Nie bój się… uczuć!

Wiele z propozycji w Kościele nastawionych jest na formację człowieka w wymiarze wiedzy religijnej. Jest też duży wybór inicjatyw dotyczących formacji ducha. Najmniejszy wybór mamy w przypadku formacji uczuć i sfery emocjonalnej. Jak możemy po chrześcijańsku podejść do tego wyzwania?

Niedawno przekroczyłem umowną połowę życia i była to dobra okazja do uświadomienia sobie, jak wielki wpływ na podejmowanie decyzji mają uczucia. Gdy doświadczamy przykrych uczuć, łatwo dajemy się ogarnąć zniechęceniu czy poczuciu bezsensowności działań. Gdy towarzyszą nam przyjemne uczucia, utożsamiamy je ze stanem szczęścia. Czy jest jakiś sposób na zintegrowanie ich z naszym codziennym życiem tak, abyśmy to my mogli mieć uczucia, a nie uczucia miały nas? Abyśmy mogli korzystać z ich siły do czynienia dobra w życiu?

Skąd się biorą uczucia?

Uczucia stanowią nieodłączny element natury ludzkiej. W większym lub mniejszym stopniu wszyscy je przeżywamy. Co sprawia, że w ogóle w nas się pojawiają?

Każdy z nas znajduje się niejako na przecięciu dwóch światów, które dostarczają nam impulsów. Pierwszy z nich to świat wewnętrzny, który daje nam znać o sobie poprzez wspomnienia z przeszłości, aktualne myśli i refleksje czy też oczekiwania wobec przyszłości. Drugim światem jest świat zewnętrzny. Postrzegamy go za pomocą naszych zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, powonienia i dotyku. To, co dociera do nas z obu przestrzeni nazywamy bodźcami. To one wyzwalają w nas reakcję uczuciową. Gdy np. podziwiamy piękny zachód słońca nad morzem może zrodzić się w nas wzruszenie albo ukojenie. Świat zewnętrzny, który postrzegamy za pomocą zmysłów, wzbudza w nas nieustannie reakcję w formie konkretnych uczuć. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

No dobrze, ale czemu ma służyć powyższa refleksja? Ma być zachętą do zatrzymania się i uświadomienia sobie, jakie uczucia towarzyszą nam w różnych momentach dnia. Warto pamiętać, że uczucia są nam dane m. in. po to, abyśmy umieli odczytać i zrozumieć swoje aktualne potrzeby. Za każdym uczuciem, które się w nas rodzi, kryje się konkretna potrzeba. Ktoś, kto na przykład przygląda się zachodowi słońca i czuje wzruszenie, może odczytać ważną informację dla siebie: mam potrzebę zatrzymania się i kontaktu z przyrodą, a już dawno tego nie robiłem! Ktoś inny, kto spotkał się z przyjacielem i poczuł rozczarowanie, może lepiej uświadomić sobie swoją potrzebę: liczyłem na zrozumienie i wsparcie, a w czasie rozmowy zostałem oceniony. Idąc tym tropem możemy zdefiniować uczucia jako wewnętrzne impulsy, które informują nas o aktualnej potrzebie, którą w danej chwili nosimy w sobie (1).

Wynika z tego, że jeśli nie pozwolimy sobie na przeżycie uczuć, wtedy nie będziemy świadomi swoich aktualnych potrzeb! Wyobraźmy sobie, że jedziemy samochodem i nagle na desce rozdzielczej zapala się żółta lampka, informująca, że od teraz korzystamy z rezerwy paliwa. Jest to niezwykle ważna informacja, o czym wie każdy kierowca. Jaki mamy wybór? Możemy sięgnąć pod deskę rozdzielczą i odłączyć odpowiedni kabelek. Wtedy lampka nie będzie się zapalać. Jednak większość kierowców poszuka najbliższej stacji benzynowej i zatankuje paliwo. Czasami z powodu różnych innych wydarzeń (np. pilne sprawy) możemy zlekceważyć tę informację i kontynuować jazdę. Dobrze wiemy, że taka jazda w którymś momencie skończy się postojem w szczerym polu bez możliwości dalszego podróżowania. Podobnie dzieje się z nami, gdy nie zwracamy uwagi na uczucia, czyli informacje o naszych potrzebach. Lekceważenie tych sygnałów może skończyć się tragicznie dla naszego zdrowia, a nawet życia. Jest wielu ludzi, którzy ignorowali odczucie zmęczenia lub wyczerpania i nic z tym nie zrobili. Zignorowali swoje uczucia, które informowały o potrzebie odpoczynku i szanowania własnych granic. Ignorowanie przez lata swoich uczuć, a w rezultacie potrzeb dla wielu skończyło się chorobami somatycznymi.

Uczucia nie są złe

Przyzwyczailiśmy się, aby dzielić uczucia na złe i dobre. Jest to powszechnie stosowany, choć błędny sposób klasyfikacji uczuć. Sugeruje nam, że nie powinniśmy przeżywać tych złych, a szukać jedynie tych dobrych. Coraz częściej mówi się jednak o podziale uczuć na przyjemne i nieprzyjemne. Nieprzyjemne to takie, które informują nas o niezaspokojonych potrzebach. Przykład: Jestem na wykładzie. Profesor przedłuża wykład ponad zaplanowane 45 minut. Narasta we mnie irytacja. Czuję się zdenerwowany. Irytacja jest w tej sytuacji jak najbardziej uzasadniona. To lampka kontrolna na mojej tablicy rozdzielczej, która informuje mnie, że jadę na rezerwie swoich sił, możliwości koncentracji i że potrzebuję odpoczynku.

Z drugiej strony są uczucia przyjemne, które informują nas o zaspokojonych potrzebach. Przykład: Spotykam się z grupą przyjaciół i opowiadam im o swoich przygodach wakacyjnych. Słuchają z zainteresowaniem. Czuję radość i pokój. Te uczucia informują mnie o moich zaspokojonych potrzebach bycia wysłuchanym, zauważonym i docenionym.

Jaki wniosek nasuwa się z dotychczasowych rozważań? Nie ma uczuć złych, ani dobrych! Są tylko uczucia przyjemne lub nieprzyjemne. Niestety, w wyniku procesu wychowawczego już jako małe dzieci zostaliśmy nauczeni „wyłączania” w sobie tych uczuć, które nie podobały się naszym rodzicom lub opiekunom. Nauczyliśmy się natomiast wzmacniać te uczucia, które były nagradzane lub przynajmniej tolerowane. Stoi więc przed nami zadanie odzyskania uczuć niekochanych, odrzuconych.

Co robić z uczuciami?

Tak jak powiedzieliśmy to wcześniej, uczucia niosą ze sobą ważne dla naszego życia komunikaty. Czy oznacza to, że powinniśmy iść za nimi ślepo, niejako automatycznie? Pierwszym krokiem na drodze integracji uczuć z naszym codziennym życiem będzie nauka rozpoznawania ich i pozwolenie sobie na ich przeżywanie. Wszystkich bez wyjątku! Może to brzmieć szokująco, szczególnie dla osób wychowanych w rodzinach katolickich. Często bowiem w imię błędnie odczytanej Ewangelii zakazywano przeżywania np. gniewu, złości lub irytacji. Innym częstym zjawiskiem w rodzinach katolickich jest ukazywanie odpoczynku lub chwilowego zdrowego leniuchowania jako czegoś nagannego. Gdy już jako dorośli chcemy sobie chwilę odpocząć, wtedy wewnętrzny żandarm będzie krzyczał: „Nie wolno ci! Ruszaj do kolejnego zajęcia! Działaj! Nie stój w miejscu!”.

Każdy z nas wychodzi z domu rodzinnego z tzw. skryptem rodzinnym. Mieszczą się w nim różne informacje na temat świata, ludzi i jego samego. W skrypcie rodzinnym zapisane jest również przesłanie dotyczące… uczuć. Czasem skrypt będzie krzyczał: „Uczucia są złe! Nie wolno ci nic czuć!”. Czasem w wersji trochę złagodzonej będzie przekonywał: „Pamiętaj, że gniew, złość i wzburzenie to złe uczucia. Pamiętaj, aby ich nigdy nikomu nie okazywać!” itd. Każdy z nas nosi w sobie skrypt, który trzeba odczytać i zestawić chociażby z dobrze rozumianą nauką Jezusa.

Gdy czytamy karty Ewangelii, widzimy, że Jezus był mężczyzną, który pozwalał sobie na przeżywanie wielu uczuć i to nawet tych „złych”. Przykładem jest uzdrowienie człowieka z uschłą ręką. Gdy Jezus pyta zgromadzonych: „Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego, czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?” i nie otrzymuje żadnej odpowiedzi, wtedy wywołuje to w nim uczucia: „spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa” (por. Mk 3, 1-5).

Jezus nie idzie za swoimi uczuciami, chociaż pozwala na to, by je przeżywać! To jest wskazówka, co możemy robić w obliczu uczuć, które do nas napływają. Jezus nie odłącza swoich uczuć, nie racjonalizuje ich, nie lekceważy. Są one energią, którą może wykorzystać do uczynienia czegoś dobrego lub złego. I wybiera konstruktywne przeżycie gniewu i smutku – dokonuje uzdrowienia!

Każdy z nas może doświadczyć uzdrowienia wewnętrznego, jeśli zacznie świadomie decydować o tym, co chce uczynić ze swoją energią emocjonalną. Pierwszym krokiem jest zgoda na przeżycie wszystkich uczuć, które się w nas rodzą. Zwykła zgoda na uczucia! Drugim krokiem jest właściwe spożytkowanie energii, którą ze sobą niosą. Możemy doprowadzić do jej gwałtownego rozładowania. Gdy czujemy się poirytowani, ponieważ ktoś nas ocenił, wtedy możemy wyładować napięcie emocjonalne poprzez oburzenie czy zmieszanie z błotem naszego rozmówcy. Możemy też zareagować w inny sposób i wykorzystać nagromadzoną energię do jasnego i stanowczego wytłumaczenia swoich racji. Będzie to sposób konstruktywny.

Pierwszy sposób zachowania jest automatyczny: bodziec – reakcja. Drugi sposób zachowania wprowadza przestrzeń wolności: bodziec – wolność – reakcja. Pierwszy sposób to sytuacje, które tłumaczymy: musiałem tak zrobić, wszyscy tak postępują, należało mu się! Drugi sposób to sytuacje, o których mówimy: chciałem tak postąpić, to był mój własny wybór, dużo mnie to kosztowało, ale wiem, że zachowałem się odpowiedzialnie (2).

Dzienniczek uczuć

Nie ukrywam, że droga do odpowiedzialnego czyli osobistego, wolnego i konstruktywnego decydowania o sposobie postępowania z rodzącymi się w nas uczuciami jest długa i trudna. Jest jednak możliwa do przebycia. Można ją rozpocząć od prostego ćwiczenia zwanego dzienniczkiem uczuć. Polega ono na codziennym np. wieczornym, wypisaniu sobie kilku sytuacji według wzorca: „Kiedy zdarzyło się… (tu opis zdarzenia), wtedy poczułem w sobie… (tu wpisujemy uczucie, które w nas się zrodziło)”. Przykładowe zdania z dzienniczka uczuć brzmiałyby tak:

Kiedy rano obudziłem się i zobaczyłem słońce, poczułem radość.

Kiedy zobaczyłem na ulicy mężczyznę ubranego kolorowo, poczułem zdziwienie.

Kiedy spotkałem się ze znajomym, który nie oddał mi długu, poczułem gniew.

lub na odwrót:

Poczułem złość, kiedy uciekł mi autobus.

Czułam lęk, kiedy zadzwonił szef.

Czułem radość, kiedy zobaczyłem się z żoną po moim powrocie. (3)

Chodzi o jasne rozdzielenie obiektywnych wydarzeń od subiektywnych przeżyć. Nie zapisujemy opinii ani wniosków na przyszłość, tylko własne uczucia i emocje, które zrodziły się pod wpływem konkretnych zdarzeń. Na początku możemy mieć trudność w rozdzieleniu wydarzeń od uczuć, przemyśleń od emocji. Można wypisywać sobie np. po pięć zdań. Forma pisemna jest niezwykle ważna, gdyż pozwala nam nie przerywać toku myślenia i kończyć rozpoczęte zdanie.

To proste ćwiczenie uruchamia świadomość własnych uczuć. Już po pierwszym takim ćwiczeniu możemy poczuć ulgę. Będzie to efekt przyznania sobie prawa do przeżywania wszystkich uczuć. Kolejnym efektem może być stopniowe odczucie większego opanowania i spokoju wynikającego z obniżenia wysokiego napięcia emocjonalnego, które towarzyszy nam w ciągu dnia. Dzienniczek uczuć praktykowany regularnie nauczy nas świadomego przeżywania emocji w znacznie krótszym odstępie czasowym. Oznacza to, że jeśli w ciągu dnia poczujemy złość, to nie będziemy jej w sobie nosić przez dwa dni, nie wiedząc, co się z nami dzieje, ale zdamy sobie z tego sprawę już po godzinie od przeżycia, które stało się impulsem dla tego uczucia. W konsekwencji zaczną stopniowo ustępować tzw. chandry – czyli przedłużające się stany przygnębienia emocjonalnego.

Dzienniczek uczuć jest zalecany tym, którzy doświadczają problemów z uzależnieniami od używek lub zachowań. Ucieczka w uzależnienie jest formą znieczulenia się, czyli odłączenia kabelka na naszej desce rozdzielczej. Uzależnienie jest wyborem destrukcyjnego „radzenia sobie” z przykrymi uczuciami. W tym ćwiczeniu niczego nie interpretujemy, nie tłumaczymy, nie próbujemy zrozumieć. Jedynie pozwalamy sobie na uświadomienie uczuć, które naprawdę nosiliśmy w ciągu dnia. Ważne jest, aby dzienniczek prowadzić regularnie. Niektórym osobom pomaga zaczynanie nowego dnia od nowej kartki. To gest, który podkreśla, że to, co się wczoraj zdarzyło, bezpowrotnie minęło i mogę zacząć nowy dzień z czystym kontem – bez bagażu wczorajszych przeżyć.

Nie chcę powiedzieć, że dzienniczek jest złotym środkiem. Nie znikną trudne uczucia, ale możemy wyrobić w sobie nawyki konstruktywnego przeżywania uczuć. Chodzi o taki sposób podejścia do emocji, który nie będzie niszczył nas i bliźnich. To pozwoli nam spotkać się z prawdą, że uzdrowienie emocjonalne jest możliwe poprzez świadomą pracę z uczuciami, a nie ich nałogowe odreagowywanie poprzez szukanie ulgi w alkoholu, pornografii, masturbacji czy obsesyjnych zakupach, itp. Naprawdę warto spróbować, by móc cieszyć się nowym życiem!

Przypisy:

1. Zob. Elżbieta Sujak, „ABC psychologii komunikacji”, Wydawnictwo WAM, 2006, s. 61.
2. Dla osób, które chciałyby zapoznać się bardziej tej kwestii polecam lekturę: Stephen Covey, „7 nawyków skutecznego działania”, Rebis, 2003-2007, s. 63.
3. Szczegółowy opis metody dzienniczka uczuć można znaleźć na stronie:http://www.drgorka.deon.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=611:dzienniczek-uczu&catid=77:psychologia&Itemid=145

Dariusz Michalski SJ, Deon.pl

Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy

Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy
Paweł Kosiński SJ / slo

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał.

Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać «obecność». W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia «cierpienia» w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na «byciu sobą», ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać.

Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z „byciem sobą” i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

Więcej w książce: Obudzić serce – Paweł Kosiński SJ

 

Za portalem deon.pl

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach
Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay / slo

Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie.

E. tłumił w sobie większość swoich myśli i uczuć. Jego ojciec mawiał: „Nawet ryba nie wpadłaby w tarapaty, gdyby miała zamknięte usta!”. Był wychowywany w przekonaniu, że jeśli inni ludzie nie znają jego opinii lub uczuć, nie mogą wyrządzić mu krzywdy albo uzyskać nad nim przewagi. E. żalił się jednak, że często czuje się ” okropnie samotny „.

E. jest jednym z wielu ludzi, którzy wierzą, że mądrze jest być dla innych zagadką: „Im mniej ktokolwiek wie o tobie, tym lepiej”. Nieprawda! Jest to nieporozumienie, które ma często przykre konsekwencje. Nie istnieje bowiem autentyczna miłość lub naprawdę bliska przyjaźń bez osobistych zwierzeń, bez dzielenia się sekretami i wyznaniami. Oczywiście są sytuacje, w których mądrze jest ukryć swoje najgłębsze uczucia przed innymi, ale jeśli ukrywanie sądów i uczuć staje się sposobem na życie, kończy się to emocjonalną i duchową pustką.

Ludzie, którzy przyjmują obronną postawę wobec swojego współmałżonka, swoich przyjaciół i w pozostałych relacjach międzyludzkich, tracą wiele radości, która płynie ze szczerego dzielenia się sobą i poczucia ludzkiej jedności. Osoby te budują sobie samotną, oderwaną od innych egzystencję. Jest to tym gorszy wybór, że przecież jednym z najlepszych sposobów nabywania wiedzy o sobie jest odkrywanie siebie przed innymi.

Nie można zaprzeczyć, że odsłanianie siebie przed innymi może być ryzykowne. Mogą się znaleźć osoby, które spróbują wykorzystać przeciwko tobie ujawnione sekrety, ale zwykle da się wyczuć, kto jest właściwą osobą, a z kim lepiej nie wymieniać nawet zdawkowych opinii; komu możesz powierzyć swoje najskrytsze myśli, uczucia i sprawy, a kto potencjalnie może zawieść twoje zaufanie. Nie ma nic bardziej błędnego i unieszczęśliwiającego niż ciągłe ukrywanie się przed wszystkimi z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa. Odebranie sobie bogactwa płynącego z bliskości z innymi, miłości i budujących związków przez ciągłe ukrywanie się przed innymi doprowadzi do tego, że sam dla siebie staniesz się obcy.

Wiele osób przyznaje z wielką dumą: „Jestem bardzo skrytą osobą”. A co jest w tym takiego godnego podziwu? Bycie zbyt skrytym może być tak samo złe, jak bycie zbyt wylewnym. Wszyscy spotkaliśmy kiedyś gaduły, które podczas pierwszego spotkania dokładnie opowiadały nam swoje życiorysy, ujawniając szczegóły tak osobiste, że większość ludzi wolałaby o nich nie słyszeć. Twarde i niemożliwe do przebicia tarcze, które pewne „bardzo skryte osoby” dzierżaw swoich dłoniach, są równie nieodpowiednie. Nawet bliscy znajomi i członkowie rodziny mogą poczuć się odepchnięci, odrzuceni i wykluczeni. E. i wielu jemu podobnych, którzy podpisują się pod tym przesądem, tak skutecznie dążą do odgrodzenia się od innych murem, że mogą znaleźć się w stanie zupełnej izolacji. Czy to strach, wstyd, wina, czy podejrzenie prowadzą tych ludzi do ukrywania prawdziwych uczuć przed najbliższymi?

Jeśli chcesz utrzymywać zażyłe relacje ze swoją rodziną i przyjaciółmi, szczerze radzimy, byś mówił o swoich sprawach i zwierzał im się ze swoich uczuć i myśli. Naucz się dobierać słuchaczy; nie mów wszystkiego wszystkim. Na początek uważnie dobieraj tych, co do których jesteś pewien, że są godni twojego zaufania. Następnie możesz już z większą otwartością, choć stopniowo odkrywać siebie. Poczuj, jak twoje relacje stają się bardziej satysfakcjonujące. Uczyń mocne postanowienie, aby, zachowując umiar, nie ukrywać swoich szczerych opinii.

Ukrywanie prawdziwych uczuć i tłumienie spontanicznych emocji nie jest zdrowe. Choć nie radzimy ci „zwierzania się” wszystkimi bez wyjątku, to jednak gdy staniesz się bardziej otwarty w stosunku do innych, nic na tym nie stracisz.

Jeżeli jestem dla innych tajemnicą, prawdopodobnie stanowię też zagadkę dla siebie. Bliskie przyjaźnie opierają się na osobistych zwierzeniach i wzajemnym przekazywaniu informacji. Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie. Bardzo skryci ludzie żyją w emocjonalnych więzieniach, które sami sobie budują. Ciągłe ukrywanie prawdziwych uczuć przed innymi oddziela cię od siebie samego. Buduj zaufanie i bliskość, okazując swoje uczucia.

Więcej w książce: Jak nie wpaść w depresję. 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie – Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay

 

Za portalem: deon.pl

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta
ks. Marek Dziewiecki / slo

Tęsknimy za przyjaciółmi, bo przyjaźń to najlepszy system ochronny dla człowieka. Przyjaźń jest dla nas tym, czym dla zamku warownego są mury obronne, a przyjaciel to ktoś, dla kogo język miłości stał się językiem ojczystym.

Głębia przyjaźni zależy od głębi, z jaką przyjaciele przeżywają własne życie, a sama przyjaźń – podobnie jak mądrość i radość – nie jest czymś obowiązkowym. Jest darem, który nas zaskakuje i zdumiewa.

Przyjacielowi mogę ufać dlatego, że pozostaje on wierny ideałom, które nas połączyły. Wychowawca usiłuje mnie zmieniać, a przyjaciel sprawia, że ja sam pragnę się rozwijać. Przyjaźń jest podstawową formą miłości, a życie bez miłości staje się męczeństwem. Dojrzały przyjaciel potrafi mnie kochać niezależnie od tego, czego się dowie o mnie i o moim postępowaniu. Ta niezwykła forma miłości wymaga równie niezwykłej wrażliwości i szlachetności. Przyjaciele mają podobne horyzonty intelektualne, moralne i duchowe.

Łączy ich podobna szlachetność, wierność, ofiarność, zaufanie.

Większość ludzi kontaktuje się z innymi po to, by wymieniać poglądy lub załatwiać jakieś interesy. Przyjaciele kontaktują się ze sobą po to, by się sobą cieszyć. W kontakcie z przyjacielem nie grozi popadanie w schematy czy powierzchowne rozmowy. Nie ma tu miejsca na nudę czy rutynę. Każde spotkanie zaskakuje i przynosi niespodziewaną radość.

Przyjaciele nie przyzwyczajają się do siebie, nie układają scenariuszy kolejnych spotkań. Potrafią przebywać ze sobą w ciszy, bo sama obecność przyjaciół jest sposobem komunikowania miłości.

W kontakcie z przyjacielem nie muszę udawać kogoś innego, przekonywać go, że zasługuję na jego przyjaźń. Nie potrzebuję dowodzić, że jestem mu wierny, bo to jest oczywiste. Przyjaźń daje poczucie bezpieczeństwa podobne do tego, jakiego doświadcza dziecko w ramionach kochających rodziców. Przyjaciel szanuje mnie mimo moich ograniczeń i trudności.

Właśnie dlatego dzielę z nim nie tylko moje radości i sukcesy, ale także troski i chwile bezradności.

Być przyjacielem to czynić dla drugiej osoby znacznie więcej niż to, co wynika ze zwykłej wrażliwości. Przyjaciel potrafi podarować mi nie tylko to, co posiada, ale także to, kim jest. Traktuje mnie jak skarb, który nie może być wymieniony na nic wartościowszego. Moja radość sprawia mu większą radość niż jego własna. Przyjaciel nigdy nie zaproponuje mi czegoś, co byłoby niezgodne z moimi wartościami czy ideałami. Przyjaźń to niezwykły sejf miłości, w którym człowiek może znaleźć skuteczne schronienie dla siebie oraz dla swoich ideałów i aspiracji.

Przyjaźń potrzebuje chwil ciszy i milczenia, a jednocześnie wymaga otwartości i zdolności przyjaciół do dzielenia się myślami i przeżyciami. Przyjaciel rozumie mnie bardziej niż inni ludzie. Ale to nadal „tylko” człowiek, od którego nie mogę wymagać, aby „czytał” w moich myślach i w moim sercu. Z tego względu przyjaźń potrzebuje słów i widzialnych znaków.

Przyjacielem może być tylko ktoś, kto nie jest ani okrutnym wrogiem, ani pobłażliwym „kumplem” dla samego siebie.

Taki człowiek przyjmuje siebie z prawdą i miłością. Gdy odkrywa w sobie coś pozytywnego, wtedy cieszy się i umacnia.

Gdy odkrywa jakąś słabość, wtedy stanowczo stara się ją przezwyciężyć. Przyjaźń do drugiego człowieka mobilizuje do tego, by stawać się coraz dojrzalszym przyjacielem dla samego siebie. Szczęśliwi są ci, których przyjaciele odnoszą się z dojrzałą przyjaźnią do samych siebie.

Kobieta i mężczyzna to dwa różne sposoby przeżywania i wyrażania człowieczeństwa. Z tego względu są dla siebie atrakcyjni. Mogą nauczyć się wiele od siebie i wzbogacić swój sposób bycia człowiekiem. W kontakcie z osobą drugiej płci grozi jednak skupienie się na jej atrakcyjności cielesnej czy emocjonalnej. Wtedy to, co miało być przyjaźnią, może stać się zależnością lub pożądaniem. Dojrzała przyjaźń między kobietą a mężczyzną to miejsce szczególnego rozwoju.

Prawdziwa przyjaźń zaskakuje. Nie można jej zaplanować, ani przewidzieć.

Doświadczenie przyjaźni to nie sprawa szczęśliwego zbiegu okoliczności. Im dojrzalej kochamy, tym łatwiej znajdziemy przyjaciela. Przyjaźń jest nieuchronnym owocem miłości. To nie przypadek, że niektórzy ludzie nie znajdują nawet jednego przyjaciela, a inni są oczekiwani, witani z radością i obdarzani zaufaniem przez wiele osób. Doświadczenie przyjaźni lub jego brak odsłania prawdę o całej naszej postawie życiowej. Przyjaźń – podobnie jak radość – jest osiągalna jedynie dla tych, którzy potrafią bezinteresownie kochać.

Sprawdzianem przyjaźni jest respektowanie wolności przyjaciela. Zauroczenie emocjonalne jest zaborcze, odgradza od innych ludzi i zawęża wolność. Prowadzi do zazdrości, do gwałtownych zmian nastrojów, do niepokoju i konfliktów. Tymczasem przyjaźń nie izoluje od innych ludzi. Jest trudna właśnie dlatego, że wymaga zdolności do połączenia wyjątkowej bliskości z niezależnością. Przyjaźń to spotkanie dwóch dojrzałych wolności. Przyjaciel jest dla mnie darem, który nie żąda odpowiedzi. Człowiek zakochany staje się emocjonalnie zależny od osoby, w której się zakochał. Zwykle osoba ta przysłania mu innych ludzi. Zakochany traci wtedy z oczu wszystko to, co do tej pory było dla niego ważne i cenne. Potrafi zapomnieć o wcześniejszych zobowiązaniach i więziach. Tymczasem przyjaciele nie skupiają się na wzajemnej relacji. Spotykają się w taki sposób, że ich myśli i serca kierują się do osób, wartości i wydarzeń, które są dla nich cenne i ważne.

Przyjacielskie spotkania sprawiają, że w osobach odradza się entuzjazm, wiara w dobro, prawdę i miłość oraz wytrwałość – potrzebna wtedy, gdy każdy powróci do swojej codzienności. Przyjaźń jest na tyle trwała i solidna, na ile trwałe i solidne okazują się ideały i wartości, w które zapatrzeni są przyjaciele. Przyjaciel to ktoś, z kim dzielę podobne ideały oraz zachwycam się tym samym dobrem. Potwierdzeniem przyjaźni jest obecność. Przyjaźń jest możliwa nawet wtedy, gdy przyjaciele są oddaleni o tysiące kilometrów, ale to sytuacja wyjątkowa.

Na co dzień przyjaźń to radosne bycie razem. Droga do przyjaciela wydaje się krótka, niezależnie od jej długości. Dla przyjaciela zawsze znajduję czas i nie liczę spędzonych razem godzin.

Przyjaźń rodzi entuzjazm. Daje niespodziewaną radość. Pomaga wytrwać w trudnościach i cierpieniu. Mobilizuje do rozwoju. Rodzi wrażliwość, subtelność, cierpliwość, dojrzałość, prawość. Przyjaźń uszlachetnia. Przyjaciel to ktoś, kto sprawia, że poszerzają się moje horyzonty intelektualne, emocjonalne, moralne, duchowe, religijne i społeczne. On przynosi nadzieję, wydobywa i chroni to, co we mnie najpiękniejsze. Sprawia, że odnajduję w sobie siły i zdolności, których bez jego pomocy nigdy bym nie odkrył.

W obliczu przyjaciela odsłaniamy nie tylko naszą radość i dojrzałość, ale także nasze ograniczenia i trudności. Jemu zwierzamy się z życiowych ciężarów i bolesnych przeżyć, o których nie mówimy nikomu innemu. Przyjaciel jest zwykle jedynym świadkiem naszych łez.

Jest kimś, kto rozumie, że przyjaźń wierna ma swoją cenę w postaci wspólnego dźwigania trudności tych, którzy nam zaufali. Przyjaciel pozostaje wierny nawet wtedy, gdy sam zostaje zdradzony i skrzywdzony. Pozostaje ze mną wtedy, gdy inni mnie opuszczają.

Właśnie dlatego przyjaźń wiąże się z wielką odpowiedzialnością.

Ten, kto za pomocą przyjaźni usiłuje coś zyskać, zniszczy każdą przyjaźń. Natomiast ten, kto jest przyjacielem nie ze względu na swoje potrzeby czy oczekiwania, ale dlatego, że druga osoba jest dla niego cenna, umacnia przyjaźń i odkrywa, jak wiele sam przez to zyskuje. Przyjaźń może się rozwijać jedynie wtedy, gdy przyjaciele potrafią zaskakiwać siebie wzajemną bezinteresownością. Ludzie niedojrzali kierują się zasadą: „Kocham ciebie, gdyż ciebie potrzebuję”. Przyjaciele kierują się zasadą: „Potrzebuję ciebie, gdyż ciebie kocham”. Przyjaciel cieszy się najbardziej wtedy, gdy sprawia radość z ukrycia. Jego zyskiem jest to, że ja coś zyskuję. Przyjaźń jest szczytem bezinteresowności i dlatego nie można jej kupić ani sprzedać, a jedynie ofiarować.

Łatwo jest być „przyjacielem” od święta. Łatwo towarzyszyć innym ludziom w godzinach ich sukcesów, gdy wszystko układa się po ich myśli i cieszy. Tymczasem prawdziwa przyjaźń weryfikuje się w szarości powszednich dni, które przecież dominują w życiu człowieka. Ludzkie życie nie jest jedynie świętowaniem. Nieuniknione są dni smutku, nieporozumień, zniechęcenia, konfliktów, rozczarowań i niepokojących wątpliwości. W czasie pomyślności mamy wielu „przyjaciół”. W dni niepowodzeń mamy przyjaciół prawdziwych, którzy pojawiają się wtedy, gdy doznaję goryczy porażki i gdy najbardziej potrzebuję wsparcia. Prawdziwą przyjaźń poznaje się nie po jej intensywności, lecz po długości trwania. Spotkanie prawdziwego przyjaciela to przełomowe wydarzenie w życiu człowieka.

Przyjaźń karmi się wdzięcznością.

Wdzięczność rodzi się ze zdumienia, że w moim życiu zostałem obdarowany ponad miarę. Przyjaźń jest jednym z największych powodów do serdecznej wdzięczności. Wdzięczność chroni człowieka przed nadmierną koncentracją na sobie, uwalnia od niedojrzałych oczekiwań i od rozgoryczenia. Tylko człowiek szczęśliwy potrafi być wdzięczny, a człowiek żyjący w dojrzałej przyjaźni jest szczęśliwy.

Niezwykłą cechą przyjaźni jest to, że można nią obdarować zupełnie obcych ludzi i że może okazać się ona silniejsza od więzów krwi. Prawdziwa przyjaźń nie jest jednak nigdy skierowana przeciw więziom rodzinnym zaprzyjaźnionych osób. Przyjaciel to ktoś, kto pomaga mi być dojrzale obecnym w życiu moich bliskich.

Przyjaciel to także ktoś, kto rozumie, że on sam nie wystarczy mi do osiągnięcia pełni szczęścia i rozwoju. Uznaje granice swojej obecności w moim życiu. Respektuje moje prawo do bycia z innymi i do samotności. Przyjaciel to niezwykły towarzysz na mojej drodze życia, ale nie on wytycza mi tę drogę, i nie on staje się moją drogą życia. Przyjaciel kocha mnie w taki sposób, że nie próbuje stać się całym moim światem.

Przyjaźń to naprawdę niezwykły sposób spotykania się z drugim człowiekiem.

To schronienie dla człowieka. To najlepsza polisa na życie i lekarstwo na wszelkie trudności. To przestrzeń, w której czujemy się kochani, cenni i bezpieczni. To wielki skarb. Właśnie dlatego przyjaźń wymaga czujności i pokory. Aby trwać w przyjaźni, nie wystarczy zrozumieć jej reguł, podobnie jak do wygrania meczu nie wystarczy znajomość zasad gry. Potrzebny jest jeszcze mądry trener oraz solidny trening.

Kto pragnie zbudować przyjaźń z drugim człowiekiem i z samym sobą, może jej się uczyć od Boga, którego przyjaźń do ludzi przekracza wyobrażenia ludzkiego umysłu i serca. To właśnie w Bogu przyjaźń między ludźmi znajduje swoje źródło oraz nadzieję na to, że pozostanie trwała, wierna i owocna.

 

Za portalem deon.pl

Bliźni, który wyzwala – kochać jak siebie samego

 

Ks. Józef Tischner przekonuje, że żadnemu człowiekowi nie jest obce jakieś doświadczenie etyczne. Nie rodzi się ono jednak, kiedy siedzi się samemu w pokoju albo spaceruje po górach, podziwiając widoki. Rodzi się ono w sytuacji, gdy człowiek odkrywa, że staje przed podobnym do siebie – przed drugim człowiekiem. Zajęcie „pozycji” face to face nie jest niewinne. Inny, w odróżnieniu od drzewa czy kamienia, dopowiada krakowski filozof, „stawia pytania i oczekuje odpowiedzi, przed czymś ostrzega i do czegoś zaprasza, poświęca się i oczekuje poświęcenia”.

Czy jednak wtedy mamy jeszcze do czynienia z etyką? Przecież już sam fakt spotkania, zanim cokolwiek posłyszeliśmy o „przykazaniach etycznych”, co podkreśla krakowski ksiądz, pociąga za sobą wybór: zbliżyć się lub oddalić, powiedzieć„tak” lub „nie”, podać lub cofnąć rękę. To tu, w tej konkretnej sytuacji zbliżenia, a nie w teoriach czy kodeksach, „poznajemy mrok winy i pokój niepewności”. Tak więc ethos, na co wskazuje grecki źródłosłów, oznaczający „miejsce budowania zamieszkania dla człowieka”, jest częścią naszej osobistej historii.

Sęk w tym, że słowo „etyka” jest dziś niemodne, by nie powiedzieć: podejrzane, wzbudza nieufność. Dzieje się tak, ponieważ ci, którzy zaczynają pisać o etyce, a tym bardziej o jakiś etyce chrześcijańskiej, najczęściej nie stronią od taniego moralizatorstwa, którego jedynym celem jest pomstowanie na ludzi i rzucanie w nich gromami. Czy to jednak wystarczający powód, by o ethosie milczeć? Chyba nie. Tak samo, jak trudno grać inną rolę niż tę, która jest komuś przypisana. Dlatego składam „wyznanie wiary”: zajmował się tu będę etyką chrześcijańską, starając się dociec, skąd bije jej źródło, jak przejawia się w działaniu i dokąd nas prowadzi?

Zaczynając od początku, trzeba jasno powiedzieć: jej źródło odnajdujemy w odpowiedzi, jakiej rabbi Jezus z Nazaretu udzielił faryzeuszom. Przypomnijmy: gdy dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał, chcąc wystawić Go na próbę: „Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?”. Jezus odparł: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest najważniejsze i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mt 22, 34-39).

Proste w teorii? Jasne. Trudne w praktyce? Bardzo. Tym bardziej w dzisiejszej kulturze, która życie traktuje jak cytrynę, co znaczy, że – bez oglądania się na innych – powinniśmy je radykalnie wycisnąć. Jakie są więc szanse na realizację przykazania miłości bliźniego, które – jak wielu zgodnie powiada – stanowi ponoć jej fundament? Jak należy je pomyśleć, by wiara w ten szlachetny nakaz nie przerodziła się w pompowanie naszego ego, ale stała się imperatywem ludzkiego sumienia? Czy to w ogóle możliwe?

Czysta relacja, chłodny związek

Trudno być wiernym w wielkich rzeczach, gotowym na heroizm, jeśli nie jest się wiernym w małych, codziennych zobowiązaniach. A czas, nasz czas, w pogardzie ma każdy rodzaj powinności. Dlaczego?

Zygmunt Bauman, jeden z najprzenikliwszych obserwatorów relacji charakteryzujących nowoczesne społeczeństwa, notuje, iżżyjemy w świecie „płynnej nowoczesności”. Płyny mają to do siebie, że – w przeciwieństwie do ciał stałych – nie zachowują zbyt długo swego kształtu. Są chętne i gotowe wciąż na nowo zmieniać swój kształt i przeobrażać się.

Zarazem „płynność”, przekonuje Bauman, jest najtrafniejszą metaforą, która pod wieloma względami ma oddawać istotę obecnej, nowej fazy w historii nowoczesności. Cóż jednak ważnego metafora płynu mówi nam o relacjach międzyludzkich?

Brytyjski socjolog i filozof, Anthony Giddens, niczym wytrawny detektyw w swej niewielkiej, acz błyskotliwej książce Przemiany intymności  tropi zmiany zachodzące w postrzeganiu związku małżeńskiego. Z śledztwa tego wynika niezbicie, że współczesne nastolatki nie mówią i nie rozmyślają wiele o małżeństwie; nie dlatego, że udało im się umknąć przeznaczeniu gospodyni domowej czy matki rodzącej dzieci, ale dlatego, że uczestniczą i to czynnie, w wielkiej przemianie istoty i instytucji małżeństwa oraz bliskich więzi osobistych. Współczesne młode kobiety – podobnie jak mężczyźni, by była jasność – zwracają uwagę, że w pierwszej kolejności chcą„być ze sobą”.

 

Giddens odnotowuje, że pojęcie „bycia ze sobą” trafiło pod strzechy, czyli stało się powszechnie przyswojone i praktykowane, dopiero niedawno. By ową zmianę precyzyjnie uchwycić i oddać jej istotę, brytyjski uczony do swych analiz wprowadza termin „czystej relacji”. Termin wskazuje na sytuacje, „w których jednostki wchodzą w związek dla niego samego, czyli dla tego, co każdy z nich może wynieść z trwałej więzi z drugą osobą i trwa tylko dotąd, dokąd obie strony czerpią z niej dość satysfakcji, by chcieć ją utrzymywać”.

A przecież jeszcze niespełna pół wieku temu dla większości istot ludzkich tym, co łączyło „normalnych” ludzi, co spajało miłość i seksualność, było małżeństwo. Dziś nic z tych rzeczy. Obecnie związki opierają się właśnie na „czystej relacji”; jesteśmy ze sobą tak długo, jak długo czerpiemy z naszego związku korzyści. Ekonomia i satysfakcja zastępuje miłość i zobowiązanie.

Tym tropem podąża także Bauman, twórczo rozwijając analizy relacji międzyludzkich zapoczątkowane przez Giddensa. Zwraca on dodatkowo uwagę, że – oprócz tego, iż nasze relację są „czyste” – są także „zimne”. „Młodzi ludzi, chcąc wyrazić swoją aprobatę, mówią, coś jest cool a więc dosłownie: «chłodne» – pisze Bauman. – Bez względu na wszystkie inne swoje cechy, wzajemne ludzkie relacje nie powinny ulegać zbytniemu ociepleniu, a już na pewno nie powinny zostawać ciepłe. Są OK dopóki są cool, bo to, co jest cool, jest OK”.

Jakie są konsekwencje, kiedy nasze stosunki międzyludzkie zaczynamy budować w oparciu o logikę „czystych relacji” i „chłodnych związków”?

Po pierwsze, cechą charakteryzującą„czysty związek” jest to, że w każdej chwili może on zostać zerwany. W takim związku nikt nic nie musi, gdyż nie podejmuje się żadnego zobowiązania, które zmuszałoby do zadzierzgania relacji „na dłuższą metę”. Przeciwnie, każdy rodzaj wchodzenia w głębszą relację, angażowanie się zbyt intensywne, a tym bardziej bezwarunkowe, które miałoby polegać na przyrzeczeniu, że będę jej/jemu wierny aż do grobowej deski i że – nieważne czy w zdrowiu, czy w chorobie – nie opuszczę jej/jego aż do śmierci, jest traktowany jako przejaw frajerstwa.

Innymi słowy: być wiernym, stałym w uczuciach, praktykować oddanie i poświęce¬nie, wziąć za kogoś odpowiedzialność, nie mówiąc już o kochaniu z całej siły, to – jak wszystko na to wskazuje – brnięcie w ślepy zaułek, przed którym należy się za wszelką cenę bronić.

Po drugie, i w bezpośrednim nawiązaniu do pierwszego, ocieplanie relacji, czyli angażowanie się w związek, prowadzi niechybnie do zależności – by nie powiedzieć uzależnienia, które najczęściej, co warto podkreślić, kojarzy się z tak przykrymi rzeczami, jak uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. Inwestowanie silnych uczuć w związki czyni cię mniej elastycznym i sprawia, że stajesz się zależnym/zależną od partnera, rodziny, grona przyjaciół. O ile jednak jest zrozumiałe, że uzależnienie do narkotyków jest złe, o tyle budzi zdziwienie, że zobowiązania wobec drugiego – na którym opiera się moja za niego odpowiedzialność– postrzegana jest dziś jako kamień u szyi. Jeśli go nie odetniesz, brzmi zawołanie zwolenników „bycia sobą zawsze i wszędzie”, niechybnie utoniesz.

Nauczka, jaka płynie dla nas z tych socjologicznych i filozofcznych analiz Giddensa oraz Baumana, jest następująca: świat naszych relacji, zarówno osobistych, jak i społecznych, jest płynny, kruchy i niestabilny. Czy w takim razie – powtórzymy raz jeszcze kluczowe pytanie – nie zakrawa na szaleństwo, by zasadę„miłuj bliźniego jak siebie samego” wciąż uznawać za fundament naszej cywilizacji i przyjmować za swoją? Bo, co ważniejsze, jakie racje przemawiają za tym, że ja-cokolwiek-wobec-kogokolwiek powinienem?

„Zrób coś!”

Już na pierwszy rzut oka widać, że moralność, która bazuje na przykazaniu „miłości bliźniego”, pod względem formalnym opiera się na trwałych i bezwarunkowych relacjach osobistych, co musi jawić się jako swoisty skandal dla kultury płynnej nowoczesności, kultury „czystych” i „zimnych” związków. Jednak prymat stałej relacji, która natychmiast rodzi zobowiązanie wobec drugiego, jest zarazem wyróżnikiem ethosu chrześcijańskiego na tle innych, bardziej powszechnych systemów etycznych.

Te ostatnie, przekonuje Linda Woodhead, etyczka i feministka, koncen¬trują się nie na zawiązkach opartych na zobowiązaniu i miłości, ale na regulacjach konkurencyjnych roszczeń jednostek. „Taką regulację ma umożliwić określenie hierarchii moralnych praw i uprawnień– pisze Woodhead. – Prawa i uprawnienia muszą być uznane za powszechne: wszystkich obowiązują te same prawa i wszyscy posiadają te same uprawnienia. Jeżeli będziemy przestrzegali praw i szanowali uprawnienia, zapanuje sprawiedliwość i bezstronność”. Innymi słowy, celem moralności w takim ujęciu jest prawo i sprawiedliwość, nie zaś zobowiązanie i miłość.

Teza, że etyka chrześcijańska opiera się na prymacie zobowiązującej odpowiedzialności (która jest jednocześnie radykalnym doświadczeniem kobiet, o czym przekonuje Woodhead), znajduje rzecznika w pismach znanej psycholożki, Carol Gilligan. Amerykańska badaczka przeprowadziła eksperyment, w którym bohaterami było dwoje „dobrze wykształconych jedenastolatków”– Jake i Amy. Postawiono ich przed następującym dylematem moralnym: mężczyzna imieniem Heinz potrzebuje leku, który może uratować życie jego umierającej żonie, ale brakuje mu pieniędzy.

Czy powinien go ukraść? – oto pytanie-dylemat.

Odpowiedź chłopca, Jake, brzmi jednoznacznie – tak. Dlaczego? Argumentuje: ludzkie życie jest cenniejsze do pieniędzy, jeśli Heizn nie ukradnie leku, jego żona umrze.

Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się i przepełniona troską, i bardzo racjonalna. Dylemat Jake sprowadza się bowiem do konfliktu dwóch przykazań–„nie kradnij” i „nie zabijaj”. Jednak życie jest cenniejsze niż dobra materialne, dlatego mężczyzna ma prawo ukraść lek. Logiczne.

Jednak inaczej reaguje Amy. Jej zdaniem są sposoby, aby Heinz mógł zdobyć pieniądze: może je pożyczyć, zaciągnąć kredyt… Nie powinien kraść. Dlaczego? Jeśli nawet ukradłby to lekarstwo, poszedłby do więzienia, a wtedy żona mogłaby znów zachorować, a on nie mógłby już zdobyć dla niej nowej porcji lekarstwa. Żona i tak by umarła. A przecież nie o to chodzi. Powinien więc znaleźć inny sposób na zdobycie pieniędzy.

Gilligan komentując zachowanie Amy, co przytaczam za Woodhead, kładzie nacisk na próbę zachowania i pielęgnowania relacji międzyludzkich. Świat Amy jest światem, w którym ludzie są ze sobą połączeni, a nie takim, w którym konieczne są reguły umożliwiające uzgodnienie sprzecznych żądań odizolowanych od siebie jednostek.

Dzisiejsze problemy w naszych związkach rodzą się dlatego, że ludzie nie dostrzegają łączących ich więzi. Doskonałym rozwiązaniem przywołanego tu dylematu nie byłoby zniszczenie dawnych relacji, ale zawiązanie nowej – relacji troski aptekarza o żonę Heinza.

Czy zatem prawdą jest, że kobiety mają wpisaną w naturę etykę troski, a mężczyźni bezwzględną etykę sprawiedliwości?

Zajrzyjmy do źródła – Biblii. Napięcie między etyką sprawiedliwości a etyką miłości odsłania się w biblijnym dramacie, którego bohaterem jest miłosierny Samarytanin. Odwołuję się tu do tej słynnej paraboli, gdyż myślenie z wnętrza przypowieści jest o tyle intrygujące, że biblijne perykopy nie są nośnikiem ilustracji jakiejś tezy, lecz tak opowiedzianymi historiami losów ludzkich, iż skrywana w nich narracja posiada moc wewnętrznej przemiany słuchaczy i czytelników. Innymi słowy, przypowieści czytane dziś wywracają nasze życie do góry nogami, tak jak wywracały życie słuchaczy, kiedy opowiadał je Jezus z Nazaretu.

Przypomnijmy: zmasakrowany przez przestępców człowiek leży przy drodze. Obok poszkodowanego przechodzą mężczyźni – kapłan i lewita. Żaden z nich, mimo że widzi poszkodowanego, nie pomaga mu. Człowieczeństwa człowieka wobec cierpiącego zdaje się bronić dopiero ten, którego uważało się wtedy powszechnie za godnego pogardy – mieszkaniec Samarii. Samarytanin, przez Żydów postrzegany jako człowiek pozbawiony wiary w prawdziwego Boga, widząc „na pół umarłego”, „wzruszył się głęboko”; obmył rany chorego, wziął go do gospody, zapewnił mu opiekę podczas choroby. Krótko: udzielił rannemu pomocy (zob. Łk 10, 30-37).

Wyjaśnienia, dlaczego lewita i kapłan nie stanęli na wysokości zdania i nie pomogli poszkodowanemu, były i są rozmaite: że ogarnęła ich znieczulica, że się bali… Jednak najciekawsze, a dla mnie zarazem najbardziej intrygujące, jest stanowisko zaprezentowane przez biskupa Kościoła Ewangelicko-Reformowanego Zdzisława Trandę, który – o dziwo! – wziął w obro¬nę kapłana i lewitę. Przed kim? Lub – przed czym? I jak w ogóle da się bronić tych, co zawiedli, kiedy zawieść nie powinni?

Logika analizy biskupa Trandy jest następująca: Kapłan i lewita szli najpewniej do Jerozolimy, na służbę w świątyni. Według Prawa Mojżeszowego tylko człowiek rytualnie czysty mógł wejść do świątyni, miejsca świętego dla Izraelitów. Zbliżenie się więc do innego człowieka, który mógł być martwy, spowodowałoby rytualne zanieczyszczenie i uniemożliwiłoby wypełnienie zadań przewidzianych w ramach kapłańskiej i lewickiej służby. Potrzebowaliby co najmniej siedmiu dni na to, aby dokonać rytualnego oczyszczenia i odczekać przepisany czas, po którego upływie byli znowu zdolni do swej służby.

Wolno zatem sądzić, sugeruje dalej kalwiński teolog, że gdy przechodzili drogą i zobaczyli rannego, wcale nie byli ogarnięci bezdusznością, znieczulicą lub lękiem, lecz przeżywali głęboki konflikt sumienia, bo nie mogli – według przepisów Prawa – podejść i ratować cierpiącego leżącego przy drodze. Co wówczas byłoby z ich służbą w świątyni, na którą musieli stawić się na czas? – pyta teolog.

Oceniając to wydarzenie, biskup Tranda mówi, że nie tyle kapłan i lewita byli winni, ile raczej system religijny, który postawił ich wobec dylematu: nie pomóc i być– zgodnie z prawem i przepisami – zdolnym do służby, czy też pomóc i nie móc stawić się na służbę w świątyni. Wybrali respekt wobec prawa, a nie etyczne zobowiązanie prowadzące do decyzji moralnej o niesieniu pomocy, które poruszyło Samarytanina. Ten gest Samarytanina, kiedy zobaczył cierpiącego, Łukasz oddaje słowami: „wzruszył się głęboko”.

Chciałoby się powiedzieć: nie ma ani kobiety, ani mężczyzny, kiedy spotykasz cierpiącego. Albo stajesz wtedy na wysokości zadania, czyniąc siebie bliźnim, albo odwracasz głowę, czyniąc się antybliźnim. I mężczyzna, i kobieta, kiedy widzą prawo i sprawiedliwość, czują się zwolnieni z odpowiedzialności. I mężczyzna, i kobieta, kiedy rzeczywiście kochają, nie zważają na prawo, bo porusza się ich sumienie. Gdyby Jezus przestrzegał prawa, nie uzdrawiałby w szabat. Robił to – wbrew prawu, ściągając na siebie gniew uczonych w Piśmie. „Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź” (Mk 2, 9).

Ten, kto widzi rannego, kto widzi umierającą kobietę czy starającego się o lek dla niej męża, po prostu czuje: „zrób coś”. „To żaden przymus – pisze Tischner. – Człowiek może przejść obok, zamknąć oczy, odwrócić głowę, przyśpieszyć kroku, ale wtedy poczuje, że «coś» zostało zabite – nie tylko w drugim, ale także w nim samym”.

Poruszenie, jakie rodzi się w człowieku, kiedy widzi cierpiącego, powoduje gest, którego świadectwem jest zarówno wybór Amy, jak i wybór Samarytanina. To dziwna, bo w gruncie rzeczy „bezsilna siła”– bezsilna, gdyż niezadekretowana prawem, a czasem wręcz popychająca człowieka do tego, by działał wbrew prawu.

Daleki bliźni, bliski bliźni

Powróćmy, choć w zasadzie nigdy z niej nie wyszliśmy, do Jezusowej przypowieści. Pozwólmy, by wydobyty z niej po raz kolejny sens mógł ponownie wywrócić nasze utarte schematy myślowe. Oto rozmawiający z Jezusem uczony pyta: „kto jest moim bliźnim?”. Pytanie zawiera w sobie założenie, że mamy już bliźnich i teraz musimy tylko określić, kim oni są.

Tymczasem Jezus nie daje jednoznacznej i prostej odpowiedzi, ale zadaje pytanie, by jego rozmówca sam doszedł do prawdy o tym, kto jest jego bliźnim. Pytanie Jezusa brzmi: który z tych trzech bohaterów – lewita, kapłan, samarytanin – okazał się, według ciebie, bliźnim pobitego? I odpowiedź: ten, który okazał mu miłosierdzie.

 

Intrygujące: uczony w Prawie, który chciał wystawić Jezusa na próbę, sam odkrywa prawdę zarówno o tym, kto i kiedy czyni się bliźnim, jak i to, kto i kiedy jest naszym bliźnim. Stwierdza, że Samarytanin, reagując na krzywdę drugiego, widząc, że potrzebuje pomocy, staje na wysokości zadania: czyni siebie bliźnim, gdyż pomaga rannemu-bliźniemu. Mamy zatem dwóch bliźnich, choć w innych rolach.

Oto „treść” etyki chrześcijańskiej. Historia Samarytanina, i odpowiedź, jaką daje uczony w Prawie, sprowokowany przez Jezusa, jest następująca: bliźnim jest każdy, kto cierpi, kto potrzebuje naszego uczynku miłosierdzia, niezależnie od rasy, koloru skóry, przekonań religijnych czy pochodzenia. Tak rozumiana kategoria bliźniego nabiera uniwersalnego charakteru, podobnie jak Chrystusowa etyka miłości.

W centrum tej etyki, jak podkreśla niemiecki teolog Johann B. Metz, znajduje się człowiek cierpiący, któremu musi podporządkować się rozum ludzki, i to z racji swej rozumności, jeśli nie chce się ograniczyć do czystego instrumentalizmu i czystej funkcjonalności. Czyż więc nie ma racji inny niemiecki myśliciel, Theodor W. Adorno, kiedy mówi: „dać się wypowiedzieć cierpiącemu – oto warunek wszelkiej prawdy”.

Równocześnie zanegowany zostaje jakikolwiek rodzaj relatywizmu i komunalizmu, a więc miłości tego, co nasze (pomagam tylko bratu, żonie, ojcu…), i obojętności wobec tego, co inne (porzucone dziecko, obcokrajowiec czy dworcowy bezdomny…). Tyle tylko, że to jedna strona medalu. łatwo, przy tak uniwersalistycznym projekcie, popaść w tani sentymentalizm. Jeżeli każdy jest moim bliźnim, to zarazem nikt nie jest moim bliźnim. Czy zatem bliźni (łac. proximus) to nie ten, kto jest w pierwszej kolejności blisko, a więc ten, kogo określamy mianem najbliższego, powinowatego? Innymi słowy, czy moim bliźnim przede wszystkim nie będzie potrzebujący pomocy syn, córka, matka, ojciec, a nie członek plemienia Tutsi prześladowany przez Hutu?

Linda Woodhead zwraca uwagę, że przykazanie miłości bliźniego to nakaz miłowania tych, którzy są blisko, tych, których spotykamy na swej drodze, i tych, którzy potrzebują pomocy. O istocie zobowiązania stanowi bliskość i potrzeba, a nie więź wspólnotowa.

„Takie ujęcie miłości bliźniego uprawomocnia przekonanie większości kobiet o tym, że ich zobowiązanie dotyczy przede wszystkim najbliższych, zwłaszcza własnych rodzin. Potwierdza poczucie, że zobowiązania wobec niektórych ludzi są większe niż wobec innych, z czego moraliści na ogół nie potrafią sobie zdać sprawy. Podaje też w wątpliwości wartość powszechnej życzliwości, którą część mężczyzn błędnie bierze za agape i w imię której poświęca mnóstwo czasu i energii «miłosiernym uczynkom», zaniedbując najbliższych. Ujęcie to nie przesądza wcale, że miłość bliźniego musi być ograniczona do rodziny. Widzi raczej w miłości rodzinnej (w jej najlepszym wydaniu) normatywny model miłości, którą chrześcijanie mają okazywać zarówno w kręgu rodziny i najbliższych przyjaciół, jak i poza nim. Bliźniego należy kochać jak rodzinę i przyjaciół”.

Powiedziałbym tak, starając się pogodzić uniwersalizm i partykularyzm zawarty w nakazie miłości bliźniego: nie da się miłować„bliźnich dalekich”, jeśli nie miłuje się„bliźnich bliskich”. Tak samo, jak nie można miłować Boga, którego się nie widzi, o czym poucza św. Jan, jeśli nie kocha się ludzi, których się widzi.

Sumienie i solidarność

Czy jednak wszystko, co zostało tu powiedziane, nie jest jakimś rodzajem pięknoduchostwa i czy rzeczywiście etyka chrześcijańska nie zakrawa na szaleństwo, tym bardziej w dobie płynnej ponowoczesności?

Być może, ale – jak mówił ks. Józef Tischner – historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię. A przecież jednym z kluczowych słów, polskich słów, które oddaje, a zarazem pokazuje najgłębszą gramatykę stosunków międzyludzkich, jest słowo solidarność, mające na swym kącie rewolucyjny dorobek, gdyż dzięki niemu udało się zbudować lepsze „miejsce zamieszkania” różnych ludzi. Co skrywa w sobie logika solidarności, że jest mocniejsza niż prawo, granice państw, różnice etniczne i religijne?

Gramatyką solidarności jest sumienie, które – w przeciwieństwie do wielości systemów etycznych – jest jedno. A „sumienie jest w człowieku tym, co stałe i co nie zawodzi – pisze Tischner. – Do tego trzeba jednak jednego: chcieć mieć sumienie. Sumienie mają bowiem przede wszystkim ci, którzy chcą je mieć”. Zgoda, że sumienie może być źle uformowane i człowiek może zniszczyć w sobie to, co stanowi o jego człowieczeństwie. Ale to również radosne, bo okazuje się, że – to znów Tischner –„sumienie zawsze można odbudować, byle tego chcieć”.

Jeśli więc tylko człowiek chce mieć sumienie, to ono na widok cierpiącego nie pozostanie obojętne. Wzywa do solidarności, nakazuje odpowiedzialność. A solidarność sumień, jak dalej poucza Tischner, rodzi szczególne więzi międzyludzkie; człowiek się wiąże z innym człowiekiem, by zaopiekować się trzecim, który potrzebuje pomocy. „Nic tak nie oburza, jak rana niepotrzebna – rana, którą zadaje człowiekowi drugi człowiek. Nad chorymi operowanymi – litujemy się. Nad skrzywdzonymi – litujemy się i oburzamy zarazem. Z widoku takich bólów rodzi się szczególnie głęboka solidarność (…) Ja jestem z tobą, ty jesteś ze mną, jesteśmy razem – dla niego. My – dla niego”. Solidarność to dobrowolna bliskość– to braterstwo z pokrzywdzonymi i dla pokrzywdzonych.

Autentyczna solidarność to solidarność sumień, która jest silniejsza niż śmierć. Rodzi relację miłości i zobowiązania, które nie są ani „czyste”, ani „chłodne”, lecz „mocne” i „trwałe”. Jej imperatyw skrywa się w zdaniu ukutym przez św. Pawła: „jeden drugiego brzemiona noście” (Gal 6, 2). Solidarność nie potrzebuje wroga i przeciwnika, aby się wzmocnić. Ona zwraca się do wszystkich, a nie przeciw komukolwiek. „Wspólnota solidarności różni się od wielu innych wspólnot tym, że w niej pierwsze jest «dla niego», a «my» przychodzi później. Najpierw jest ranny i jego krzyk. Potem odzywa się sumienie, które potraf słyszeć i rozumieć ten krzyk”.

A jeśli tak, to trudno zgodzić się z zarzutem, że Chrystusowa etyka miłości ogranicza człowieka w przestrzeni społecznej i w jego życiu osobistym. Przeciwnie: posiada ona moc pełnego wyzwolenia. Bo czyż najpełniejsze wyzwolenie nie czeka tych, którzy bez względu na wszystko okazują się w godzinie próby autentycznymi bliźnimi bliźnich? Tak. Bądźmy realistami i w dobie płynnej nowoczesności żądajmy niemożliwego.

 

Za portalem deon.pl /Jarosław Makowski

 

Tekst pochodzi z książki pod redakcją Jarosława Makowskiego i Janusza Salamona, Chrześcijaństwo przed nami

Jak uczciwie kochać siebie samego…


Kiedy człowiek jest zdolny kochać siebie? Kiedy siebie prawdziwie kocha? Zgodnie z określeniem miłości, która jest ukierunkowaniem ku dobru, szukaniem go i dzieleniem się nim z innymi, człowiek może kochać siebie, gdy dostrzeże w sobie dobro i to w miarę wielkie i trwałe. Oznacza to, że nastąpi w nim uleczenie wewnętrzne wszelkich zranień wyniesionych z dzieciństwa, a pogłębianych w trakcie dojrzewania.

 

Trzeba samemu czuć się dobrze, wyciszyć w sobie wszelkie niepokoje, nauczyć się sztuki pogodnego patrzenia na siebie i innych, umiejętności widzenia dobra w sobie i w innych. Malkontent nie jest zdolny do miłości siebie.

 

By człowiek mógł kochać siebie w sposób trwały, musi odczytywać w sobie cały szereg cech i działań dodatnich, które składają się na jego „pozytywny obraz siebie”. Powinien też umieć cieszyć się dostrzeżonym w sobie wyposażeniem, a także zgodzić się na własne braki. Jest to punkt wyjścia do uwierzenia w siebie i do samodzielnego rozwiązywania problemów osobistych oraz do bezkolizyjnego, dojrzałego i odpowiedzialnego nawiązywania i przeżywania dobrych relacji z innymi.

 

Bóg pierwszy nas umiłował

 

Jakie działania należy podjąć, by w sposób stały coraz głębiej wrastać w dobro i mieć świadomość, że się jest w porządku i dobrze usposobionym wobec siebie? Po pierwsze trzeba uwierzyć w to, że Pan Bóg zawsze widzi nas dobrze. Miłość siebie rodzi się więc nie tylko z troski o ciągłe porządkowanie siebie i rozwijanie swoich możliwości, ale przede wszystkim jest odczytywana jako dobro w nas otrzymywane dzięki temu, że najpierw ukochał nas Pan Bóg.

 

Inaczej nigdy nie bylibyśmy do końca pewni dobra w sobie i spokojni o to, czy właściwie odczytujemy posiadane walory i miejsce zajmowane wśród ludzi. Jedynie w Bogu możemy siebie prawdziwie i całkowicie kochać i to zawsze – zarówno upadając, jak i powstając. Dzieje się tak, gdyż niezależnie od stanu, w jakim się znajdujemy, On zawsze nas kocha i ma dla każdego plan swojej miłości.

 

Bóg chce się nami posłużyć w wielkim dziele zbawiania świata. On pragnie w nas i przez nas dokonywać „wielkich rzeczy”, a Jego działanie jest zawsze skuteczne. W Nim możemy nawet „przegrywać”, mamy bowiem pewność, że Jego sprawa jest zawsze na dobrej drodze – także krzyżowej, wiodącej na szczyt Kalwarii, ale również prowadzącej do wydarzeń poranka wielkanocnego.

 

Mocno w to uwierzyć, polegać niezłomnie na zapewnieniu, że dobro jest większe od zła, że miłość zdolna jest przezwyciężyć wszelką nienawiść – to całkowicie i na stałe wypełnić siebie pokojem i nadzieją, przestać się lękać i smucić. W takiej postawie ważne staje się tylko jedno – czuwać, wsłuchiwać się w Jego natchnienia, trwać w Jego bliskości i „nadążać” za Jego myślą w zmieniających się sytuacjach, czyli ufać i być zawsze wiernym.

 

Po uładzeniu swojego wnętrza, po odnalezieniu się w bliskości Pana Boga, następnym krokiem wzrostu w miłości siebie jest sprawdzanie swoich możliwości w działaniu, troska o własny rozwój, przemierzanie drogi do pełni. Chodzi tu – według Allporta – o tzw. „ja fenomenologiczne, «rozpięte» między obrazem samego siebie i własnymi aspiracjami.

 

 

W tym najbardziej wewnętrznym centrum osobowości tkwi implicite intencjonalna istota człowieka”. Oznacza to, że człowiek nie jest tym, kim jest, ale kim pragnie być, a tak naprawdę jest tym, kim się ustawicznie staje.

 

O tym zaś, kim człowiek się staje, decyduje ciekawy program jego życia, wysnuty z odczytanych w sobie możliwości, potwierdzony łaską powołania, wymodlony na klęczkach, konkretyzowany i korygowany w trakcie drogi, pieczołowicie konfrontowany z obranym życiowym wzorcem-ideałem. Wzorzec ten w absolutnym wymiarze koncentruje się na osobie i życiu Jezusa Chrystusa. Określa go najbardziej etyka błogosławieństw i ewangelicznej doskonałości.

 

W świetle tego wzorca człowiek czyta zarówno w sobie, jak i w środowisku, co powinien robić i jak ma – wykorzystując wszelkie warunki, w których żyje – urzeczywistniać siebie. Dowiaduje się o tym także z wewnętrznych natchnień Bożych, z odnajdywanych w sobie świateł Ducha Świętego, z otrzymywanych charyzmatów czy wreszcie ze „znaków czasu”, otwierających nowe pole spełniania siebie.

 

Miłować siebie znaczy więc systematycznie odczytywać w sobie wielkie dobro otrzymane darmo od Stwórcy. Tym dobrem jest życie, zdrowie, zdolność do poznawania prawdy, szukania i miłowania dobra, wszelkie inne uzdolnienia, wybranie i przeznaczenie do zbawienia. Być tak bardzo obdarowanym to poczuwać się także do wielkiej odpowiedzialności i troszczyć się o to, by nie tylko niczego nie zmarnować, ale wszystko, co jest możliwością i szansą, zwielokrotnić i rozwinąć do pełni.

 

Prawdziwie miłować siebie to także uświadamiać sobie wspaniałe dary otrzymane od Chrystusa i uczynić je przedmiotem największej troski. Zarówno łaska usprawiedliwienia, jak i powrót do godności dziecka Bożego, powołanie do świętości, możliwość włączenia się w Jezusową misję zbawczą – aż po największą łaskę, jaką jest męczeństwo – stanowią nobilitujące wezwanie, które życie nawet najprostszego człowieka może uczynić wielką przygodą. To pozwala „cieszyć się małym, a wytrzymać najgorsze”.

 

Miłować siebie znaczy również systematycznie odczytywać w sobie dary i owoce Ducha Świętego i pod Jego kierownictwem wytrwale przemierzać trudne szlaki życia duchowego. Doskonałość nie istnieje przecież tylko „w niebiosach i w marmurze”. Może także stać się udziałem człowieka, tym bardziej że Chrystus wezwał do niej każdego (por. Mt 5, 48).

 

Odpowiedź na dar

Świadomość posiadania tak wielkiego i różnorakiego dobra w sobie budzi zdumienie, zachwyt, radość i wdzięczność, ale również ogromnie zobowiązuje. Powinienem często pytać siebie: co robię z tak obficie otrzymanymi darami? Przecież wzrost tego dobra we mnie to największe zadanie mojego życia. Ma ono dać w wyniku pełnię mojego człowieczeństwa oraz przyczyniać się do duchowego rozwoju innych. Jak się to ma we mnie dokonywać?

 

W sferze logosu, tj. w płaszczyźnie intelektualnej, mam stać się coraz bardziej wnikliwym czytelnikiem prawdy – tej najgłębszej ukazującej sens całego ludzkiego życia, pozwalającej wszystko poukładać w logiczny ciąg zdarzeń na długich jego odcinkach oraz tej konkretnej, odnoszącej się do poszczególnych wydarzeń. Jedną i drugą uczynię przedmiotem mojej głębokiej refleksji, systematycznej, poważnej lektury, codziennych rozmów i dyskusji, by w ten sposób zapewnić sobie stały „przyrost świadomości”. Będę pogłębiał swoje patrzenie nawet na drobne sprawy codziennego życia, oceniając je w świetle eschatologii. Dla wierzącego nie ma spraw małych, znikomych, niewartych zachodu. Przeciwnie, jak powiedział Theillard de Chardin „Wszystko, co się zdarza, jest godne uwielbienia”. Wszystko pomaga do zbawienia.

 

Aby tak patrzeć, potrzeba ustawicznej koncentracji, głębszego zastanawiania się nad każdym planowanym i realizowanym zadaniem życiowym. Podobnie ważne jest, aby po dokonaniu czegokolwiek, zwłaszcza o większym znaczeniu, przebiec myślą jeszcze raz poszczególne etapy działania i krytycznie ocenić to, co było trafnie dobrane, oraz to, co nieudane, nieprzemyślane do końca, i za jedno dziękować, a za drugie przepraszać. To pomoże głębiej i wnikliwiej przeanalizować to, co ma być osiągane następnym razem, oraz trafniej dobierać potrzebne środki.

 

Trzeba także bardziej przykładać się do ustawicznego skupienia, co oznacza staranniej wyznaczać, zgłębiać i dłużej nosić w sobie wybrane ważne problemy, a nie myśleć „o wszystkim i o niczym”. Trzeba również mówić o tym, czym najgłębiej żyję, a nie o rzeczach powierzchownych.

 

Żyjąc świadomie i odpowiedzialnie, sam wybieram interesujące mnie zagadnienia, a nie powtarzam tego, o czym mówią wszyscy. Gdybym tego konsekwentnie dokonywał, byłaby to rewolucja kopernikańska w moim życiu. Byłoby to również przyznanie rozumowi (jako głównej władzy myślenia) należnego mu miejsca oraz wykorzystanie go w tym celu, by współczesny człowiek był nie tylko konsumentem, ale także myślicielem. Przecież „powołaniem człowieka jest dążenie do prawdy, która przekracza jego samego”.

 

Chodzi tutaj o poszukiwanie prawdy ostatecznej, gdyż dopiero w jej świetle wszystko staje się zrozumiałe i sensowne, i bardziej ludzkie. Czy pomyślałem kiedykolwiek o tym, że prawdę można zaślubić i na sposób ciągły poddawać się jej nobilitującemu działaniu? Czy wierzę, że to jest możliwe i u mnie? Umiłowanie prawdy, troska o jej systematyczne zgłębianie i o układanie swego życia według jej wymogów są nieodzownym warunkiem realizowania miłości siebie.

 

W płaszczyźnie etosu miłość siebie wyraża się najpełniej w postawach, w działaniu, w sprawnościach moralnych, w prawidłowym działaniu sumienia. Człowiek prawdziwie kochający siebie przyjmuje na stałe postawę zdyscyplinowania. Dba o porządek, o pewien rygor, zarówno w swoim wnętrzu, jak i wokół siebie. Stara się okiełznać własną wyobraźnię, szybko zdystansować się do tego, co niekiedy spada jak grom z jasnego nieba. Usiłuje zachować zimną krew, gdy wszyscy tracą głowę i poddają się napięciom czy jakimkolwiek emocjonalnym zawirowaniom.

 

Zdecydowanie opowiada się za postawą aktywną, dynamiczną, angażującą całkowicie na serio i do końca. Umie cierpliwie czekać, zwłaszcza w planach długodystansowych. Godzi się z pokorą na przegranie bitwy, jeśli coś źle rozplanował, czegoś nie dopatrzył. Z godnością stara się przetrwać każde „doświadczenie”, zwłaszcza niezawinione, widząc w nim cząstkę krzyża. Nigdy jednak nie ustąpi z placu boju z poczuciem wewnętrznej przegranej, gdy chodzi o najważniejsze wartości, o istotne zasady. Tym stara się być wiernym za wszelką cenę.

 

Wymagając od siebie, nie pobłaża innym, stara się jednak niczego im nie narzucać. Chętnie rozmawia, wczuwa się w sytuację oraz sposób myślenia rozmówcy, usiłuje razem z nim znaleźć najbardziej trafne rozwiązanie. Jest wyrozumiały i umie słuchać. Umie być dyskretny. Nie posługuje się gotowymi schematami, lecz jest otwarty na to, co nowe. Chętnie przyjmuje postawę ucznia, ciekawego świata i ludzi, gotowego przeorientować i jeszcze kolejny raz zgłębić dotychczasowe osiągnięcia.

 

 

Wewnętrzne scalenie

 

Człowiek prawdziwie kochający siebie od czasu do czasu zatrzymuje się w drodze. Znajduje czas wyłącznie dla Pana Boga i dla siebie. Wnikliwie analizuje sukcesy i porażki i mądrzej stara się planować przyszłość. Po każdym tego typu duchowym wzmocnieniu solidniej zabiera się do kolejnych działań. Wykonuje je z całkowitym oddaniem i wkłada w nie całe serce.

 

A ponieważ ciągle podnosi sobie poprzeczkę, jego dokonania noszą ukryte w sobie cechy mistrzostwa. To jeszcze bardziej motywuje i pobudza go do poszerzania kręgu zainteresowań, do systematyczności w pracy, do umiejętnego wykorzystania czasu, do mądrzejszego podejścia do życia. Daje mu to również w wyniku „przyrost wolności”. Oznacza ona przypływ nowych sił i możliwości po każdym pokonaniu wyznaczanych odcinków drogi, a co najważniejsze – większą odwagę oraz zdolność do samodyscypliny, do przekraczania siebie.

 

Rosnąca dynamika życia osiągająca swoje apogeum, połączona z coraz większą świadomością przemijania oraz zbliżania się śmierci, a więc odwołania z tej ziemi do Pana – nakazuje coraz staranniej podsumowywać dotychczasowe dokonania. Jawi się wówczas ostra konieczność ostatecznego rozliczenia w sumieniu z otrzymanych darów. Niemal ostatnia szansa, by je puścić w obrót na najbardziej korzystnych warunkach. Człowiek prawdziwie miłujący siebie pracuje do końca ze wzmożoną czujnością i gorliwością.

 

Daje to w efekcie także „przyrost wrażliwości” jego sumienia. Pod koniec życia nie usypia więc, ale szerzej otwiera oczy, wnikliwiej widzi, mądrzej wszystko ocenia. A co najbardziej istotne i odkrywcze, prawdziwa miłość siebie, maksymalnie wymagająca od siebie zupełnie niepostrzeżenie wprowadza go – jeśli stara się żyć konsekwentnie – w świat agosu. Przybliża do ideału. Ta bliskość jest czymś, co najbardziej zdumiewa i twórczo inspiruje. Nakazuje całe doświadczenie życiowe włożyć w to, co się aktualnie przeżywa i wykonuje.

 

To wewnętrzne scalenie, ta całkowitość daru z siebie wspaniałomyślnie przekazywanego innym jest chyba najlepszym sprawdzianem dobrze ustawionej miłości siebie. Wykwita ona głębokim przekonaniem i potrzebą serca, zawartą w Chrystusowym zaleceniu: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie (Mt 10, 8). Wymagająca miłość siebie rodzi prawdziwą miłość do każdego człowieka. Tym bardziej więc otwiera na miłość do dziecka.

Za portalem deon.pl

Życie duchowe/ Ks. Mieczysław Rusiecki

Czy wiesz z czym się wiąże przyjaźń?

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał.

Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać «obecność». W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia «cierpienia» w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na «byciu sobą», ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać.

Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z „byciem sobą” i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

Paweł Kosiński SJ

Czy przyjaźń to szczególny rodzaj miłości?

Co prawda w przyjaźni nie ma miejsca na pożądanie, ale na wiele innych uczuć, tak. Powinna opierać się na bezinteresownej trosce o drugiego człowieka i przywiązaniu. Nic dziwnego więc, że przyjaźń bywa zarówno tematem sztuki i popkultury, a niektóre słynne związki z prawdziwego życia przeszły do historii, podobnie jak wielkie historie miłosne.

Taką znaną relacją, która nawet zaważyła na losach USA, był z pewnością związek Abrahama Lincolna z Joshuą Speedem. Poznali się, gdy Lincoln był jeszcze młodym prawnikiem. Przyszły prezydent był bardzo nieśmiały i nie radził sobie za dobrze w sprawach sercowych, więc towarzystwo obytego towarzysko i wesołego kolegi dobrze mu robiło. Przyjaźń rozwinęła się na przestrzeni lat tak, że Lincoln do końca życia każdą swoją decyzję – państwową i osobistą – omawiał najpierw ze Speedem. I to chyba naprawdę była szczera przyjaźń, a nie interesowny układ ze strony Speeda, skoro ten nigdy nie zgodził się, mimo wielu propozycji ze strony prezydenta, na objęcie stanowiska państwowego.

Sytuacja odwrotna, kiedy to przyjaźń rozwija się na gruncie wspólnych zainteresowań, zdarza się równie często. Dwóch wielkich protoplastów literatury fantastycznej i wykładowców na uniwersytecie w Oksfordzie mogło się tylko albo szczerze nieznosić, albo przyjaźnić. Clive’a Staplesa Lewisa i Johna R.R. Tolkiena połączyły nie tylko zainteresowania literackie, ale i zagadnienia filozoficzno-teologiczne. Tolkien miał duży udział w przekonaniu swojego kolegi ateisty do katolicyzmu. Lewis za to, na spotkaniach koła literackiego Inklings, z powodzeniem zachęcał Tolkiena do rozwijania w jego twórczości wątków fantastycznych. Ta akademicka sielanka nie trwała jednak wiecznie. Pisarzy poróżniła w końcu twórczość i wybory osobiste. Tolkien stwierdził po przeczytaniu „Lwa, czarownicy i starej szafy”, że przesłanie i motywy chrześcijańskie w książce przyjaciela są zbyt topornie przedstawione.

Co gorsza, młodszy kolega postanowił z katolika stać się anglikaninem, a w dodatku ożenił się z… rozwódką! Ta przyjaźń w końcu więc stopniała i panowie nigdy nie powrócili do tak bliskiej przyjaźni jaka łączyła ich w Oksfordzie. To trochę smutna historia, ale dobrze, że w ogóle się wydarzyła. Bo gdyby nie ona, to świat nie poznałby ani Narni, ani świata Śródziemia.

Obecność przyjaciela ma zdecydowanie pozytywnie stymulujący wpływ. Dzięki związkom z życzliwymi osobami rośnie nie tylko nasza samoocena, ale także poczucie, że możemy przekraczać swoje ograniczenia i odważniej sięgać po rzeczy, których pragniemy. Czy można sobie np. wyobrazić słynnego, choć fikcyjnego, brytyjskiego detektywa Sherlocka Holmesa bez nieodłącznego doktora Watsona? Tych dwóch łączy na kartach książek Doyle’a bardzo brytyjska, zrównoważona przyjaźń. Jednak mimo braku wybuchów uczuć i kłótni, to z pewnością związek jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowa, ekscentryczna osobowość detektywa potrzebowała wsparcia w kimś z mniejszą charyzmą, kto bardziej pragmatycznie widzi świat. To Watson zadaje najczęściej pytania, które naprowadzają słynnego detektywa na właściwe rozwiązania. Jest jednak nie tylko „katalizatorem” umysłu geniusza, ale i bliskim mu człowiekiem. Siedemnaście razem spędzonych lat (w tym większość we wspólnym mieszkaniu) świadczy o bardzo zażyłej przyjaźni.

Wątek geniusza i jego wiernego druha otwiera cały worek podobnych par, stworzonych na potrzeby literatury, kina i telewizji. Bardzo blisko na angielskim prototypie z XIX w. oparto relację telewizyjnych lekarzy: diagnostyka House’a i onkologa Wilsona (główne postacie serialu „House”). To współczesna historia i zupełnie nie brytyjska, więc ich układ jest nieco pokręcony. Wilson to spokojny, sympatyczny człowiek, który zawsze pomaga swojemu przyjacielowi i opiekuje się nim, gdy tamten tego potrzebuje. House zaś, podobnie jak jego brytyjski pierwowzór, czuje wewnętrzny imperatyw, aby nieustannie składać kawałki układanki z tego, co ludzie próbują ukryć lub o czym nie mówią. Nieustannie przeprowadza więc bezkompromisowe eksperymenty psychologiczne – szybko odkrywa tajemnice swojego przyjaciela i – jak psychoterapeuta – serwuje mu terapię. Oczywiście w tym przypadku jest to zawsze bezlitosna terapia szokowa. Diagnostyk manipuluje swoim przyjacielem, wtrąca się w jego najbardziej intymne sprawy i nierzadko dokucza. Jak się jednak potem okazuje, wszystkie te złośliwości przynoszą zamierzony, naprawczy skutek – koniec końców są wyrazem troski. I mimo wszystkich niedoskonałości tego filmowego związku, także i on, może nawet jeszcze dosadniej pokazuje, że każda przyjaźń to cenne doświadczenie, bez którego nasze życie, tak jak bez miłości, byłoby uboższe.

 

Ewa Śródka

 

Za portalem deon.pl

Przyjaciele – jedna dusza w dwóch ciałach

Człowiek nie istnieje bez relacji do innych. Od samego początku naszego życia istniejemy w zależności od innych i poprzez innych. Dlatego też od samego zarania naszej osobistej historii relacja do innych ludzi jest podstawowym warunkiem naszego rozwoju. Bez tych relacji nie jest możliwy prawidłowy, pełny rozwój naszego człowieczeństwa.

Człowiek potrzebuje różnych relacji. Potrzebujemy tych, którzy nas kochają i których my kochamy, bo w tej podstawowej relacji odnajdujemy samych siebie i odkrywamy swoją tożsamość. Potrzebujemy znajomych, z którymi mamy luźniejsze więzi, aby w różnorodności celów i postaw szukać tego, co bardziej moje i uczyć się szukania bogactwa w różnorodności. Potrzebujemy także tych, z którymi się nie zgadzamy, aby rozpoznawać lepiej nasze motywacje działania i weryfikować nasze postawy. Potrzebujemy w końcu bliskich więzi, przyjaźni, ponieważ one pozwalają nam odkrywać lepiej istotę bycia z drugim człowiekiem. Właśnie tej bliskiej więzi chciałbym poświęcić trochę uwagi.

Istota przyjaźni

Wiele prób zdefiniowania przyjaźni można by zawrzeć w słowach szkockiego filozofa Johna Macmurraya: „być przyjacielem to znaczy być prawdziwie sobą dla drugiego człowieka”. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się od odkrywania i bycia „prawdziwie sobą”. Nie można takiej relacji zakładać, programować jej, ani wymusić. „Kto znalazł przyjaciela, skarb znalazł” (Syr 6, 14).

Rozważania poprzednich rozdziałów poniekąd służą do lepszego rozumienia tego naszego nastawienia na relację z innymi. Szukamy siebie, swojego prawdziwego oblicza i sposobu na życie nie po to, żeby realizować go jakoś w oderwaniu od innych, czy wbrew innym, ale właśnie po to, żeby lepiej i głębiej wchodzić w relację z innymi. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się zatem od bycia «prawdziwie sobą», od odkrywania siebie. Nie dlatego, że jesteśmy egoistycznie skoncentrowani na sobie, ale dlatego, że nie jesteśmy prawdziwie nastawieni na drugiego, jeśli wcześniej nie znamy i nie cenimy siebie, nie cieszymy się sobą i swoim życiem. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się od odkrycia swojej niepowtarzalności, swojej jedyności, która może się stać darem dla drugiego. Tylko w ten sposób mogę „coś” wnieść w przyjaźń i tak mogę też docenić obecność drugiego. Zanim będę w stanie ofiarować dar samego siebie, muszę tego daru być świadom. Warto tutaj podkreślić, że w przyjaźni chodzi o dar z siebie. Choć wiele przyjaźni powstaje i rozwija się na gruncie wspólnych zainteresowań, wspólnych doświadczeń, podzielanych pragnień i w pewnym sensie wspólnej perspektywie życia, tym niemniej ofiarowuję przyjacielowi nie tylko swoje zdolności, swoje przemyślenia. Ofiarowuję siebie całego, najbardziej intensywnie, jak mnie w danym momencie stać.

„Praca nad” przyjaźnią

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał. Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać „obecność”. W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia „cierpienia” w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na „byciu sobą”, ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać. Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z «byciem sobą» i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju. Duchowy wymiar przyjaźni wyraża się także w zdolności do podejmowania wyzwań i znoszenia krzyży, które niejako przynależą do duchowej drogi wzrostu.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

 

Paweł Kosiński SJ

 

 

Za portalem deon.pl

Hej człowieku! Jak minął ci wczorajszy dzień?

Pan Lir żył sobie skromnie w pałacu z łukami triumfalnymi i wynajmował pokoje. Prócz tego skupiał się, podobnie jak jego kot, na podtrzymywaniu życia.

Lir budził się około południa w zaciemnionym, schłodzonym pokoju – takie warunki zapewniały najlepszy wypoczynek oraz konserwację ciała. Szedł następnie do sklepu ogólnie zaopatrzonego po podstawowe produkty poranne: kawę, banana plus coś kalorycznego, czego Lir nie mógł sobie z rana odmówić po całonocnym poście, jak kawałek pizzy. Lir nie tylko nie gotował, nie kroił też i nie produkował lodu. Do śniadania czytał poranną gazetę dla klasy średniej, ze świeżą listą morderstw i samobójstw. „Paper” była istotnym elementem jego wiedzy o życiu, ponieważ Lir nie zakupił był kanałów telewizyjnych. Pochylał się nad nieszczęściem ludzkim przez całe śniadanie; prysznic następował potem. Poranek był ciekawą częścią dnia, lecz krótką. Przeciągał go niemiłosiernie, by zabić więcej czasu – jak teraz w łazience. Potrafił tam spędzić i pełną godzinę. Lir kultywował każdą czynność, ponieważ jego życiu brakowało czynności.

W końcu Lir wychodzi z łazienki, zakłada luźne ubrania i udaje się na spacer w wersji letniej. Spacer był z przepisu lekarza i Lir latem go nie opuszczał, choć z biegiem lat trasa malała. Spacer miał jedną dobrą stronę: prowadził Lira na lunch. W wersji zimowej, wiosennej i jesiennej Lir po prysznicu zakładał luźne ubrania i udawał się do sypialni na spoczynek.

Lir był dobrym landlordem i czerpał z tego wiele dumy. Popołudniem sprzątał pokoje używając od lat tego samego plastikowego mopa z umocowaną na końcu szmatką – umożliwiało to brak schylania się – i suwał nią po powierzchniach. Była to podwójna przyjemność (Lir liczył wszystkie przyjemności w życiu), bo nie tylko był dobrym landlordem, ale także chodził z przepisu lekarza.

Popołudnia nie należały do najlepszych – Lir nie potrafił ich nigdy należycie rozciągnąć. Brakowało mu czynności. Opłaty odbywały się tylko raz w miesiącu, „Paper” wychodziła tylko raz dziennie, również środki czystości starczały zwykle na cały miesiąc i nie miał nic na liście zakupów. Lir otwierał więc swoje dwa ulubione przedmioty: telefon komórkowy z pikaczem oraz szafkę z pigułkami.

Lir miał bowiem wielu przyjaciół (przyjaciół na dystans) oraz wiele chorób (nieprzyjaciół). I właśnie te dwie rzeczy ze sobą łączył, opowiadając przyjaciołom o swoich chorobach. I tak Lir posiadał trzy choroby przewlekłe (słabe oczy, słaby kręgosłup oraz wolne trawienie – 4 fiolki), dwie choroby sezonowe (przejawiające się na przemian łuszczeniem się i przetłuszczaniem się skóry – 2 fiolki) oraz niedobór witamin i tłuszczów rybnych (3 fiolki). Bez względu na sezon łykał także środek na uspokojenie; nie, żeby pan Lir był niespokojny, ale łykał go profilaktycznie. Po zażyciu pigułek Lir zaczyna pikać, aż w końcu ktoś podnosi słuchawkę i Lir szczegółowo omawia problemy związane ze swoimi chorobami sezonowymi oraz przewlekłymi. Nie chcąc sprawiać wrażenia człowieka pokonanego przez choroby, przede wszystkim mówił o chorobach, których dolegliwości zdawały się zmniejszać.

Lir nie dawał się chorobom. Jedno, co sobie w życiu na pewno zapewnił, to dostęp do opieki medycznej. I nigdy nie mówił żadnemu z pięciu lekarzy, którzy go leczyli, że ma innych lekarzy i że bierze jakieś inne leki. Nie wierzył, że pigułki mogą sobie szkodzić. Lir wierzył w pigułki. Łykanie leków było męczące, zawsze potem czuł się jakiś ospały. Co było jasnym sygnałem, że organizm potrzebuje wypoczynku. Lir spał do ósmej wieczorem.

Budził się wesoły, gdyż czekała go kolacja. Wymieniał grzecznościowe uwagi z każdym z lokatorów i dowiadując się że niczego nie potrzebują (rzadko czegoś nie potrzebowali, bo był dobrym landlordem), szedł na kolację.

Lir jadł teraz zdecydowanie mniej niż kiedyś. Czasem zamawiał tylko jeden talerz makaronu albo tylko jednego burgera i frytki. Chociaż, gdy jego lunch był niewielki, zaczynał kolację od pieczywa, sałaty i przystawki. Nauczył się też po każdym posiłku pić wodę gazowaną, gdy odkrył, że żołądek mniej go wtedy boli. Choć czasami potrafił go rozboleć tak, że od razu brał pigułki i kładł się spać.

Budził się około południa w zaciemnionym, chłodnym pokoju…

 

Magdalena Wypych

Za poortalem deon.pl