Władza, pieniądze i seks w Kościele

Jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat Kościoła w Polsce głosi, że duchowni chcieliby rządzić krajem

W mediach coraz częściej powtarzane są negatywne stereotypy. To zmienia postrzeganie m.in. księży.

Wiedza Polaków o Kościele jest relatywnie mała. A zamiast niej wolimy powielać mity o Kościele. Mają się one u nas całkiem dobrze. A może nawet coraz lepiej, na pewno lepiej niż 20 lat temu. To paradoks, bo polskie społeczeństwo uchodzi za dość religijne – ponad 90 proc. osób jest ochrzczonych, a 40 proc. regularnie uczestniczy w praktykach religijnych.

Media i przesądy

– Stereotypy powstają wtedy, gdy brak wiedzy uzupełniamy domysłami albo schematami myślowymi, które są w nas wdrukowywane od najmłodszych lat – mówi dr Sylwia Bedyńska, psycholog Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. – Ogromną rolę w powstawaniu mitów odgrywają media, gdyż nie jesteśmy w stanie albo nie chcemy weryfikować informacji, które podają – dodaje.

A te w coraz bardziej sensacyjny sposób podają informacje dotyczące Kościoła. Badani przez CBOS dostrzegają wyraźną zmianę ich stosunku do Kościoła, jaka dokonała się w ostatnich latach. Jeszcze sześć lat temu 44 proc. badanych uważało, że większość środków przekazu jest do niego przychylnie nastawiona. Dziś podobne zdanie wyraża już jedynie 26 proc. ankietowanych. Zdecydowanie wzrosła za to liczba osób, które twierdzą, że stosunek mediów do Kościoła jest negatywny. W 2006 roku tak sądziło zaledwie 13 proc. badanych, teraz już 25 proc.

– Te liczby i tak nie oddają skali zjawiska. Większość informacji, które ukazują się na temat Kościoła w mediach, ma charakter negatywny – mówi „Rz” prof. Andrzej Szpociński, socjolog z Collegium Civitas.

– Temat Kościoła pojawia się głównie w kontekście skandali. Sprawa biskupa, który ma problem alkoholowy, czy skandal pedofilski z udziałem księdza stają się tematami numer jeden. O codziennej działalności Kościoła, np. pomocy ubogim czy chorym, nie mówi się niemal wcale. I to mimo, że pierwsze zjawiska mają charakter marginalny, a drugie nie – dodaje ks. Dariusz Madejczyk, b. redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”.

Zdaniem Marcina Przeciszewskiego, szefa Katolickiej Agencji Informacyjnej, która wydała właśnie książkę „Kościół. Stereotypy, uprzedzenia, manipulacje”, są dwa główne powody nasilania się negatywnych stereotypów o Kościele. – Pierwszym jest tabloidyzacja większości mediów, drugim – odradzanie się ideowej, radykalnej lewicy, skupionej w środowisku czy to „Krytyki Politycznej”, czy Ruchu Palikota – tłumaczy.

Według jednego z mitów księża, zabraniając innym seksu, sami często go uprawiają

– Celem działań tych środowisk jest zakwestionowanie miejsca Kościoła w społeczeństwie, jakie udało się zbudować po 1989 r., a które zgodne jest nie tylko z polskimi tradycjami, ale także standardami, jakie obowiązują w większości krajów europejskich – uważa Przeciszewski. I dodaje: – W tym celu kreują one obraz Kościoła jako instytucji bogatej, walczącej tylko o swoje interesy, chcącej podporządkować sobie państwo, nieakceptującej pluralizmu. Takie stereotypy są chętnie nagłaśniane przez media, gdyż łatwo je sprzedać.

Natomiast Andrzej Grajewski, publicysta „Gościa Niedzielnego”, podkreśla, że powielanie mitów o Kościele w mediach wynika nie tylko z tego, że te informacje dobrze się sprzedają, ale także z małej wiedzy części dziennikarzy o Kościele, którzy zamiast zgłębić temat, wolą powielać nieprawdziwe schematy myślowe. Ale dodaje: – Część mediów pisze źle o Kościele z premedytacją. Jest to ich strategia walki z Kościołem.

Zacofani i pazerni

W ostatnich miesiącach i latach przez media przeszła fala artykułów o księżach i Kościele, które powielały stare albo kreowały nowe mity jak choćby ten, że celibat jest przyczyną pedofilii. Wśród negatywnych stereotypów mocno trzymają się takie, które mówią, jakoby Kościół był zacofany, był wrogiem postępu i nauki (w istocie od lat popularyzuje dialog między nauką a religią, w Papieskiej Akademii Nauk zasiada 20 noblistów), nie ceni demokracji i wolności (papieże przestrzegają przed budowaniem demokracji bez wartości moralnych).

Mówi się, że Kościół życia nienarodzonych broni tylko w teorii, bo nie pomaga samotnym matkom i sierotom (w Polsce prowadzi m.in. 40 domów samotnych matek, 50 okien życia, 20 ośrodków adopcyjnych), rolę kobiet chce sprowadzić do „maszynki” do rodzenia dzieci (Kościół podkreśla naturalne powołanie kobiety, uznając wartość ról społecznych), zabrania seksu (bo mówi o pięknie seksu małżeńskiego i odpowiedzialności za współmałżonka), wtrąca się do polityki (w istocie mówi, za jakimi wartościami opowiadać się w wyborach). Takich półprawd i całkowitych fałszów jest znacznie więcej.

Najbardziej trwałe społecznie mity dotyczą trzech sfer: pieniędzy, seksu i władzy. Według nich Kościół ma być pazerny i chciwy, bo upomina się o zwrot dóbr zabranych mu po II wojnie światowej. Nie przebija się argument, że jest to tylko część dóbr, bo tylko ta, która została zabrana z pogwałceniem peerelowskiego prawa, a jej wartość szacuje się na ok. 5 mld zł. Kościoły w o wiele mniejszych, a jednocześnie bardziej zeświecczonych Czechach decyzją parlamentu odzyskają majątek o wartości ok. 22 mld zł.

„Dowodem” pazerności Kościoła miałoby być także i to, że z budżetu finansowani są kapelani w szpitalach, wojsku i więzieniach oraz lekcje religii w szkołach i wyższe uczelnie katolickie. Tymczasem w większości krajów należących do UE są to rozwiązania standardowe, a w wielu krajach istnieją prawa o wiele korzystniejsze dla instytucji kościelnych.

W Grecji, w niektórych krajach skandynawskich Kościoły niemal w całości utrzymywane są przez państwo. W Polsce pomoc finansowa dla Kościoła katolickiego (kapelani, uczelnie, Fundusz Kościelny, zabytki, środki z funduszy unijnych) wynosi rocznie ok. 492 mln złotych i prawie tyle samo (482 mln) wynosi pomoc, jakiej co roku biednym i potrzebującym opieki udziela tylko jedna Caritas.

Z mitem o pazerności Kościoła wiąże się stereotyp o bogactwie księży, którzy jeżdżą drogimi samochodami i spędzają egzotyczne urlopy. Rzeczywistość jest o wiele bardziej zróżnicowana: obok duchownych mających wysokie dochody są księża klepiący biedę. Poziom życia księdza zależy od rodzaju parafii i jej miejsca na mapie kraju.

Celibat przez Internet

Według jednego z tygodników 60 proc. polskich księży ma kochanki, 10–15 proc. posiada dzieci, a reszta to homoseksualiści albo pedofile. Przytaczane liczby nie są w żadnym sensie wiarygodne. Sam prof. Józef Baniak, z którego badań miałyby pochodzić, przyznał w innym medium, że owo 60 proc. dotyczy nie wszystkich „polskich księży”, ale grupy przez niego badanej. Ale co jeszcze ważniejsze, bo obala i ten wynik, profesor przyznał, że grupę badał internetowo (co z księżmi, którzy nie posługują się komputerem?), dobrał losowo, z tym że – uwaga – część duchownych sama się zgłosiła do udziału w badaniu.

Nie wiadomo, jak duża była to grupa, ale nietrudno się domyślić, że byli to ci, którzy mieli kłopoty z celibatem. Słowem, naukowa kompromitacja.

Oczywiście, nie znaczy to, że księża nie łamią celibatu. Podobnie jak prawdą jest, że są wśród księży homoseksualiści czy, niestety, pedofile. Niemniej sposób podawania tych informacji w mediach sprawia wrażenie, że to, co jest marginalne, jest potężnym zjawiskiem.

Tymczasem gdy chodzi o pedofilię, prawda jest taka, że w latach 2001–2010 do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, która zajmuje się tego typu zdarzeniami, zgłoszono 3000 spraw. Choć nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, liczby pokazują, że w 60 proc. chodzio o akty efebofilii (pociąg do dorastających osób tej samej płci), w 30 proc. stosunki heteroseksualne, a w 10 proc. akty pedofilii.

W ciągu dziewięciu lat księży oskarżonych o pedofilię było więc około 300, co oznacza, że spośród 410 tys. duchownych na świecie pedofilii dopuściło się 0,07 proc., a właściwie jeszcze mniej, gdyż przypadki zgłoszone do kongregacji dotyczyły ostatnich 50 lat, czyli liczbę księży należałoby powiększyć o tych, którzy w tym czasie zmarli, odeszli itd.

W USA, gdzie doszło do największych nadużyć seksualnych księży, duchowni katoliccy są sprawcami 2 proc. wszystkich przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich, większość dzieje się w rodzinach.

Chcą przejąć władzę

Wśród wielu mitów mocno trzyma się i ten, jakoby Kościół, a właściwie „czarni”, rządzili albo chcieli rządzić Polską.

Nic to, że nikt z duchownych nie uczestniczy w bieżącym życiu politycznym. Dla zwolenników mitu wystarczy, że Kościół w ramach autonomii państwa i Kościoła ocenia z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej oraz moralności chrześcijańskiej życie polityczno-publiczne, a w przestrzeni publicznej istnieją symbole religijne.

Dla środowisk radykalnej lewicy to o wiele za dużo i pod hasłem świeckości państwa dążą do wyeliminowania Kościoła z życia publicznego. Powołując się na świeckość, mówią w istocie o laickości, która jest praktykowana tylko we Francji, bo w większości krajów europejskich istnieje model przyjaznego rozdziału Kościoła i państwa.

– Te oskarżenia pod adresem chrześcijaństwa to nic nowego pod słońcem. Większość z nich istniała od początku chrześcijaństwa – mówi patrolog ks. prof. Józef Naumowicz.

– Smutne jest to, że często sami chrześcijanie w sposób bezrefleksyjny powtarzają mity o Kościele, nie wnikając głębiej w to, jak jest naprawdę – dodaje.

Ewa K. Czaczkowska, Jarosław Stróżyk, Rzeczpospolita

 

Media naprawdę nie lubią Kościoła

Trzeba by albo wielkiej naiwności, albo bardzo złej woli, by dziwić się temu, że w ostatnich latach ogromnie wzrósł odsetek Polaków uważających, iż media są wobec Kościoła nieżyczliwe.

Już od początku lat 90. spora część zarówno wierzących, jak i osób wobec religii osobiście zdystansowanych, ale wspierających Kościół jako siłę konstruktywną narodowo i społecznie, uważała, że środki przekazu w swej większości mają negatywny stosunek do katolicyzmu. I ta obserwacja była trafna.

Większość polskich redakcji od początku III RP zdominowana została przez amalgamat młodych dziennikarzy o nastawieniu radykalnie liberalnym i żurnalistów peerelowskich. Te grupy dzieliło wiele, ale łączyły negatywne emocje wobec Kościoła.

Emocje te były jednak miarkowane, przeważała ostrożność. Przez niektórych starszych wiekiem wyniesiona jeszcze ze schyłkowego PRL. Doświadczenie potęgi polskiego katolicyzmu było niezwykle silnym doznaniem ludzi peerelowskiego establishmentu, w tej liczbie dziennikarzy i właścicieli powstających mediów prywatnych.

jednak prawie wszyscy twórcy medialnego krajobrazu, również i ci niewywodzący się z PRL, uważali za pierwszoplanowy cel wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Z racji ideologicznego skrzywienia instytucji brukselskich nie była to dla wielu katolików perspektywa niekontrowersyjna. A stanowisko Kościoła było w tym kontekście istotne. Dlatego media powściągały swój naturalny antyklerykalizm, dawkowały go, łagodziły rewerencjami wobec co popularniejszych biskupów. Bywał on więc wtedy trudno dostrzegalny dla mniej wnikliwego obserwatora.

Ale ta rzeczywistość zaczęła się kończyć, kiedy nasz kraj już znalazł się w Unii. Wtedy przestała istnieć główna przyczyna „cackania się” z Kościołem. Zgrało się to w czasie z wchodzeniem w okres publicznej aktywności ludzi młodszego pokolenia, ukształtowanych już w latach 90. pod wpływem radykalnej zachodniej lewicy. Odnosili się oni bardzo niechętnie wobec samej idei jakiegoś kompromisu z katolikami, traktowanego jako zdrada ideałów postępu. Kształtowali poglądy swoich zatrudnionych w redakcjach rówieśników.

Jeśli dodać do tego medialną nieporadność zdecydowanej większości ludzi Kościoła, to trudno się dziwić temu, że w przekazie większości mediów nastawienie antykatolickie zaczęło być coraz bardziej widoczne. I doprawdy trudno dziwić się respondentom CBOS, którzy to dostrzegli.

 

Piotr Skwieciński, Rzeczpospolita

An Open Letter to My Friends in Poland – George Weigel

An Open Letter to My Friends in Poland

May 25, 2011

George Weigel

 

A son of Poland is now Blessed John Paul II. What is Poland to do now?

 

If a friend might offer a suggestion: The Church in Poland should start looking forward rather than backward.

 

Ever since the late pope’s death in 2005, the Polish Church seems to have been looking over its shoulder at the colossal figure of John Paul II. Given the magnitude of John Paul’s accomplishment, and the widely shared sentiment that John Paul II was a God-given blessing to Poland in thanks for the country’s fidelity during decades of partition and totalitarian occupation, that nostalgia is understandable. But it is now time to look forward, which is what Blessed John Paul II would want.

 

I’m often asked about the human traits I saw in John Paul II. One answer I often give is that the late pope was the most intensely curious man I’ve ever known. He always wanted to know about the new books, the new articles, and the new arguments in my corner of the intellectual and cultural world. He even wanted to know the latest pope-jokes.

 

That intense curiosity was a matter of theology, not psychology. John Paul II truly believed that in the designs of Providence, there are no mere coincidences. What seems to us “coincidence” is actually an aspect of Providence we have not understood yet. So his curiosity was a matter of looking into “here” and “now” to see where the wind of the Holy Spirit might be blowing, and in what direction.

 

Polish Catholicism should adopt this future-oriented stance. Remembering the John Paul II years should now be a remembering in service to the future. The 21st century Church in Poland must take up John Paul’s challenge in the 1991 encyclical Redemptoris Missio and re-imagine itself as a Church that is a mission, not an institution for which mission is one among many activities. Or as John Paul put it in closing the Great Jubilee of 2000, the Church must leave the shallow water of institutional maintenance and put out “into the deep” of the New Evangelization.

 

How?

 

The Polish Church must recognize that the faith can no longer be transmitted by the ambient culture; it has to be persuasively and courageously proposed. There is a compelling Catholic apologetic in the magisterium of Blessed John Paul II. Let Poland take the lead in translating this teaching into effective catechetical material.

 

Polish Catholicism has not fully developed its public voice, and when it speaks about public policy, it does not always speak in a vocabulary that everyone can understand. Developing a public voice that speaks to all is another important way for the Church in Poland to be a “John Paul II Church” looking forward, not backward.

 

Then there is Europe. John Paul II knew that “old Europe” was in serious trouble. In “new Europe,” in America, and in their willingness to take the social doctrine of the Church seriously he saw a chance for the entire West to recover its Christian roots: not as a matter of reconstructing the old altar-and-throne regimes but precisely in order to build the free and virtuous societies of the future. A Polish Church that helps Poland build a free and virtuous Europe for the future would be a Church living the legacy of John Paul II in public in a very important way.

 

Poland has to stop looking in the rear-view mirror. Strengthened by the great spiritual, moral, and intellectual patrimony left it by its noblest son, John Paul II, Polish Catholicism must now look boldly toward the future. Monuments will continue to be built throughout Poland to this man who changed the global Church and the course of 20th-century history, and that is fine. Yet the most fitting Polish monument to Blessed John Paul II, the pope who called the world to courage out of the depths of Poland’s own courage, would be a courageous Polish Catholicism that maintained its own vibrant faith while helping re-evangelize Europe.

 

George Weigel is Distinguished Senior Fellow of the Ethics and Public Policy Center in Washington, D.C.

Rachunek sumienia Kościoła w Polsce

Potrzeba nam rozeznania duchowej sytuacji Kościoła w Polsce. Bo ewangelizacja polega najpierw na uświadomieniu sobie jej potrzeby. A z tym mamy problem – rozmowa z ks. Bogdanem Giemzą SDS.

 

TOMASZ PONIKŁO: Czy Kościół potrzebuje się nawracać?

KS. BOGDAN GIEMZA SDS: Kościół potrzebuje stale dokonywać rachunku sumienia i wciąż się nawracać. Zagubiliśmy dziś poczucie grzeszności, które w początkach chrześcijaństwa było tak ważne dla Ojców Kościoła. Dla Orygenesa Kościół to wręcz nierządnica, którą Chrystus obmywa swoją krwią.

Zatraciliśmy tę świadomość? W książce „Rachunek sumienia Kościoła w świetle Apokalipsy” napisał Ksiądz, że dla Kościoła w Polsce „zgubne może być uleganie pokusie samozadowolenia”.

Ta pokusa była i jest wciąż obecna – zarówno w wymiarze osobistym, jak i wspólnoty Kościoła. Uznanie, że wszystko jest dobrze, że niczego nie trzeba poprawiać, jest zgubne.

Kard. Adam Sapieha na pytanie: „co wy robicie, że w Polsce są pełne kościoły?” odpowiedział: „Nic, dzwonimy i ludzie przychodzą”. Ale coraz częściej wierni i duchowni dostrzegają obszary, które wymagają u nas korekty. Również i to, że nie możemy się chełpić w stosunku do Kościoła Zachodu.

A nadymamy się jak balon. W głośnym ostatnio rachunku sumienia o. Ludwik Wiśniewski użył takiej właśnie metafory. Czy ten balon pęknie?

Nie ma prostych odpowiedzi. W perspektywie dwóch tysiącleci widzimy w Kościele powody do chwały i do wstydu. W Kościele istotne jest – jak podkreśla Benedykt XVI – że to Kościół Chrystusowy, a nie nasz. Czyli budowany nie tylko przez nasze projekty. Mój współbrat mawia, że to próba złożenia szwajcarskiego zegarka z polskich części.

Jakie części mamy w Polsce dostępne i kto ma złożyć ten zegarek?

Za tę pracę odpowiedzialni są wszyscy: oczywiście hierarchia, duchowni, zakony, ale też świeccy. Wierni świeccy w Polsce to uśpiony olbrzym. Sporo jest do zrobienia, żeby wyrwać go z drzemki. Ale zachowujmy też umiar – w teologii podkreśla się, że można zgrzeszyć przez nadmiar albo przez niedomiar. Nie ulegajmy ani czarnowidztwu, ani triumfalizmowi. W Kościele potrzebna jest różnorodność i szczęśliwie pojawiają się u nas nowe ruchy.

Już w 1987 r. Jan Paweł II mówił, że Polska potrzebuje ewangelizacji. W książce przytoczył Ksiądz późniejszy o sześć lat gorzki komentarz ks. Józefa Kudasiewicza: „Kiedy w latach 40. ukazała się we Francji książka »Francja krajem misyjnym«, kard. Suhard, czytając, płakał. Nam sam Ojciec Święty powiedział, że jesteśmy krajem misyjnym, nikt jednak nie płakał. Wręcz przeciwnie, wszyscy się śmiali i bili brawo, które odbijało się od Ściany Wschodniej i szło ku Dworcowi Centralnemu (…). Tysiącletni Kościół okazał się Kościołem niedojrzałym”. Ten nasz kraj katolicki nadal potrzebuje ewangelizacji?

Ewangelizacja polega najpierw na uświadomieniu sobie jej potrzeby. Z tym mamy problem: nie zdają sobie z tego sprawy ani duchowni, ani świeccy. Potem ewangelizacja wymaga pokory – mówię to jako człowiek, który towarzyszy ludziom w takich sytuacjach, jak odchodzenie ich bliskich od Kościoła i wiary – bo wiara to łaska. Więc nie próbujmy kodyfikować sposobów ewangelizacji, tylko skupmy się na dotarciu do konkretnego człowieka. Jednym wystarcza przekaz tradycyjny, drugim intelektualny, inni szukają w modlitwie. Żeby wiedzieć, jak prowadzić duszpasterstwo, trzeba najpierw rozeznania duchowego sytuacji Kościoła. Jan Paweł II w 1991 r., czyli w nowej sytuacji ustrojowej i społecznej w Polsce, tłumaczył biskupom: inne były doświadczenia Kościoła przed 1989 r., inne są dziś – i ta nowa sytuacja wymaga duchowego rozeznania. A w Polsce jeszcze go nie dokonaliśmy.

Inną płaszczyzną ewangelizacji są właśnie nowe ruchy. Fascynuje mnie Kościół we Francji, gdzie powstaje wiele z nich. Polega to dziś na stwarzaniu przestrzeni wspólnego doświadczenia i dzielenia się wiarą. Kiedy w 1997 r. moje zgromadzenie zakonne tworzyło Centrum Formacji Duchowej, działające dziś w Krakowie i Trzebini, udało nam się właściwie rozeznać potrzeby wiernych. Dziś centra są oblężone, bo ludzie chcą się skupić na modlitwie. Ile razy tam pracuję, cieszę się doświadczeniem Kościoła, bo znajduję się przede wszystkim wśród ludzi świeckich, obok duchownych i zakonników, którzy szukają rozwoju.

Przez niemal pół wieku funkcjonowania w tzw. realnym socjalizmie – jak Ksiądz diagnozuje – nasz Kościół zaraził się chorobami komunizmu. Widać, że także na poziomie retoryki, np. kiedy o. Tadeusz Rydzyk mówi o prześladowaniu księży w Polsce. To potężne nadużycie i brak doświadczenia – o czym mówił w „TP” kard. Kazimierz Nycz – Kościoła powszechnego, który w takich krajach jak np. Indie, Wietnam, Chiny doświadcza prześladowań.

W skali Kościoła powszechnego na pewno mamy do czynienia z powrotem Kościoła męczenników. Ale w Polsce nie można używać wielkich kwantyfikatorów. Pojęcie „prześladowania” ma w historii Kościoła wymowne i zarezerwowane znaczenie. Jednak w kontekście współczesnej Europy kard. Joachim Meisner mówi, że Chrystus i Kościół stali się pariasami Europy. Działania zgodne z duchem Ewangelii mogą być łatwo kwestionowane. W Boże Ciało kard. Nycz i prymas Józef Kowalczyk wyrazili krytyczne opinie o związkach partnerskich, braku polityki prorodzinnej i podziałach w życiu publicznym. Niektóre media określiły to jako „polityczne wystąpienia biskupów”. Tak dezawuowano te homilie, bo polityka to dziś – inaczej niż w źródłosłowie, który odsyła do dobra wspólnego – dbanie o własne interesy. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z prześladowaniami, ale nie ma też już u nas sytuacji sprzyjającej ewangelizacji.

Bo załamało się zaufanie do Kościoła, którym od kilku lat szarpie problem pedofilii. W „Tygodniku” ks. prof. Grzegorz Ryś, rektor krakowskiego seminarium (od 16 lipca biskup-nominat) oceniał, że do problemu w Polsce nie podchodzimy poważnie – i tak jak w innych krajach – może czekać nas skandal.

Niedawny przykład Kościoła w Irlandii pokazuje, że sprawę należy traktować z największą uwagą. Watykan przesłał episkopatom wytyczne w tej sprawie i zobowiązał je do stworzenia własnych procedur. Tu wszystko musi być przejrzyste, bo – jak powiedział rzecznik episkopatu ks. Józef Kloch – jeden przypadek pedofilii to o jeden za dużo. Konieczna jest rzetelna współpraca Kościoła z kompetentnymi organami państwa. Wszystkie sprawy trzeba wyjaśniać i osądzać, a nie banalizować. Trudno przewidzieć skalę zjawiska w Polsce, nie wiem też, czy faktycznie jesteśmy gotowi się z tym zmierzyć. W moim zgromadzeniu współpracowałem z krajami anglosaskimi, które stawiały temu czoło dużo wcześniej, jak USA czy Australia. Poza tym procedury są ważne, bo zdarzają się też zniesławienia, jak w przypadku kard. Josepha Bernardina.

Może nie czekajmy, tylko za przykładem USA i episkopatu niemieckiego oddajmy sprawę do zbadania niezależnym ekspertom?

Mogę wypowiedzieć się tylko o własnym zgromadzeniu: wytyczne sporządziliśmy przed laty, były wypracowane na płaszczyźnie międzynarodowej salwatorianów i polskiej prowincji – i je stosujemy. Na razie efektywnie.

Czy polski episkopat jest wiarygodny? Bp Tadeusz Pieronek przyznał w „TP”, że wstyd mu za biskupów, bo na obradach episkopatu zajmują się błahostkami, a nie ludzkimi problemami.

Krytykowanie biskupów to jak głaskanie lwa – niewiele pożytku, a dużo strachu. Biskup Pieronek jako członek grona episkopatu, jego dawny sekretarz, z pewnością wypowiada się kompetentnie. Natomiast ja mam taki kontakt z episkopatem, jak każdy wierny: mogę czytać komunikaty i listy. I patrzę zgodnie z Ewangelią: po owocach ich poznacie. Trochę mi tych owoców brakuje, np. głosu episkopatu w sprawach społecznych, które są dziś palące. I nie na zasadzie listów, ale zgodnie z tradycją kilku diecezji – co kiedyś zapowiedziano – przez powołanie rad społecznych przy biskupach. Wzorem może być rada społeczna, która w latach 80. działała przy prymasie Józefie Glempie. Potrzeba głosu, który ma inną rangę niż list, bo opartego na analizie zespołu ludzi.

Jest też inna zapowiedź episkopatu: powołania, wzorem Benedykta XVI, zespołu ds. nowej ewangelizacji. Jestem sceptyczny, bo widzę, że od wspomnianego wezwania Jana Pawła II stoimy w miejscu, a nowa ewangelizacja to już slogan, wytrych. Dlaczego? Bo, powtórzę, najpierw musimy uznać, że potrzebujemy ewangelizacji.

Poza tym – programy duszpasterskie Kościoła. To raczej produkty programopodobne. Będąc na froncie duszpasterskim, widzę tu błędy podstawowe. Wciąż – choć i tak jest postęp – więcej robi się „na nosa” niż w oparciu o rzetelne analizy sytuacji społecznej i kulturowej w Polsce. W zamiarach komisji duszpasterstwa pod kierownictwem abp. Stanisława Gądeckiego obecny program o komunii był planowany na 20 lat. Został zredukowany do trzech. Jeżeli w ciągu roku znajduje się w nim 28 celów do osiągnięcia – to jest to rozmywanie sprawy.

Czytając ten program widać, jak używany przez hierarchów język nie przystaje do ludzkiego doświadczenia. Zamiast konkretnego języka Ewangelii pojawia się język teologii. Większość słuchaczy nie ma szans zrozumieć przesłania.

Język teologii jest, jak w każdej dziedzinie, hermetyczny, a listy pasterskie utkane są z cytatów z dokumentów Kościoła. Choć niektórzy biskupi piszą do rzeczy – i do ludzi. Problem z językiem sięga dalej: katechezy i kazań. Przedostał się do Kościoła język marketingowy. Dochodzi do banalizacji: przykład upstrzony przykładem. Często brak odwołania się do Słowa Bożego. Ks. prof. Paul Zulehner nazywa to ateizmem eklezjalnym, bo po kazaniu rodzi się pytanie: czy kapłan mówił o Bogu? Zrozumiały język musi być też obecny w prasie czy na portalach instytucji kościelnych.

Słuchając hierarchów wiemy, jakie mają poglądy, ale nie wiemy, jakie stoją za nimi argumenty: przekonywać ma autorytet (a ten słabnie), nie zaś siła samych argumentów.

Argumentacja jest konieczna, ale musi mieć też przystępną formę. Moja bliska znajoma pracowała w kancelarii Sejmu w latach 90., kiedy trwała debata nad ustawą o ochronie życia i sprawą aborcji. Powiedziała mi wówczas – jako osoba wierząca i identyfikująca się z Kościołem – że dopiero lektura głosów w dyskusji uświadomiła jej i rangę problemu, i argumenty.

Innym punktem rachunku sumienia jest sprawa sprawowania liturgii. Czy mamy do czynienia z grzechem niedbalstwa?

Po stronie i księży, i wiernych. To nie może być teatr jednego aktora. Ale jest też druga strona medalu, którą widzę wyraźnie z perspektywy parafii – opór świeckich. Świeccy się nie angażują, a księża popadają w rutynę. Ileż trzeba zachodu, żeby parafianin włączył się w czytania lub śpiew! Proboszcz, który odchodził po dziesięciu latach z parafii, do której trafiłem, na pytanie, jakie było jego największe osiągnięcie, powiedział mi: w kościele ludzie przesunęli się o trzy metry do przodu. Osobna sprawa to kicz, niedbałość o słowa, gesty, muzykę, ubiór: począwszy od duchownych idących do ołtarza, po wiernych idących do miejsca świętego. Mieszkając w Krakowie obserwowałem dominikańską „dwunastkę”: na długiej Mszy, gdzie liturgia jest starannie odprawiana, nikt nie jest znużony, bo ludzie mają poczucie sacrum. A przecież liturgia, co akcentował ks. Franciszek Blachnicki, to serce Kościoła.

Jakie postanowienie poprawy podjąć wobec problemu z ubóstwem w Kościele i autorytarnego sprawowania władzy?

Są oczywiście księża żyjący w zbytku i to nas słusznie razi. Także Jan Paweł II wzywał nasz Kościół do świadectwa ubóstwa. Na szczęście dla równowagi trzeba dostrzec działalność charytatywną Kościoła, która nie jest wypromowana, a cieszy się zaufaniem ludzi. Kłopot z ubóstwem dotyka księży, którzy ulegli pokusie etatyzacji powołania. Funkcję proboszcza, naukowca czy katechety traktują zawodowo i zamykają się w jej ramach. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o tym z ówczesnym biskupem pomocniczym krakowskim Kazimierzem Nyczem, co znalazło wyraz w liście episkopatu do kapłanów na Wielki Czwartek w 2008 r. Ten mocny, wyrazisty głos był swoistym napomnieniem duchownych.

Natomiast autorytarne podejście do władzy jest kwestią indywidualną. Pewien dominikanin napisał, że dla niektórych władza jest bardziej ekscytująca niż seks. To trywialne stwierdzenie coś w sobie ma. Pokusa władzy nie omija duchownych, sięgnąć zresztą można do Ewangelii i starań o uprzywilejowaną pozycję przy Jezusie. Kiedyś św. Teresa Wielka stwierdziła uszczypliwie, że kandydaci wstępują do stanu kapłańskiego, żeby służyć Chrystusowi, a potem zabiegają tylko o godności. Św. Bonawentura podzielił zakonników na trzy grupy: ci, którzy zawsze potrzebują przełożonych, ci, którzy obędą się bez przełożonych, i ci, którzy mogą być tylko przełożonymi. Więc zawsze obok karierowiczów są ofiarnie pracujący.

Spotykamy ludzi Kościoła otwartych na dialog, nawet na krytykę. Ale nie brakuje też postaw typu: „jestem Winnetou i wszystko wiem najlepiej”. Naprawdę: lepiej, żeby czasem ktoś nadużył naszego zaufania, niż odszedł zrażony do Kościoła. Bo zdarza się, jak mówił ks. Józef Tischner, że ludzie odeszli nie po lekturze Lenina, ale po spotkaniu z własnym proboszczem. Tak jak dom jest matrycą patrzenia na świat – wyniesione wartości pomagają nam budować hierarchię dla oglądu rzeczywistości – tak dla Kościoła matrycą jest parafia. To przez nią wielu postrzega Kościół powszechny.

Kiedy Jan Paweł II na kilka lat przed rokiem milenijnym zaproponował rachunek sumienia Kościoła, pojawiły się także wśród kardynałów głosy sprzeciwu. Jaka siła sprawia, że ten rachunek sumienia – co jest grzechem – odwlekamy?

Dla niektórych samo nazwanie rzeczy po imieniu jest zbyt trudne. Joseph Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, prezentując dokument z okazji roku jubileuszowego „Pamięć i pojednanie”, zwrócił uwagę na tego typu opory wewnątrz Kościoła, które trwały przez kilkaset lat. A zło, każde, wymaga nazwania. Dziś ten opór wewnątrz się wzmaga, bo mamy do czynienia z eklezjologią medialną: patrzeniem na Kościół wyłącznie przez pryzmat skandali. W efekcie pojawia się lęk przed nazwaniem zła, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Inna rzecz, czy to właściwe, ale takie lęki są i sprawiają, że zamiata się pewne sprawy pod dywan.

Jeżeli Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego, a w jego historii w imię Boże popełniono straszne rzeczy, to znaczy, że są chwile, kiedy Duch Święty opuszcza Kościół?

Obecność Ducha Świętego mamy zagwarantowaną jako obietnicę Jezusa, o czym mówi Ewangelia Janowa: innego Pocieszyciela dam wam. Problem jest w samym odkrywaniu – czego musimy dokonać na nowo – obecności Ducha Świętego w Kościele. To niezwykle trudna lekcja, a problem jest ludzki: na ile jesteśmy otwarci na Ducha? Spójrzmy na Kościół apostolski. Chrystus po zmartwychwstaniu prosił, by uczniowie nie rozchodzili się z Jerozolimy, ale czekali na zesłanie Ducha Świętego. Apostołowie z Maryją usłuchali. A wyobraźmy sobie tak radosną sytuację: od razu chcielibyśmy dzielić się nowiną o zmartwychwstaniu! Tymczasem oni posłusznie trwają na modlitwie i czekają. Dopiero otrzymawszy Ducha Świętego podejmują działalność ewangelizacyjną. Dotykamy tu bardzo istotnego problemu, który punktuje Benedykt XVI: braku zanurzenia Kościoła w modlitwie, braku adoracji. Dopiero stąd – z właściwie rozumianej postawy „z kolan” – rodzi się rozumienie Kościoła i ewangelizacji. Inaczej próbujemy układać Kościół na własną modłę.

Jak więc działać, żeby nie skapitulować w obliczu nawracania grzechu?

Chętnie powtarzamy słowa z inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II: „nie lękajcie się”. I tyle. A najważniejsza jest druga część tego zdania: „otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Czyli mamy się nie lękać, bo jest z nami Chrystus. Łatwo to odnieść do życia rodziny: kiedy dziecko zostaje samo w domu, rodzice mówią mu, że wrócą. Ich obecność trwa. Tak samo w Kościele jest z nami Chrystus. Dlatego musimy patrzeć z nadzieją. Piotr Apostoł, kiedy był zapatrzony w Jezusa, kroczył po wodzie. Kiedy zwracał się ku swoim lękom, tonął. Czyli zapominał nawet tego, co już umiał, bo jako rybak potrafił pływać i później widzimy go, jak po zmartwychwstaniu wskoczył do wody i płynął do Jezusa. A więc Kościół, dokonawszy rachunku sumienia, musi zgodnie z zasadą Ignacego Loyoli: poznać, pokochać i naśladować Chrystusa.

 

Ks. BOGDAN GIEMZA (ur. 1957) jest salwatorianinem, byłym prowincjałem polskiej prowincji (1997-2003). Adiunkt na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu i przełożony wspólnoty zakonnej w sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy k. Wrocławia. Ostatnio opublikował „Rachunek sumienia Kościoła w świetle Apokalipsy” (Kraków 2010) i „Święci żyją świętymi” (Trzebnica 2011).

 

Za portalem deon.pl