanurzył Piotra w głębinach jeziora, lecz niedostatek wiary. To jego wierze zabrakło istotnego elementu, czyli całkowitego oparcia się na Chrystusie, całkowitego zaufania Chrystusowi w chwili wielkiej próby (por. Jan Paweł II, Jesteście wezwani do świadczenia o wierze i nadziei. Homilia podczas spotkania z młodzieżą, Poznań, 3.06.1997).

c. Trzeci etap dojrzewania wiary ilustruje scena z Cezarei Filipowej. Będzie to świadoma i wolna akceptacja cierpienia i śmierci jako nieodłącznego elementu wiary, który przygotowuje uczniów na zmartwychwstanie.

W decydującym momencie swego życia, zakończywszy nauczanie w Galilei, Jezus zmierza do Jerozolimy, aby przez śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie wypełnić swą zbawczą misję. W tym momencie pragnie nie tylko sam przyjąć tę trudną prawdę, ale również chce skłonić do tego uczniów. Najpierw więc zachęca ich do dokonania wyboru, dzięki któremu odróżnią się od tłumu i staną się wspólnotą wierzących w Niego, staną się początkiem Kościoła. „W istocie, Jezusa można ‘widzieć’ i ‘znać’ na dwa sposoby: tak jak tłum – raczej powierzchownie, lub jak uczniowie – głębiej i prawdziwiej. Przy pomocy dwóch pytań („Za kogo uważają Mnie ludzie?”, „A wy za kogo Mnie uważacie?”) Jezus uświadamia uczniom dwa różne punkty widzenia.

Ludzie uważali, że Jezus był prorokiem i nie mylili się. Również dzisiaj jest podobnie: wielu patrzy na Jezusa jakby z zewnątrz. Uznają Jego duchową i moralną wielkość, Jego wpływ na dzieje ludzkości, lecz nie uznają Jego wyjątkowości. Często uważa się Jezusa tylko za jednego z wielkich założycieli religii. Ale to nie wszystko. Trzeba spojrzeć znacznie głębiej i uznać wyjątkowość osoby Jezusa z Nazaretu.

Kiedy uczniowie słuchali jak ich Mistrz nauczał małych i wielkich, kiedy widzieli jak uzdrawiał chorych, jednał grzeszników, powoli zaczynali rozumieć – podobnie jak Piotr – że Jezus jest Mesjaszem, czyli nie tylko człowiekiem posłanym przez Boga, ale samym Bogiem, który stał się człowiekiem. Oczywiście to wszystko ich przerastało, przekraczało ich możliwości rozumienia. Oni mogli wyrazić swoją wiarę jedynie za pomocą tytułów pochodzących z ich własnej tradycji: «Mesjasz», «Syn Boży», «Pan». „Ty jesteś Mesjasz”. Lecz, aby tytuły te były naprawdę adekwatne do rzeczywistości, trzeba było na nowo odkryć ich najgłębszą treść.

Jezus pogłębia więc treść wiary uczniów, zapowiadając swoją bliską mękę i śmierć. „I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa” (Mk 8, 31-32). W ten sposób odsłonił autentyczny sposób swojego mesjańskiego panowania. „Syn Człowieczy […] nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28). Prawdziwe znaczenie Jego panowania ukazało się dopiero z wysokości krzyża ( por. Dz 2, 36).

„W istocie, tytuły przypisane Jezusowi przez Piotra można naprawdę zrozumieć jedynie w świetle tajemnicy Jego śmierci i zmartwychwstania. I na odwrót, prawdą jest też, że wydarzenie krzyża ujawnia swój pełny sens tylko wówczas, jeśli „ten człowiek”, który cierpiał i umarł na krzyżu, „istotnie był Synem Bożym” (por. Mk 15, 39). Teksty te mówią wyraźnie, że integralna wiara chrześcijańska pochodzi z wyznania Piotra, oświeconego przez nauczanie Jezusa o Jego ‘drodze’ do chwały. Jest to wąska ‘ścieżka’, ‘sposób’ będący ‘skandalem’ dla uczniów wszystkich czasów, którzy nieuchronnie skłonni są myśleć po ludzku, a nie po Bożemu (por. Mt 16, 23; Benedykt XVI, Wiara Kościoła opiera się na wyznaniu Piotra. Msza św. w Bazylice Watykańskiej i nałożenie paliuszy – 29 VI 2007).

Ojciec Jean-Baptiste Lacordaire w ten sposób opisywał owoce dojrzałej wiary kapłana: „Żyć w samym środku świata, nie pragnąc jego przyjemności; być członkiem każdej rodziny, nie przynależąc do żadnej; podzielać wszystkie cierpienia; przenikać wszystkie sekrety; leczyć wszystkie rany; zanosić Bogu od ludzi ich modlitwy; przynosić ludziom od Boga wybaczenie i nadzieję; mieć serce z wosku dla miłości i serce ze spiżu dla czystości; uczyć i wybaczać, pocieszać i zawsze błogosławić – co za wspaniałe życie! I jest to twoje życie, kapłanie Jezusa Chrystusa”.

2. OBJAWY NIEDOJRZAŁEJ WIARY

Ale dzisiejsze czytania nie poprzestają na ilustracji procesu dojrzewania wiary. One idą dalej. Wskazują na to, że wiary nie da się zachować uprawiając stronniczość. Jest to szczególne napomnienie skierowane do wszystkich kapłanów, wszystkich czasów. „Bracia moi, nie możecie zachować wiary w naszego Pana chwalebnego Jezusa Chrystusa, praktykując stronniczość”.

a. „Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie: «Usiądź na zaszczytnym miejscu!», do ubogiego zaś powiecie: «Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego!», to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi? […]

Jeśli przeto zgodnie z Pismem wypełniacie królewskie Prawo: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie. Jeżeli zaś kierujecie się względem na osobę, popełniacie grzech, i Prawo potępi was jako przestępców” (Jk 2,2-4.8-9).

My tymczasem mamy skłonność do powierzchownego oceniania ludzi, według systemu wartości tego świata, a szczególnie na podstawie wyglądu zewnętrznego, bogactwa, wykształcenia, czy rasy. Posiadając takie skłonności, wybrane osoby traktujemy dobrze a inne odrzucamy. Grecki termin użyty przez św. Jakuba (prosopolempsía) znaczy faworyzować kogoś, okazać się wobec kogoś stronniczym, jak dla przykładu sędzia, który uwolniłby albo potępił kogoś tylko dlatego że jest on bogaty, albo też tylko dlatego, ponieważ jest biedny („Nie będziesz stronniczym na korzyść ubogiego, ani nie będziesz miał względów dla bogatego. Sprawiedliwie będziesz sądził bliźniego” (Kpł 19,15; por. Ps 82,2-4; Kol 3,23-24). „Ucisk i utrapienie spadnie na każdego człowieka, który dopuszcza się zła, najpierw na Żyda, a potem na Greka. Chwała zaś, cześć i pokój spotka każdego, kto czyni dobrze – najpierw Żyda, a potem Greka. Albowiem u Boga nie ma względu na osobę” (Rz 2,9-11).

Czasami bezwiednie kierujemy się względem na osobę człowieka bogatego, nie bacząc wcale na jego poziom religijny i moralny, ponieważ spodziewamy się, że z tego tytułu spłynie jakiś szczególny splendor na Kościół, albo jakieś korzyści materialne dla parafii. Pogardzamy natomiast biednym, ponieważ – poza przykrościami – niczego się po nim nie możemy spodziewać. Zapominamy o słowach św. Pawła: „Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1Kor 1,26-29). Kto lekceważy biednych, ten upodabnia się do niegodziwego sędziego, który – zamiast sumieniem – kieruje się swoimi sympatiami. Dojrzała wiara wyklucza faworyzowanie kogokolwiek w Kościele.

b. Ale pouczenie św. Jakuba o znakach niedojrzałej wiary może dotyczyć nie tylko stronniczości w odniesieniu do bogactwa materialnego czy wykształcenia. Ono posiada znacznie szerszy wymiar, ponieważ zwraca naszą uwagę i na to, że nie wolno nam zachować się stronniczo także wobec tzw. biblijnych „głupich”, czyli grzeszników. Urząd kapłański zakłada upominanie „głupich”. „Niejeden z powodu wstydu gubi swoją duszę i zatraca ją przez wzgląd na głupiego” (Syr 20,22). „Nie wstydź się następujących rzeczy i nie grzesz przez wzgląd na osobę: […] [Nie wstydź się] upomnieć nierozumnego i głupiego …” (Syr 42,1.8). Tylko brak faworyzowania „głupoty” pozwala nam na rzetelne głoszenie Ewangelii: „Nauczycielu, wiemy, że słusznie mówisz i uczysz, i nie masz względu na osobę, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz” (Łk 20,21). Zachowanie przeciwne zawsze w końcu doprowadzi do postawy tych, o których pisze List Judy: „Ci zawsze narzekają i są niezadowoleni ze swego losu, [choć] postępują według swoich żądz. Usta ich głoszą słowa wyniosłe i dla korzyści mają wzgląd na osoby (por. Jud 1,16). Kapłan, który pragnie zachować dojrzałą wiarę, nie może nie pochylić się nad trudną i niepewną drogą nawrócenia grzeszników, zachowując dla nich dar prawdy oraz cierpliwą i umacniającą życzliwość Dobrego Pasterza, który nie odrzuca zagubionej owcy, ale bierze ją na ramiona i raduje się z jej powrotu do owczarni.

Nie może nie przypominać ludziom tego, że dopóki panuje w nas Prawo Boże, wówczas każdy z nas jest zdrowy i wolny. Kiedy zaś panuje prawo grzechu i śmierci, wówczas nikt z nas nie jest już sobą; wszyscy jesteśmy chorzy, zniewoleni i zaprzedani grzechowi. Bardzo pouczająca w tym względzie jest lektura książeczki C.S. Lewisa Zniesienie człowieka (The Abolition of Man) o sytuacji współczesnego człowieka: „Okazuje się, że mężczyźni i kobiety, którzy niegdyś byli ludźmi, po prostu nimi już nie są. Człowiek został zredukowany do umysłu i materii, mózgu i ciała, komputera i konsumenta, kalkulatora i kopulatora, konstruktora i replikatora, który sądzi, że jest wolny i potężny, ale w rzeczywistości niszczy go ta sama „natura”, którą chciałby pokonać, podczas gdy zostaje zniewolony przez rządy „formatorów”, którzy sami są zniewoleni i niszczeni przez swoje obłąkane usiłowania, by zdefiniować, zaprojektować świat i ludzkość, kierować i manipulować ludźmi pozbawionymi Boga, który kocha ich bezwarunkowo”.

ZAKOŃCZENIE

Jak bardzo w takim świecie potrzeba kapłanów. Warto na koniec przypomnieć co Benedykt XVI mówił do Polaków dnia 28 maja 2006 roku na krakowskich Błoniach: „Wraz z wyborem Karola Wojtyły na Stolicę św. Piotra, by służył całemu Kościołowi, wasza ziemia stała się miejscem szczególnego świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. Wy sami zostaliście powołani, by to świadectwo składać wobec całego świata. To wasze powołanie jest nadal aktualne, a może jeszcze bardziej od chwili błogosławionej śmierci Sługi Bożego. Niech nie zabraknie światu waszego świadectwa!”

Niech w tym zadaniu nam zawsze towarzyszy, wstawiając się za nami, Najświętsza Maryja Panna. Niech Jej niewzruszona wiara, która była oparciem dla wiary Piotra i pozostałych apostołów, będzie również oparciem dla tych młodych kapłanów naszej Archidiecezji. Królowo Apostołów, módl się za nimi!