Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy

Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy
Paweł Kosiński SJ / slo

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał.

Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać «obecność». W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia «cierpienia» w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na «byciu sobą», ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać.

Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z „byciem sobą” i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

Więcej w książce: Obudzić serce – Paweł Kosiński SJ

 

Za portalem deon.pl

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach
Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay / slo

Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie.

E. tłumił w sobie większość swoich myśli i uczuć. Jego ojciec mawiał: „Nawet ryba nie wpadłaby w tarapaty, gdyby miała zamknięte usta!”. Był wychowywany w przekonaniu, że jeśli inni ludzie nie znają jego opinii lub uczuć, nie mogą wyrządzić mu krzywdy albo uzyskać nad nim przewagi. E. żalił się jednak, że często czuje się ” okropnie samotny „.

E. jest jednym z wielu ludzi, którzy wierzą, że mądrze jest być dla innych zagadką: „Im mniej ktokolwiek wie o tobie, tym lepiej”. Nieprawda! Jest to nieporozumienie, które ma często przykre konsekwencje. Nie istnieje bowiem autentyczna miłość lub naprawdę bliska przyjaźń bez osobistych zwierzeń, bez dzielenia się sekretami i wyznaniami. Oczywiście są sytuacje, w których mądrze jest ukryć swoje najgłębsze uczucia przed innymi, ale jeśli ukrywanie sądów i uczuć staje się sposobem na życie, kończy się to emocjonalną i duchową pustką.

Ludzie, którzy przyjmują obronną postawę wobec swojego współmałżonka, swoich przyjaciół i w pozostałych relacjach międzyludzkich, tracą wiele radości, która płynie ze szczerego dzielenia się sobą i poczucia ludzkiej jedności. Osoby te budują sobie samotną, oderwaną od innych egzystencję. Jest to tym gorszy wybór, że przecież jednym z najlepszych sposobów nabywania wiedzy o sobie jest odkrywanie siebie przed innymi.

Nie można zaprzeczyć, że odsłanianie siebie przed innymi może być ryzykowne. Mogą się znaleźć osoby, które spróbują wykorzystać przeciwko tobie ujawnione sekrety, ale zwykle da się wyczuć, kto jest właściwą osobą, a z kim lepiej nie wymieniać nawet zdawkowych opinii; komu możesz powierzyć swoje najskrytsze myśli, uczucia i sprawy, a kto potencjalnie może zawieść twoje zaufanie. Nie ma nic bardziej błędnego i unieszczęśliwiającego niż ciągłe ukrywanie się przed wszystkimi z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa. Odebranie sobie bogactwa płynącego z bliskości z innymi, miłości i budujących związków przez ciągłe ukrywanie się przed innymi doprowadzi do tego, że sam dla siebie staniesz się obcy.

Wiele osób przyznaje z wielką dumą: „Jestem bardzo skrytą osobą”. A co jest w tym takiego godnego podziwu? Bycie zbyt skrytym może być tak samo złe, jak bycie zbyt wylewnym. Wszyscy spotkaliśmy kiedyś gaduły, które podczas pierwszego spotkania dokładnie opowiadały nam swoje życiorysy, ujawniając szczegóły tak osobiste, że większość ludzi wolałaby o nich nie słyszeć. Twarde i niemożliwe do przebicia tarcze, które pewne „bardzo skryte osoby” dzierżaw swoich dłoniach, są równie nieodpowiednie. Nawet bliscy znajomi i członkowie rodziny mogą poczuć się odepchnięci, odrzuceni i wykluczeni. E. i wielu jemu podobnych, którzy podpisują się pod tym przesądem, tak skutecznie dążą do odgrodzenia się od innych murem, że mogą znaleźć się w stanie zupełnej izolacji. Czy to strach, wstyd, wina, czy podejrzenie prowadzą tych ludzi do ukrywania prawdziwych uczuć przed najbliższymi?

Jeśli chcesz utrzymywać zażyłe relacje ze swoją rodziną i przyjaciółmi, szczerze radzimy, byś mówił o swoich sprawach i zwierzał im się ze swoich uczuć i myśli. Naucz się dobierać słuchaczy; nie mów wszystkiego wszystkim. Na początek uważnie dobieraj tych, co do których jesteś pewien, że są godni twojego zaufania. Następnie możesz już z większą otwartością, choć stopniowo odkrywać siebie. Poczuj, jak twoje relacje stają się bardziej satysfakcjonujące. Uczyń mocne postanowienie, aby, zachowując umiar, nie ukrywać swoich szczerych opinii.

Ukrywanie prawdziwych uczuć i tłumienie spontanicznych emocji nie jest zdrowe. Choć nie radzimy ci „zwierzania się” wszystkimi bez wyjątku, to jednak gdy staniesz się bardziej otwarty w stosunku do innych, nic na tym nie stracisz.

Jeżeli jestem dla innych tajemnicą, prawdopodobnie stanowię też zagadkę dla siebie. Bliskie przyjaźnie opierają się na osobistych zwierzeniach i wzajemnym przekazywaniu informacji. Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie. Bardzo skryci ludzie żyją w emocjonalnych więzieniach, które sami sobie budują. Ciągłe ukrywanie prawdziwych uczuć przed innymi oddziela cię od siebie samego. Buduj zaufanie i bliskość, okazując swoje uczucia.

Więcej w książce: Jak nie wpaść w depresję. 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie – Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay

 

Za portalem: deon.pl

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta
ks. Marek Dziewiecki / slo

Tęsknimy za przyjaciółmi, bo przyjaźń to najlepszy system ochronny dla człowieka. Przyjaźń jest dla nas tym, czym dla zamku warownego są mury obronne, a przyjaciel to ktoś, dla kogo język miłości stał się językiem ojczystym.

Głębia przyjaźni zależy od głębi, z jaką przyjaciele przeżywają własne życie, a sama przyjaźń – podobnie jak mądrość i radość – nie jest czymś obowiązkowym. Jest darem, który nas zaskakuje i zdumiewa.

Przyjacielowi mogę ufać dlatego, że pozostaje on wierny ideałom, które nas połączyły. Wychowawca usiłuje mnie zmieniać, a przyjaciel sprawia, że ja sam pragnę się rozwijać. Przyjaźń jest podstawową formą miłości, a życie bez miłości staje się męczeństwem. Dojrzały przyjaciel potrafi mnie kochać niezależnie od tego, czego się dowie o mnie i o moim postępowaniu. Ta niezwykła forma miłości wymaga równie niezwykłej wrażliwości i szlachetności. Przyjaciele mają podobne horyzonty intelektualne, moralne i duchowe.

Łączy ich podobna szlachetność, wierność, ofiarność, zaufanie.

Większość ludzi kontaktuje się z innymi po to, by wymieniać poglądy lub załatwiać jakieś interesy. Przyjaciele kontaktują się ze sobą po to, by się sobą cieszyć. W kontakcie z przyjacielem nie grozi popadanie w schematy czy powierzchowne rozmowy. Nie ma tu miejsca na nudę czy rutynę. Każde spotkanie zaskakuje i przynosi niespodziewaną radość.

Przyjaciele nie przyzwyczajają się do siebie, nie układają scenariuszy kolejnych spotkań. Potrafią przebywać ze sobą w ciszy, bo sama obecność przyjaciół jest sposobem komunikowania miłości.

W kontakcie z przyjacielem nie muszę udawać kogoś innego, przekonywać go, że zasługuję na jego przyjaźń. Nie potrzebuję dowodzić, że jestem mu wierny, bo to jest oczywiste. Przyjaźń daje poczucie bezpieczeństwa podobne do tego, jakiego doświadcza dziecko w ramionach kochających rodziców. Przyjaciel szanuje mnie mimo moich ograniczeń i trudności.

Właśnie dlatego dzielę z nim nie tylko moje radości i sukcesy, ale także troski i chwile bezradności.

Być przyjacielem to czynić dla drugiej osoby znacznie więcej niż to, co wynika ze zwykłej wrażliwości. Przyjaciel potrafi podarować mi nie tylko to, co posiada, ale także to, kim jest. Traktuje mnie jak skarb, który nie może być wymieniony na nic wartościowszego. Moja radość sprawia mu większą radość niż jego własna. Przyjaciel nigdy nie zaproponuje mi czegoś, co byłoby niezgodne z moimi wartościami czy ideałami. Przyjaźń to niezwykły sejf miłości, w którym człowiek może znaleźć skuteczne schronienie dla siebie oraz dla swoich ideałów i aspiracji.

Przyjaźń potrzebuje chwil ciszy i milczenia, a jednocześnie wymaga otwartości i zdolności przyjaciół do dzielenia się myślami i przeżyciami. Przyjaciel rozumie mnie bardziej niż inni ludzie. Ale to nadal „tylko” człowiek, od którego nie mogę wymagać, aby „czytał” w moich myślach i w moim sercu. Z tego względu przyjaźń potrzebuje słów i widzialnych znaków.

Przyjacielem może być tylko ktoś, kto nie jest ani okrutnym wrogiem, ani pobłażliwym „kumplem” dla samego siebie.

Taki człowiek przyjmuje siebie z prawdą i miłością. Gdy odkrywa w sobie coś pozytywnego, wtedy cieszy się i umacnia.

Gdy odkrywa jakąś słabość, wtedy stanowczo stara się ją przezwyciężyć. Przyjaźń do drugiego człowieka mobilizuje do tego, by stawać się coraz dojrzalszym przyjacielem dla samego siebie. Szczęśliwi są ci, których przyjaciele odnoszą się z dojrzałą przyjaźnią do samych siebie.

Kobieta i mężczyzna to dwa różne sposoby przeżywania i wyrażania człowieczeństwa. Z tego względu są dla siebie atrakcyjni. Mogą nauczyć się wiele od siebie i wzbogacić swój sposób bycia człowiekiem. W kontakcie z osobą drugiej płci grozi jednak skupienie się na jej atrakcyjności cielesnej czy emocjonalnej. Wtedy to, co miało być przyjaźnią, może stać się zależnością lub pożądaniem. Dojrzała przyjaźń między kobietą a mężczyzną to miejsce szczególnego rozwoju.

Prawdziwa przyjaźń zaskakuje. Nie można jej zaplanować, ani przewidzieć.

Doświadczenie przyjaźni to nie sprawa szczęśliwego zbiegu okoliczności. Im dojrzalej kochamy, tym łatwiej znajdziemy przyjaciela. Przyjaźń jest nieuchronnym owocem miłości. To nie przypadek, że niektórzy ludzie nie znajdują nawet jednego przyjaciela, a inni są oczekiwani, witani z radością i obdarzani zaufaniem przez wiele osób. Doświadczenie przyjaźni lub jego brak odsłania prawdę o całej naszej postawie życiowej. Przyjaźń – podobnie jak radość – jest osiągalna jedynie dla tych, którzy potrafią bezinteresownie kochać.

Sprawdzianem przyjaźni jest respektowanie wolności przyjaciela. Zauroczenie emocjonalne jest zaborcze, odgradza od innych ludzi i zawęża wolność. Prowadzi do zazdrości, do gwałtownych zmian nastrojów, do niepokoju i konfliktów. Tymczasem przyjaźń nie izoluje od innych ludzi. Jest trudna właśnie dlatego, że wymaga zdolności do połączenia wyjątkowej bliskości z niezależnością. Przyjaźń to spotkanie dwóch dojrzałych wolności. Przyjaciel jest dla mnie darem, który nie żąda odpowiedzi. Człowiek zakochany staje się emocjonalnie zależny od osoby, w której się zakochał. Zwykle osoba ta przysłania mu innych ludzi. Zakochany traci wtedy z oczu wszystko to, co do tej pory było dla niego ważne i cenne. Potrafi zapomnieć o wcześniejszych zobowiązaniach i więziach. Tymczasem przyjaciele nie skupiają się na wzajemnej relacji. Spotykają się w taki sposób, że ich myśli i serca kierują się do osób, wartości i wydarzeń, które są dla nich cenne i ważne.

Przyjacielskie spotkania sprawiają, że w osobach odradza się entuzjazm, wiara w dobro, prawdę i miłość oraz wytrwałość – potrzebna wtedy, gdy każdy powróci do swojej codzienności. Przyjaźń jest na tyle trwała i solidna, na ile trwałe i solidne okazują się ideały i wartości, w które zapatrzeni są przyjaciele. Przyjaciel to ktoś, z kim dzielę podobne ideały oraz zachwycam się tym samym dobrem. Potwierdzeniem przyjaźni jest obecność. Przyjaźń jest możliwa nawet wtedy, gdy przyjaciele są oddaleni o tysiące kilometrów, ale to sytuacja wyjątkowa.

Na co dzień przyjaźń to radosne bycie razem. Droga do przyjaciela wydaje się krótka, niezależnie od jej długości. Dla przyjaciela zawsze znajduję czas i nie liczę spędzonych razem godzin.

Przyjaźń rodzi entuzjazm. Daje niespodziewaną radość. Pomaga wytrwać w trudnościach i cierpieniu. Mobilizuje do rozwoju. Rodzi wrażliwość, subtelność, cierpliwość, dojrzałość, prawość. Przyjaźń uszlachetnia. Przyjaciel to ktoś, kto sprawia, że poszerzają się moje horyzonty intelektualne, emocjonalne, moralne, duchowe, religijne i społeczne. On przynosi nadzieję, wydobywa i chroni to, co we mnie najpiękniejsze. Sprawia, że odnajduję w sobie siły i zdolności, których bez jego pomocy nigdy bym nie odkrył.

W obliczu przyjaciela odsłaniamy nie tylko naszą radość i dojrzałość, ale także nasze ograniczenia i trudności. Jemu zwierzamy się z życiowych ciężarów i bolesnych przeżyć, o których nie mówimy nikomu innemu. Przyjaciel jest zwykle jedynym świadkiem naszych łez.

Jest kimś, kto rozumie, że przyjaźń wierna ma swoją cenę w postaci wspólnego dźwigania trudności tych, którzy nam zaufali. Przyjaciel pozostaje wierny nawet wtedy, gdy sam zostaje zdradzony i skrzywdzony. Pozostaje ze mną wtedy, gdy inni mnie opuszczają.

Właśnie dlatego przyjaźń wiąże się z wielką odpowiedzialnością.

Ten, kto za pomocą przyjaźni usiłuje coś zyskać, zniszczy każdą przyjaźń. Natomiast ten, kto jest przyjacielem nie ze względu na swoje potrzeby czy oczekiwania, ale dlatego, że druga osoba jest dla niego cenna, umacnia przyjaźń i odkrywa, jak wiele sam przez to zyskuje. Przyjaźń może się rozwijać jedynie wtedy, gdy przyjaciele potrafią zaskakiwać siebie wzajemną bezinteresownością. Ludzie niedojrzali kierują się zasadą: „Kocham ciebie, gdyż ciebie potrzebuję”. Przyjaciele kierują się zasadą: „Potrzebuję ciebie, gdyż ciebie kocham”. Przyjaciel cieszy się najbardziej wtedy, gdy sprawia radość z ukrycia. Jego zyskiem jest to, że ja coś zyskuję. Przyjaźń jest szczytem bezinteresowności i dlatego nie można jej kupić ani sprzedać, a jedynie ofiarować.

Łatwo jest być „przyjacielem” od święta. Łatwo towarzyszyć innym ludziom w godzinach ich sukcesów, gdy wszystko układa się po ich myśli i cieszy. Tymczasem prawdziwa przyjaźń weryfikuje się w szarości powszednich dni, które przecież dominują w życiu człowieka. Ludzkie życie nie jest jedynie świętowaniem. Nieuniknione są dni smutku, nieporozumień, zniechęcenia, konfliktów, rozczarowań i niepokojących wątpliwości. W czasie pomyślności mamy wielu „przyjaciół”. W dni niepowodzeń mamy przyjaciół prawdziwych, którzy pojawiają się wtedy, gdy doznaję goryczy porażki i gdy najbardziej potrzebuję wsparcia. Prawdziwą przyjaźń poznaje się nie po jej intensywności, lecz po długości trwania. Spotkanie prawdziwego przyjaciela to przełomowe wydarzenie w życiu człowieka.

Przyjaźń karmi się wdzięcznością.

Wdzięczność rodzi się ze zdumienia, że w moim życiu zostałem obdarowany ponad miarę. Przyjaźń jest jednym z największych powodów do serdecznej wdzięczności. Wdzięczność chroni człowieka przed nadmierną koncentracją na sobie, uwalnia od niedojrzałych oczekiwań i od rozgoryczenia. Tylko człowiek szczęśliwy potrafi być wdzięczny, a człowiek żyjący w dojrzałej przyjaźni jest szczęśliwy.

Niezwykłą cechą przyjaźni jest to, że można nią obdarować zupełnie obcych ludzi i że może okazać się ona silniejsza od więzów krwi. Prawdziwa przyjaźń nie jest jednak nigdy skierowana przeciw więziom rodzinnym zaprzyjaźnionych osób. Przyjaciel to ktoś, kto pomaga mi być dojrzale obecnym w życiu moich bliskich.

Przyjaciel to także ktoś, kto rozumie, że on sam nie wystarczy mi do osiągnięcia pełni szczęścia i rozwoju. Uznaje granice swojej obecności w moim życiu. Respektuje moje prawo do bycia z innymi i do samotności. Przyjaciel to niezwykły towarzysz na mojej drodze życia, ale nie on wytycza mi tę drogę, i nie on staje się moją drogą życia. Przyjaciel kocha mnie w taki sposób, że nie próbuje stać się całym moim światem.

Przyjaźń to naprawdę niezwykły sposób spotykania się z drugim człowiekiem.

To schronienie dla człowieka. To najlepsza polisa na życie i lekarstwo na wszelkie trudności. To przestrzeń, w której czujemy się kochani, cenni i bezpieczni. To wielki skarb. Właśnie dlatego przyjaźń wymaga czujności i pokory. Aby trwać w przyjaźni, nie wystarczy zrozumieć jej reguł, podobnie jak do wygrania meczu nie wystarczy znajomość zasad gry. Potrzebny jest jeszcze mądry trener oraz solidny trening.

Kto pragnie zbudować przyjaźń z drugim człowiekiem i z samym sobą, może jej się uczyć od Boga, którego przyjaźń do ludzi przekracza wyobrażenia ludzkiego umysłu i serca. To właśnie w Bogu przyjaźń między ludźmi znajduje swoje źródło oraz nadzieję na to, że pozostanie trwała, wierna i owocna.

 

Za portalem deon.pl

Czy wiesz z czym się wiąże przyjaźń?

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał.

Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać «obecność». W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia «cierpienia» w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na «byciu sobą», ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać.

Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z „byciem sobą” i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

Paweł Kosiński SJ

Czy przyjaźń to szczególny rodzaj miłości?

Co prawda w przyjaźni nie ma miejsca na pożądanie, ale na wiele innych uczuć, tak. Powinna opierać się na bezinteresownej trosce o drugiego człowieka i przywiązaniu. Nic dziwnego więc, że przyjaźń bywa zarówno tematem sztuki i popkultury, a niektóre słynne związki z prawdziwego życia przeszły do historii, podobnie jak wielkie historie miłosne.

Taką znaną relacją, która nawet zaważyła na losach USA, był z pewnością związek Abrahama Lincolna z Joshuą Speedem. Poznali się, gdy Lincoln był jeszcze młodym prawnikiem. Przyszły prezydent był bardzo nieśmiały i nie radził sobie za dobrze w sprawach sercowych, więc towarzystwo obytego towarzysko i wesołego kolegi dobrze mu robiło. Przyjaźń rozwinęła się na przestrzeni lat tak, że Lincoln do końca życia każdą swoją decyzję – państwową i osobistą – omawiał najpierw ze Speedem. I to chyba naprawdę była szczera przyjaźń, a nie interesowny układ ze strony Speeda, skoro ten nigdy nie zgodził się, mimo wielu propozycji ze strony prezydenta, na objęcie stanowiska państwowego.

Sytuacja odwrotna, kiedy to przyjaźń rozwija się na gruncie wspólnych zainteresowań, zdarza się równie często. Dwóch wielkich protoplastów literatury fantastycznej i wykładowców na uniwersytecie w Oksfordzie mogło się tylko albo szczerze nieznosić, albo przyjaźnić. Clive’a Staplesa Lewisa i Johna R.R. Tolkiena połączyły nie tylko zainteresowania literackie, ale i zagadnienia filozoficzno-teologiczne. Tolkien miał duży udział w przekonaniu swojego kolegi ateisty do katolicyzmu. Lewis za to, na spotkaniach koła literackiego Inklings, z powodzeniem zachęcał Tolkiena do rozwijania w jego twórczości wątków fantastycznych. Ta akademicka sielanka nie trwała jednak wiecznie. Pisarzy poróżniła w końcu twórczość i wybory osobiste. Tolkien stwierdził po przeczytaniu „Lwa, czarownicy i starej szafy”, że przesłanie i motywy chrześcijańskie w książce przyjaciela są zbyt topornie przedstawione.

Co gorsza, młodszy kolega postanowił z katolika stać się anglikaninem, a w dodatku ożenił się z… rozwódką! Ta przyjaźń w końcu więc stopniała i panowie nigdy nie powrócili do tak bliskiej przyjaźni jaka łączyła ich w Oksfordzie. To trochę smutna historia, ale dobrze, że w ogóle się wydarzyła. Bo gdyby nie ona, to świat nie poznałby ani Narni, ani świata Śródziemia.

Obecność przyjaciela ma zdecydowanie pozytywnie stymulujący wpływ. Dzięki związkom z życzliwymi osobami rośnie nie tylko nasza samoocena, ale także poczucie, że możemy przekraczać swoje ograniczenia i odważniej sięgać po rzeczy, których pragniemy. Czy można sobie np. wyobrazić słynnego, choć fikcyjnego, brytyjskiego detektywa Sherlocka Holmesa bez nieodłącznego doktora Watsona? Tych dwóch łączy na kartach książek Doyle’a bardzo brytyjska, zrównoważona przyjaźń. Jednak mimo braku wybuchów uczuć i kłótni, to z pewnością związek jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowa, ekscentryczna osobowość detektywa potrzebowała wsparcia w kimś z mniejszą charyzmą, kto bardziej pragmatycznie widzi świat. To Watson zadaje najczęściej pytania, które naprowadzają słynnego detektywa na właściwe rozwiązania. Jest jednak nie tylko „katalizatorem” umysłu geniusza, ale i bliskim mu człowiekiem. Siedemnaście razem spędzonych lat (w tym większość we wspólnym mieszkaniu) świadczy o bardzo zażyłej przyjaźni.

Wątek geniusza i jego wiernego druha otwiera cały worek podobnych par, stworzonych na potrzeby literatury, kina i telewizji. Bardzo blisko na angielskim prototypie z XIX w. oparto relację telewizyjnych lekarzy: diagnostyka House’a i onkologa Wilsona (główne postacie serialu „House”). To współczesna historia i zupełnie nie brytyjska, więc ich układ jest nieco pokręcony. Wilson to spokojny, sympatyczny człowiek, który zawsze pomaga swojemu przyjacielowi i opiekuje się nim, gdy tamten tego potrzebuje. House zaś, podobnie jak jego brytyjski pierwowzór, czuje wewnętrzny imperatyw, aby nieustannie składać kawałki układanki z tego, co ludzie próbują ukryć lub o czym nie mówią. Nieustannie przeprowadza więc bezkompromisowe eksperymenty psychologiczne – szybko odkrywa tajemnice swojego przyjaciela i – jak psychoterapeuta – serwuje mu terapię. Oczywiście w tym przypadku jest to zawsze bezlitosna terapia szokowa. Diagnostyk manipuluje swoim przyjacielem, wtrąca się w jego najbardziej intymne sprawy i nierzadko dokucza. Jak się jednak potem okazuje, wszystkie te złośliwości przynoszą zamierzony, naprawczy skutek – koniec końców są wyrazem troski. I mimo wszystkich niedoskonałości tego filmowego związku, także i on, może nawet jeszcze dosadniej pokazuje, że każda przyjaźń to cenne doświadczenie, bez którego nasze życie, tak jak bez miłości, byłoby uboższe.

 

Ewa Śródka

 

Za portalem deon.pl

Przyjaciele – jedna dusza w dwóch ciałach

Człowiek nie istnieje bez relacji do innych. Od samego początku naszego życia istniejemy w zależności od innych i poprzez innych. Dlatego też od samego zarania naszej osobistej historii relacja do innych ludzi jest podstawowym warunkiem naszego rozwoju. Bez tych relacji nie jest możliwy prawidłowy, pełny rozwój naszego człowieczeństwa.

Człowiek potrzebuje różnych relacji. Potrzebujemy tych, którzy nas kochają i których my kochamy, bo w tej podstawowej relacji odnajdujemy samych siebie i odkrywamy swoją tożsamość. Potrzebujemy znajomych, z którymi mamy luźniejsze więzi, aby w różnorodności celów i postaw szukać tego, co bardziej moje i uczyć się szukania bogactwa w różnorodności. Potrzebujemy także tych, z którymi się nie zgadzamy, aby rozpoznawać lepiej nasze motywacje działania i weryfikować nasze postawy. Potrzebujemy w końcu bliskich więzi, przyjaźni, ponieważ one pozwalają nam odkrywać lepiej istotę bycia z drugim człowiekiem. Właśnie tej bliskiej więzi chciałbym poświęcić trochę uwagi.

Istota przyjaźni

Wiele prób zdefiniowania przyjaźni można by zawrzeć w słowach szkockiego filozofa Johna Macmurraya: „być przyjacielem to znaczy być prawdziwie sobą dla drugiego człowieka”. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się od odkrywania i bycia „prawdziwie sobą”. Nie można takiej relacji zakładać, programować jej, ani wymusić. „Kto znalazł przyjaciela, skarb znalazł” (Syr 6, 14).

Rozważania poprzednich rozdziałów poniekąd służą do lepszego rozumienia tego naszego nastawienia na relację z innymi. Szukamy siebie, swojego prawdziwego oblicza i sposobu na życie nie po to, żeby realizować go jakoś w oderwaniu od innych, czy wbrew innym, ale właśnie po to, żeby lepiej i głębiej wchodzić w relację z innymi. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się zatem od bycia «prawdziwie sobą», od odkrywania siebie. Nie dlatego, że jesteśmy egoistycznie skoncentrowani na sobie, ale dlatego, że nie jesteśmy prawdziwie nastawieni na drugiego, jeśli wcześniej nie znamy i nie cenimy siebie, nie cieszymy się sobą i swoim życiem. Prawdziwa przyjaźń zaczyna się od odkrycia swojej niepowtarzalności, swojej jedyności, która może się stać darem dla drugiego. Tylko w ten sposób mogę „coś” wnieść w przyjaźń i tak mogę też docenić obecność drugiego. Zanim będę w stanie ofiarować dar samego siebie, muszę tego daru być świadom. Warto tutaj podkreślić, że w przyjaźni chodzi o dar z siebie. Choć wiele przyjaźni powstaje i rozwija się na gruncie wspólnych zainteresowań, wspólnych doświadczeń, podzielanych pragnień i w pewnym sensie wspólnej perspektywie życia, tym niemniej ofiarowuję przyjacielowi nie tylko swoje zdolności, swoje przemyślenia. Ofiarowuję siebie całego, najbardziej intensywnie, jak mnie w danym momencie stać.

„Praca nad” przyjaźnią

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał. Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać „obecność”. W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia „cierpienia” w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na „byciu sobą”, ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać. Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z «byciem sobą» i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju. Duchowy wymiar przyjaźni wyraża się także w zdolności do podejmowania wyzwań i znoszenia krzyży, które niejako przynależą do duchowej drogi wzrostu.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

 

Paweł Kosiński SJ

 

 

Za portalem deon.pl

Hej człowieku! Jak minął ci wczorajszy dzień?

Pan Lir żył sobie skromnie w pałacu z łukami triumfalnymi i wynajmował pokoje. Prócz tego skupiał się, podobnie jak jego kot, na podtrzymywaniu życia.

Lir budził się około południa w zaciemnionym, schłodzonym pokoju – takie warunki zapewniały najlepszy wypoczynek oraz konserwację ciała. Szedł następnie do sklepu ogólnie zaopatrzonego po podstawowe produkty poranne: kawę, banana plus coś kalorycznego, czego Lir nie mógł sobie z rana odmówić po całonocnym poście, jak kawałek pizzy. Lir nie tylko nie gotował, nie kroił też i nie produkował lodu. Do śniadania czytał poranną gazetę dla klasy średniej, ze świeżą listą morderstw i samobójstw. „Paper” była istotnym elementem jego wiedzy o życiu, ponieważ Lir nie zakupił był kanałów telewizyjnych. Pochylał się nad nieszczęściem ludzkim przez całe śniadanie; prysznic następował potem. Poranek był ciekawą częścią dnia, lecz krótką. Przeciągał go niemiłosiernie, by zabić więcej czasu – jak teraz w łazience. Potrafił tam spędzić i pełną godzinę. Lir kultywował każdą czynność, ponieważ jego życiu brakowało czynności.

W końcu Lir wychodzi z łazienki, zakłada luźne ubrania i udaje się na spacer w wersji letniej. Spacer był z przepisu lekarza i Lir latem go nie opuszczał, choć z biegiem lat trasa malała. Spacer miał jedną dobrą stronę: prowadził Lira na lunch. W wersji zimowej, wiosennej i jesiennej Lir po prysznicu zakładał luźne ubrania i udawał się do sypialni na spoczynek.

Lir był dobrym landlordem i czerpał z tego wiele dumy. Popołudniem sprzątał pokoje używając od lat tego samego plastikowego mopa z umocowaną na końcu szmatką – umożliwiało to brak schylania się – i suwał nią po powierzchniach. Była to podwójna przyjemność (Lir liczył wszystkie przyjemności w życiu), bo nie tylko był dobrym landlordem, ale także chodził z przepisu lekarza.

Popołudnia nie należały do najlepszych – Lir nie potrafił ich nigdy należycie rozciągnąć. Brakowało mu czynności. Opłaty odbywały się tylko raz w miesiącu, „Paper” wychodziła tylko raz dziennie, również środki czystości starczały zwykle na cały miesiąc i nie miał nic na liście zakupów. Lir otwierał więc swoje dwa ulubione przedmioty: telefon komórkowy z pikaczem oraz szafkę z pigułkami.

Lir miał bowiem wielu przyjaciół (przyjaciół na dystans) oraz wiele chorób (nieprzyjaciół). I właśnie te dwie rzeczy ze sobą łączył, opowiadając przyjaciołom o swoich chorobach. I tak Lir posiadał trzy choroby przewlekłe (słabe oczy, słaby kręgosłup oraz wolne trawienie – 4 fiolki), dwie choroby sezonowe (przejawiające się na przemian łuszczeniem się i przetłuszczaniem się skóry – 2 fiolki) oraz niedobór witamin i tłuszczów rybnych (3 fiolki). Bez względu na sezon łykał także środek na uspokojenie; nie, żeby pan Lir był niespokojny, ale łykał go profilaktycznie. Po zażyciu pigułek Lir zaczyna pikać, aż w końcu ktoś podnosi słuchawkę i Lir szczegółowo omawia problemy związane ze swoimi chorobami sezonowymi oraz przewlekłymi. Nie chcąc sprawiać wrażenia człowieka pokonanego przez choroby, przede wszystkim mówił o chorobach, których dolegliwości zdawały się zmniejszać.

Lir nie dawał się chorobom. Jedno, co sobie w życiu na pewno zapewnił, to dostęp do opieki medycznej. I nigdy nie mówił żadnemu z pięciu lekarzy, którzy go leczyli, że ma innych lekarzy i że bierze jakieś inne leki. Nie wierzył, że pigułki mogą sobie szkodzić. Lir wierzył w pigułki. Łykanie leków było męczące, zawsze potem czuł się jakiś ospały. Co było jasnym sygnałem, że organizm potrzebuje wypoczynku. Lir spał do ósmej wieczorem.

Budził się wesoły, gdyż czekała go kolacja. Wymieniał grzecznościowe uwagi z każdym z lokatorów i dowiadując się że niczego nie potrzebują (rzadko czegoś nie potrzebowali, bo był dobrym landlordem), szedł na kolację.

Lir jadł teraz zdecydowanie mniej niż kiedyś. Czasem zamawiał tylko jeden talerz makaronu albo tylko jednego burgera i frytki. Chociaż, gdy jego lunch był niewielki, zaczynał kolację od pieczywa, sałaty i przystawki. Nauczył się też po każdym posiłku pić wodę gazowaną, gdy odkrył, że żołądek mniej go wtedy boli. Choć czasami potrafił go rozboleć tak, że od razu brał pigułki i kładł się spać.

Budził się około południa w zaciemnionym, chłodnym pokoju…

 

Magdalena Wypych

Za poortalem deon.pl

 

Czy masz prawdziwego przyjaciela

Cóż wielkiego – przyjaciel. Przecież każdy ma znajomych, liczne kontakty z innymi. Czy jednak są to relacje przyjacielskie? Zastanówmy się tak uczciwie – czy mamy choć jedną osobę w swoim otoczeniu, z którą możemy porozmawiać o sprawach poważnych i trudnych; osobę na którą możemy liczyć?

Niepełnosprawni uczą kochać

Miałem w życiu przygodę z osobami niepełnosprawnymi. Byli to ludzie, o których standardowo mówi się: niepełnosprawni umysłowo i ruchowo. Wiadomo, że nie jest to najszczęśliwsze określenie. Te osoby właśnie uczyły tego, co w relacjach międzyludzkich jest najistotniejsze. Może nie prowadziły inteligentnych rozmów, nie znały się na literaturze, ale potrafiły wprost zapytać: czy lubisz mnie? Długi czas odwiedzała mnie Małgosia, która przychodziła na herbatkowanie. Zawsze przynosiła mi niespodziankę: własnoręcznie wyrysowany jakiś prezent z opisem, a na odwrocie słoneczko z dedykacją: Uśmiechów tysiąc. Małgosia nie oczekiwała wiele. Chciała, by z nią posiedzieć, wypić razem herbatkę. Była zawsze pogodna, choć przecież chorowała na poważną depresję.

Bardzo ważny był bezpośredni kontakt z osobami niepełnosprawnymi – nie tylko telefon. Ważne było, aby z nimi pobyć, porozmawiać, pobawić się, pójść na spacer, a czasem pozwolić się im przytulić. A już prawdziwą frajdą dla nich były wyjazdy na letnie obozy. To była prawdziwa szkoła przyjaźni. Myślę, że dzięki niepełnosprawnym również my, „normalni”, uczyliśmy się wychodzić ze swoich kompleksów, okazywać swoje emocje, uczucia, cieszyć się małymi radościami, odkładać na bok sprawy superważne, aby zająć się drugim człowiekiem, i to na poziomie serca.

Komputer nie zastąpi człowieka

Obawiam się, że tego brakuje dziś w normalnych, ludzkich relacjach. Brakuje normalnej rozmowy, ciepłych przyjaznych relacji, spontanicznej gościnności, cieszenia się obecnością drugiego człowieka, a wreszcie głębokich i poważnych relacji przyjacielskich.

Niestety, drugi człowiek, przyjaciel, zostaje zastąpiony, wyparty przez komputer, Internet, różnego rodzaju odtwarzacze MP3, iPod, komórki… Ile jest tych nowoczesnych zabawek dla małych i dużych dzieci, które, często tak bardzo absorbują nasz czas i świadomość, wprowadzają nas w jakiś wirtualny świat, i w rezultacie oddalają od drugiego człowieka. Kontakty ograniczają się do SMS-ów, maili, czy krótkich rozmów przez komórkę. W następstwie tego mamy ludzi niedojrzałych emocjonalnie, niezdolnych ani do przyjaźni, ani do małżeństwa. I może dlatego trzeba nawoływać, przypominać, że człowiekowi potrzebny jest człowiek! Nie tylko klient, petent, interesant, ale dobry kolega, przyjaciel czy przyjaciółka.

Przyjaciel jak lekarstwo

Tak było już w Księdze Rodzaju. Pierwszy człowiek dopiero wówczas był szczęśliwy, gdy Bóg przyprowadził do niego drugiego człowieka, niewiastę. Wszystko, co było stworzone wcześniej, nie przyniosło człowiekowi prawdziwej radości. W zachodniej Afryce mówi się, że „człowiek jest dla człowieka najlepszym lekarstwem”. W książce Radość kapłaństwa autor, który jest terapeutą zajmującym się kapłanami z różnymi problemami, pisze, że na początku terapii stawia proste pytanie: Jeśli masz problem, trudność, niepowodzenie – z kim się tym podzielisz? Czy masz przyjaciela, któremu możesz się zwierzyć? Okazuje się, że kapłani często, pomimo licznych kontaktów, znajomości, nie mają prawdziwych przyjaciół. A jest to niezbędne dla utrzymania równowagi ich człowieczeństwa. Myślę, że odnosi się to do każdego człowieka, zwłaszcza młodego. W innej pozycji Rekolekcje z egzorcystą mowa jest o różnych sposobach, dzięki którym można doświadczyć uzdrowienia wewnętrznego. O dziwo, jedną z takich dróg jest rozmowa z zaufaną osobą. Jak pisze autor, jest to jak spotkanie w Emaus, kiedy dwóch uczniów rozmawiało ze sobą, a Jezus przyłączył się do nich.

Czas to przyjaźń

Człowiek tak naprawdę nie potrzebuje wiele: wypić z kimś filiżankę kawy, pójść na spacer; oczekuje, by go ktoś wysłuchał, czy po prostu pobył razem. Wydaje mi się, że podstawowym kluczem do dobrej przyjaźni jest szczera rozmowa. Żeby ludzie mogli się zaprzyjaźnić, muszą się poznać, a to jest możliwe właśnie przez rozmowę. W przyjaźni obie strony potrafią wsłuchiwać się wzajemnie w to, co każdy ma do powiedzenia o sobie, o swoich przeżyciach, nawet najdrobniejszych, najzwyklejszych, na pozór banalnych. Dopiero po długich godzinach dialogów, spędzonego razem czasu i wspólnych przeżyciach nawiązuje się niezwykła nić porozumienia, współodczuwania. I wtedy można powtórzyć za Księgą Syracha: Kto przyjaciela znalazł, skarb znalazł (por. Syr 6,14).

Tymczasem wciąż słyszymy tłumaczenie: „nie mam czasu” albo „szkoda czasu, bo czas to pieniądz”. Czy istotnie brakuje czasu? Tak, czasu nie ma się nigdy, dlatego trzeba go poświęcić. A czas to miłość, którą się daje albo – jak mówi powieściopisarz i krytyk Teodor Fontaine (1819-1898) – „czas to balsam i ukojenie”. Myślę, że można to sparafrazować i tak: czas to przyjaźń. Dać komuś swój czas – to jest podstawowy warunek, jeśli chcemy mówić o przyjaźni, jeśli chcemy przyjaźń nawiązać i nie utracić jej.

Wypaczenie relacji

Dziś, niestety, mamy problem z przyjaźnią, bo nastąpiło wynaturzenie relacji: bliższe kontakty między osobami tej samej płci są często postrzegane jako relacje homoseksualne. A przecież jeszcze niedawno nikt się nie dziwił, że kobiety, przyjaciółki trzymały się pod ręce, że mężczyźni w geście przyjaźni i życzliwości obejmowali się ramionami, czy nawet wymieniali pocałunki. Z innych względów, higienicznych, wielu nie podaje nawet ręki drugiemu. A przecież uścisk dłoni jest wyrazem szacunku, ale i przekazaniem naszych emocji drugiej osobie. Dzieje się coś niedobrego, że zanikają normalne, zdrowe relacje i sposoby okazywania bliskości i życzliwości. Dlatego trzeba zrobić wszystko, aby ocalić przyjaźń – dla siebie i dla innych.

 

ks. Dariusz Salamon SCJ

 

Za portalem deon.pl

Przyjaźń, największy prezent

„Przyjaźń jest bowiem jedyną formą związku uczuciowego, której nie towarzyszy ambiwalencja. W zakochaniu możliwa jest nienawiść do osoby kochanej. Bywamy dwuznaczni uczuciowo wobec rodziców i wobec własnych dzieci. Nie możemy natomiast być dwuznaczni wobec przyjaciół. Jeżeli dwuznaczność się w nas pojawia, przyjaźń doznaje uszczerbku. Przyjaciel jest przejrzysty i jasny, wolny od podwójności. Spotkanie z nim to świetlisty punkt w zmętniałym otoczeniu ambiwalencji, to chwila, która przerywa ciągłość dwuznaczności”.
(Francesco Alberoni)

„Wszystkom ci winien, o przyjaźni!
Z tobą mogę wśród wężów chodzić bez bojaźni,
Z tobą mi jest nieszczęście miłe; a bez ciebie
Żyć by mi się przykrzyło z aniołami w niebie”
(Tomasz K. Węgierski)

Przyjaźń możemy budować na każdym etapie życia oraz we wszystkich relacjach międzyludzkich: rówieśniczych, sąsiedzkich, wspólnotowych, zawodowych, narzeczeńskich, małżeńskich, rodzicielskich, religijnych, politycznych. O ile bowiem miłość erotyczna rozwija się zazwyczaj pomiędzy osobami mniej więcej w tym samym wieku, o tyle przyjaźń nie stawia takich ograniczeń.

Różnica wieku, wykształcenia, płci, statusu majątkowego, religii nie stanowi dla przyjaźni większej przeszkody, o ile przyjaciele znajdują wspólną płaszczyznę spotkania, wymiany myśli, dialogu i twórczej pracy. Przyjaźń jest więc tym związkiem, który towarzyszy człowiekowi od dziecięcych lat aż do samej śmierci. Więcej nawet – prawdziwa przyjaźń przekracza próg śmierci.

Bogactwem przyjaciół nie jest majątek ani też wspólnie prowadzone interesy, ale głębokie pragnienia ich serc oraz wielkie horyzonty ich umysłów.

„Przyjaźń jest zgodnością w sprawach ludzkich i boskich, połączona z życzliwością i miłością” – stwierdza Cyceron w traktacie De amicitia.

Jean Lacroix mówi zaś, że „przyjaciele we wspólnym dążeniu do prawdy stają się dla siebie wzajemnie wyrozumiali i otwarci na tyle, na ile to tylko jest możliwe […]. Ci, których łączy przyjaźń, nie tylko wspólnie dążą do prawdy, lecz przede wszystkim szukają jej w sobie wzajemnie”.

Notatki z podziemia o przyjaźni

„Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie.”
(Rz 14, 7)

Zawieranie przyjaźni dokonuje się zazwyczaj w sposób spontaniczny. I choć możemy, a nawet powinniśmy szukać przyjaciół, to jednak nie wolno nam upatrzonej przez siebie osoby – wbrew jej woli – usiłować czynić naszym przyjacielem. W budowaniu przyjaźni nie można sobie pozwalać nawet na cień przemocy. Jakakolwiek manipulacja zachowaniem i wolnością bliźnich sprawia, iż oddalają się oni od nas.

Przyjaźnie powstają i rosną w klimacie spontaniczności, swobody, braku skrępowania. „Najważniejszą regułą przyjaźni jest brak jakichkolwiek reguł” – mawiał Federico Arvesú.

Może właśnie dlatego wielu ludzi tęskniących za przyjaźnią pozostaje wiecznie samotnych, a ich poszukiwania przyjaciela naznaczone są niepokojem i przymusem psychicznym. Fiodor Dostojewski w opowiadaniu Notatki z podziemia w usta głównego bohatera, człowieka żyjącego „w podziemiu”, egoisty, odludka i dziwaka, wkłada takie wspomnienie:

„Kiedyś miałem naprawdę przyjaciela; ale byłem już w duszy despotą; chciałem mieć nieograniczoną władzę nad jego duszą; chciałem natchnąć go pogardą względem otaczającego go środowiska; zażądałem od niego wyniosłego i ostatecznego zerwania z tym środowiskiem. Przestraszyłem go moją namiętną przyjaźnią; doprowadzałem go do łez, do spazmów; była to natura naiwna i pełna oddania; lecz kiedy mi się podporządkował całkowicie, znienawidziłem go i odtrąciłem od siebie”.

Tak właśnie kończą się przyjaźnie, w których ludzie nie szanują wzajemnie swojej wolności i autonomii.

Jeżeli przyjaźń ma być autentyczna i dojrzała, przyjaciele winni dawać sobie wzajemnie pełną wolność. Wszelkie formy zawłaszczania, posiadania, zazdrości i wzajemnej manipulacji są przeciwne przyjaźni. Przyjaźń wymaga także pewnego oderwania się od swoich potrzeb, pragnień i upodobań, słowem – zapierania się siebie samego.

„Nie tylko dla siebie urodziliśmy się. Części naszego istnienia domaga się dla siebie ojczyzna, a części przyjaciele” – powiada Cyceron. Św. Paweł zaś, dla którego przyjaźń z Jezusem miała najwyższą wartość, głosi: Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana (Rz 14, 7-8).

Aby nawiązać przyjaźń, konieczna jest nam także wiara w nią. Rodzi się ona zwykle we wczesnym dzieciństwie. Słusznie więc opowiadania dla dzieci przesycone są ufnością do świata i wiarą w możliwość zbudowania przyjaźni. Maria Rodziewiczówna zauważa, że „w baśni silny wspiera słabego, głupi dobry zwycięża silnego złego, a stworzenie Boże: ptaki, zwierz, gad, owad, wraca do przyjacielstwa z człowiekiem”.

Gdy wstecz obrócą wzrok

„Niezapomniane młodzieńcze lata!
Szkolne wspomnienia niezapomniane! […]
Wyście jak balsam na krwawą ranę!
Gdy wstecz obrócę wzrok, taki łzawy,
Wnet się jak czarem byt złoci szary –
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!”.
(Artur Oppman)

Piękne wspomnienia z dzieciństwa wiążą się niewątpliwie z pięknymi przyjaźniami z tego okresu życia. W dzieciństwie bowiem, kiedy miłość wydaje się odległa i patrzy się na nią z pewnym lekceważeniem, przyjaźń odgrywa wielką rolę.

Z przyjacielem podejmuje się pierwsze wyprawy w świat, by odkrywać jego wielkość i piękno. Mali przyjaciele dzielą się wszystkim, co ich ciekawi i zachwyca. Nigdy nie nudzą się w swojej obecności. Zawsze znajdą ciekawy sposób na spędzenie czasu. Wyjeżdżając na wakacje, rozstają się bez żalu, by po kilku tygodniach spotkać się ponownie ku wielkiej wspólnej uciesze. Mali przyjaciele często siebie wspominają, ale nie trawi ich zbytnia tęsknota.

W dzieciństwie dzieli się z przyjacielem niepokoje związane z dorastaniem, niezrozumieniem ze strony dorosłych, pierwsze sukcesy. W sposób szczególny szuka się obecności przyjaciela w chwilach porażek. W niepowodzeniu bowiem przyjaciel nie poniży, ale na pewno zrozumie i poda pomocną dłoń. I choć nie potrafi zaradzić wielu trudnościom, ponieważ także i on bywa bezradny, to jednak – jak nikt inny – pocieszy swoją obecnością i współczuciem.

Przyjaciel w okresie dzieciństwa pomaga także ocenić własne siły i bardziej uwierzyć w siebie. Gorące rozmowy, sprzeczki, kłótnie, a także wspólne siłowanie się, które przeradza się niekiedy w przyjacielską rywalizację, pozwalają docenić i zaakceptować siebie oraz własne możliwości. Jeżeli nawet przyjaciel okaże się silniejszy, zdolniejszy czy bardziej wysportowany, nigdy nie upokorzy i nie wyśmieje.

 

Przyjaciele, choć nie kryją przed sobą swoich braków i słabości, to jednak doceniają nawzajem swoje zalety, osiągnięcia i sukcesy. Przyjaźnie czasu młodości stanowią swoiste przymierze pomocy i wzajemnego wsparcia. I choć los często rozłącza przyjaciół z dzieciństwa i okresu dorastania, to jednak zachowują oni w swoich sercach miłe i wdzięczne wspomnienie wspólnie przeżytych doświadczeń. „Przyjaźń zawarta w dzieciństwie – to jedyne, co nie umiera wcześniej niż my” – zauważa Heinrich Mann.

Egzemplum – Adam i Ewa

„I tęskniąc sobie zadaję pytanie: Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?”. (Adam Mickiewicz)

Miłość i przyjaźń bynajmniej się nie wykluczają, ale mogą się wzajemnie dopełniać. Przyjaźń dwojga młodych ludzi, mężczyzny i kobiety, łatwo może się przerodzić w miłość.

„Kiedy dwie osoby, które odkrywają, że idą tą samą tajemną drogą, są płci odmiennej, przyjaźń zawiązująca się między nimi może się zmienić – i to w ciągu pierwszej pół godziny – w zakochanie” – pisze Clive S. Lewis.

W powieści Pan Wołodyjowski Henryka Sienkiewicza Zagłoba przestrzega swego kompana:

„Strzeż się, Michale, przyjaciela płci białogłowskiej, chociażby miał wąsiki, bo albo ty jego zdradzisz, albo on ciebie zdradzi. Diabeł nie śpi i rad między takimi przyjaciółmi siada, a egzemplum Adam i Ewa, którzy jak się zaczęli przyjaźnić, tak aż Adamowi kością w gardle owa amicycja stanęła”.

Relacja przyjaźni między kobietą a mężczyzną może więc bardzo łatwo przemienić się w zakochanie i miłość. Nigdy jednak odwrotnie. Kiedy chłopak i dziewczyna, mężczyzna i kobieta przeżyli wspólnie głębokie uczucie zakochania i miłości, ich rozejście się pozostawia zawsze głęboką ranę w obu sercach. Po doświadczeniu głębokiej miłości erotycznej nie można już rozejść się w sposób bezbolesny, nawet jeżeli obie strony bardzo tego pragną i zapewniają się wzajemnie o życzliwości i przyjaźni.

„Pozostaniemy nadal przyjaciółmi” – słowa te, choć wyrażają dobrą wolę, maskują tylko cierpienie rozstania. Etty Hillesum, w dzienniku Przerwane życie, robiąc obrachunek z przyjaźni z Juliusem Spierem, swoim terapeutą, przyznaje, że wzajemny erotyzm zniszczył ich przyjaźń.

Żal z powodu niespełnionego oczekiwania na dozgonną miłość sprawia cierpienie i na długo pozostawia w sercu bolesne wspomnienia. Aby ludzie spędzający ze sobą wiele miesięcy czy nawet lat nie ranili się w sposób bolesny, winni rozmawiać o swoich wzajemnych uczuciach. Tylko w ten sposób będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie postawione przez wieszcza: „Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?” i podjąć w odpowiednim czasie stosowne decyzje.

Jeżeli bowiem jest to tylko niezobowiązująca przyjaźń, mogą rozstać się bezboleśnie. Kiedy jednak jest to już oblubieńcza miłość, wówczas konieczna jest wzajemna odpowiedzialność za siebie i perspektywiczne myślenie o przyszłości.

Udoskonalenie miłości

„Przyjaźń powinna być składnikiem miłości. Jest ona wówczas jednym z piękniejszych osiągnięć człowieka, udoskonala miłość i przekształca ją”. (Jean Lacroix)

O ile na początku małżeńskiego pożycia dominują przede wszystkim więzi o charakterze erotycznym, to w miarę upływu czasu doświadczenie przyjaźni zaczyna odgrywać coraz większą rolę.

„Pragnienie władzy i potrzeba dominowania obecne są […] w stosunkach małżonków, między osobami, które się kochają. Są pary, które toczą nieustanną, skrytą grę złożoną z aktów samopotwierdzenia, kosztem drugiej strony, z oskarżeń, z zadawanych upokorzeń” – zauważa Francesco Alberoni. Aby w pożyciu młodych małżonków nie tworzyły się takie właśnie destrukcyjne układy, relacje oblubieńcze winny być dopełniane więzią przyjaźni.

Jeżeli małżonkowie zaniedbują budowanie partnerskich więzi przyjaźni, to wraz z osłabieniem ich relacji emocjonalnej, co nieuchronnie przychodzi wraz z upływem czasu, stają się wobec siebie coraz bardziej obojętni. Niekiedy nawet narasta wzajemna niechęć i wrogość. To smutne, kiedy małżonkowie, których łączą dziesiątki wspólnie przeżytych lat, niewiele mają sobie do powiedzenia.

W takiej sytuacji ulegają nieraz pokusie koncentracji na drobnych nieporozumieniach i konfliktach. Pielęgnowanie więzi przyjaźni pomiędzy małżonkami mogłoby ożywić ich wzajemne relacje. Przyjaźń wzniosłaby je na wyższy poziom. „Czym dla ptaka są skrzydła, tym dla człowieka przyjaźń: wznosi go ponad proch ziemi” – stwierdza Zenta M. Raudive. Także przyjaźń małżonków wznosi ich relacje ponad proch ziemi.

Przyjaźń należy uznać za istotny komponent relacji małżeńskiej. Jean Lacroix pisze, że „przyjaźń powinna być składnikiem miłości. Jest ona wówczas jednym z piękniejszych osiągnięć człowieka, udoskonala miłość i przekształca ją. Ów groźny płomień namiętności, bez którego nie istnieje ludzka miłość, oczyszcza się w przyjaźni przez uwznioślenie i uduchowienie.

Podczas gdy miłość toleruje czasem jakieś kłamstwo, przyjaźń opiera się na prawdzie, żyje tylko szczerością”. Przyjaźń pomiędzy małżonkami pogłębia, stabilizuje i umacnia także ich relacje ojcowskie i macierzyńskie z dziećmi. Przyjaźń pomiędzy ludźmi, którzy się kochają miłością oblubieńczą, rodzi się zwykle powoli i wymaga niemałego nakładu zaangażowania i ofiarności.

Najpiękniejszy dar ofiarowany dzieciom

„Ze wszystkich darów natury, cóż jest słodszego dla mężczyzny niż dar jego dzieci?”. (Cyceron)

Dorastające dzieci pragną nie tylko dorównać swoim rodzicom, ale także w jakiś sposób ich pokonać, stąd też budowanie z nimi przyjaźni w tym okresie wymaga szczególnych rodzicielskich starań. W wieku dojrzewania następuje często swoista rywalizacja dzieci z rodzicami, zwłaszcza dotyczy to relacji ojca i syna oraz matki i córki.

Jeżeli matka i ojciec posiadają dobre i pogłębione relacje z własnymi dziećmi, wówczas pozwalają im zwyciężyć w tej rywalizacji, nie widząc w tym bynajmniej zagrożenia dla swojego autorytetu. Jeżeli jednak traktują tę zabawę zbyt poważnie, zamienia się ona w walkę. A wówczas łatwo budzi się wzajemna wrogość i niechęć, co utrudnia budowanie więzi.

Przyjaźń z własnymi dziećmi nie polega wyłącznie na wzajemnej trosce o siebie czy też na więzi uczuciowej, ale także na pielęgnowaniu wspólnych zainteresowań kulturalnych, intelektualnych, religijnych, zawodowych, społecznych, politycznych. Budowanie trwałych związków przyjaźni rodzica z dzieckiem winno zacząć się możliwie jak najwcześniej. Staraniom rodziców musi towarzyszyć świadomość, iż czasu na zbudowanie głębokiej, szczerej przyjaźni ze swoimi pociechami mają stosunkowo niewiele.

 

Jeżeli nie zaczną budować jej kilka lat przed okresem dojrzewania dziecka, szanse na jej zbudowanie w okresie późniejszym są raczej znikome. Gdy w świadomości dorastającego nastolatka zrodzi się przekonanie, iż ojciec i matka są wobec niego obojętni albo wręcz nastawieni nieprzychylnie, wówczas zbudowanie wzajemnego zaufania, bez którego nie ma przecież prawdziwej przyjaźni, jest praktycznie niemożliwe. Dzieci odchodzą wówczas z domu w przekonaniu, że nie były przez rodziców dość kochane.

Już przy narodzinach potomstwa matka i ojciec powinni sobie koniecznie uświadomić, że zaufanie i przyjaźń z własnym dzieckiem to najpiękniejszy dar, jaki mogą mu ofiarować. Darem tym ich dzieci będą dzielić się hojnie z innymi przez całe swoje życie.

Przyjaźń jest zawsze pomocna

„Przyjaźń zawsze jest pomocna, miłość niekiedy nawet szkodzi”. (Seneka)

Dla wielu mężczyzn i kobiet przyjaźnie z osobami tej samej płci bywają pewną odskocznią od pełnej napięć miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Spotkania w gronie przyjaciół wnoszą zwykle wiele pokoju, harmonii, pogody ducha, pomagając w ten sposób rozwiązywać trudności, nieporozumienia oraz kłótnie małżeńskie i rodzinne.

„Przyjaźń jest bowiem jedyną formą związku uczuciowego, której nie towarzyszy ambiwalencja. […] W zakochaniu możliwa jest nienawiść do osoby kochanej. Bywamy dwuznaczni uczuciowo wobec rodziców i wobec własnych dzieci. Nie możemy natomiast być dwuznaczni wobec przyjaciół. Jeżeli dwuznaczność się w nas pojawia, przyjaźń doznaje uszczerbku. […] Przyjaciel jest przejrzysty i jasny, wolny od podwójności. Spotkanie z nim to świetlisty punkt w zmętniałym otoczeniu ambiwalencji, to chwila, która przerywa ciągłość dwuznaczności” – stwierdza Francesco Alberoni.

Te same zależności zachodzące między przyjaźnią a miłością Seneka określa zwięźle i bardzo dosadnie: „Przyjaźń zawsze jest pomocna, miłość niekiedy nawet szkodzi”, ponieważ – jak powiada Platon – „miłość jest ślepa”.

Przyjaźnie z osobami tej samej płci, w których realizowane są ważne zadania i cele życiowe, są znakiem otwartości na świat i dlatego nie powinny być odbierane przez współmałżonkę lub współmałżonka jako zagrożenie dla życia rodzinnego. Z czasem przyjaźnie te w jakiejś formie wtapiają się w życie rodzinne, pod warunkiem, oczywiście, że żona akceptuje przyjaciela męża, a mąż przyjaciółkę żony.

Kiedy zaś przyjaciel posiada swoją własną rodzinę, często przyjaźnie te z osobistych przemieniają się w przyjaźnie rodzin i stają się przymierzem wzajemnego wsparcia i pomocy dwóch lub nawet więcej rodzin.

Szczególnie cenne są dzisiaj przyjaźnie męskie. Chronią one wielu mężczyzn od ulegania pokusom ostrej rywalizacji, wzajemnych zazdrości i wrogości. Męskie przyjaźnie ojców są dla synów wzorem męskiej współpracy pozbawionej chorych ambicji, walki, niezdrowej rywalizacji i zazdrości.

Aby mogły przetrwać takie właśnie męskie czy kobiece przyjaźnie, muszą być troskliwie pielęgnowane. Nie mogą one być jednak ważniejsze od relacji małżeńskich i rodzinnych. Pierwsze bowiem miejsce w sercu mężczyzny ma należeć do żony, a w sercu kobiety – do męża.

Przez wzgląd na moich przyjaciół

„Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół będę mówił: ‚Pokój w tobie!’. Przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, będę się modlił o dobro dla ciebie.”
(Ps 122, 8-9)

W miarę upływu naszego życia, rośnie zwykle grono przyjaciół. I choć czujemy się z nimi związani, to jednak brakuje nam nieraz dla nich czasu, sił, energii, cierpliwości. Myśl o wielu z nich rodzi w nas poczucie winy i bezradność. Mamy bowiem świadomość, że niektórzy z pewnością potrzebują naszego wsparcia, a my nie umiemy im pomóc.

Aby nie wysłuchiwać żalów i narzekań starych przyjaciół, którym życie się nie poukładało, stosujemy niekiedy różne wykręty i uniki. Nie zawsze czynimy to uczciwie.

Co możemy i co powinniśmy w takich sytuacjach robić? Przecież czujemy się tacy bezradni. Możemy się modlić za nich i za siebie. W modlitwie odnajdziemy bowiem odwagę i moc, by – wbrew trudnościom – podtrzymać istniejące więzi przyjaźni. Modlitwa pozwoli nam zachować w sercach wewnętrzną otwartość, życzliwość, współczucie i wrażliwość na potrzeby i troski naszych przyjaciół. To dzięki modlitwie otrzymamy światło, w jaki sposób moglibyśmy przyjść im z pomocą.

Przyjaciele zwykle dobrze rozumieją nasze ograniczone możliwości, brak czasu, energii, sił. Oni wcale też nie oczekują od nas rzeczy nadzwyczajnych. Wewnętrzna wolność i przejrzystość, jaką zdobywamy dzięki modlitwie, może nam pomóc nie tylko zachować przyjaźń, ale rozwijać ją wbrew naszemu zabieganiu, zapracowaniu i chronicznemu brakowi czasu.

Choć przyjaźń przeżywa dzisiaj kryzys, to jednak niezmiennie prawdziwe pozostają słowa Epikura, filozofa greckiego żyjącego w IV wieku przed Chrystusem: „Przyjaźń jest najpiękniejszym z wszystkich prezentów, jakimi możemy zostać obdarowani, aby uszczęśliwić swoje życie”.

Słowa Jezusa: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15, 13) uprzytamniają nam jednak, iż za ten piękny dar, sprawiający nam tyle radości, jakim jest przyjaźń, trzeba zapłacić wysoką cenę zaangażowania, wysiłku, ofiary, a nieraz także cierpienia i krzyża.

O. Józef Augustyn SJ

 

Za portalem deon.pl

Ucieczka od kryzysu czyli o przyjaźni

Czasy kryzysu sprzyjają ucieczkom w dziedziny niecodziennych dumań. Rzeczy, zdawałoby się, najprostsze stają się obiektem zainteresowania tych części duszy, co bardziej parają się refleksją niż codzienną walką o (prze)życie. Jeśli oczywiście poruszenia czegoś takiego jak „dusza” kogokolwiek dziś jeszcze mogą zajmować.

Przyjmijmy jednak, że zajmują – z nadzieją, iż nie znajdziemy się w domenie bzdetów i uzurpacji. Jak powiada mój znajomy bankowiec, narzekający na postępy kryzysu, pięknoduchostwo bywa lekarstwem najlepszym na finansowe frustracje. Pod warunkiem, że jest zdrowe. Nie bardzo wiem, czym jest „zdrowe pięknoduchostwo”, ale rzeczywiście właśnie w ostatnim czasie dopadły mnie – z powodu kryzysu, czy obok niego – dumania na temat przyjaźni.

Gdy wiosną 44 roku przed Chrystusem Rzym drżał w posadach po zabójstwie Cezara, Cyceron, jak gdyby nigdy nic, pisał nowy traktat. Za temat wybrał przyjaźń. Jeśli przedostało się do tego dzieła coś z ponurej atmosfery tamtych miesięcy, to głęboko zostało przez autora ukryte. Nie znajdzie się w nim tyrad w obronie wolności republiki, którymi jeszcze i mnie straszono przed laty na lekcjach łaciny. (Skutek jest taki, że samo wyrażenie „wolność republiki” odruchowo umieszczam w moim prywatnym katalogu fraz do szczętu zramociałych).

Vox populi i bonum publicum jakoś nagle przestały interesować najznamienitszego wśród rzymskich retorów i to w czasach, gdy refleksja nad państwem zdawać by się mogła szczególnie potrzebna. Cyceron tamtej ponurej wiosny, pisząc owo sławne później dzieło, zwane po prostu De amicitia, pytał o coś innego:

„[…] jak życie może być <<warte życia>>, jeśli nie zaznało ono odwzajemnionej życzliwości przyjaciela? Cóż może dać więcej zadowolenia niż mieć kogoś takiego, z kim odważyłbyś się rozmawiać tak jak z sobą samym? Czy radość z powodzenia byłaby tak wielka, gdybyś nie miał przyjaciela, który by cieszył się z niego równie jak ty sam? A jakże trudne byłoby znoszenie przeciwności bez przyjaciela, który znosiłby je nawet ciężej od ciebie!”

Na czym jednak właściwie polega trudność życia bez przyjaźni? Ostatecznie wyobrazić sobie można absolutnie szczęśliwych samotników, którzy dość mają własnych wewnętrznych poruszeń, by samodzielnie wprawiać się w zachwyt bądź cierpienie. Wątpliwe jednak, by Cyceron rozumiał i doceniał taką postawę.

Pisał wszak z niewzruszoną pewnością:

„Jeśli przyjaźń łączy w sobie bardzo wiele nader ważnych pożytków, tedy pierwsze miejsce zajmuje wśród nich wszystkich bez wątpienia to, ze przyświeca nam na przyszłość dobrą nadzieją i nie pozwala duszom naszym ani na osłabnięcie, ani na upadek. Kto bowiem spogląda na przyjaciela, spogląda jakby na jakieś własne odbicie”.

Jest zatem przyjaciel jak zwierciadło, w którym odsłania się nasz zakryty dla innych konterfekt. Nadzieja z trudem obywa się bez takiego lustra. Rysy naszej twarzy i właściwości zwierciadła muszą się jednak jakoś ze sobą zbiegać. Cóż może je łączyć? Cystersi w średniowieczu, dając odpowiedź na tę kwestię, mawiali, że przyjaźń jest speculum caritatis – lustrem (boskiej) miłości. Cokolwiek to za ładniutkie, czyż nie? Inna rzecz, iż dziś trudno nawet nam pojąć, jak wielka część europejskiej kultury jest – wedle naszych wąskich standardów – „rozpoetyzowana”. Dawne mądrości skłonni jesteśmy brać za puste egzaltacje.

Czy nie wypada nam się z politowaniem uśmiechnąć na takie dicta Cycerona:

„Każdy przecież miłuje siebie nie dlatego, żeby za miłość tę miał dostać od siebie samego jakąś zapłatę, lecz dlatego, że każdy jest sobie drogi sam przez się; i jeżeli nie przeniesiemy tego do przyjaźni, to nigdy nie znajdziemy prawdziwego przyjaciela, gdyż może być nim tylko ten, kto jest jakby moim drugim wcieleniem”.

I co? Nie uśmiechamy się drwiąco? W świecie wydarza się przecież tyle spraw ważniejszych od tego, jakby pewnie dziś powiedziało wielu, nieprzytomnego ględzenia. Przyjaźń po prostu jest albo jej nie ma. Po co się jeszcze zastanawiać nad jej „prawdziwością” czy nad sensem owego staroświeckiego „miłowania” (w szczególności po Freudzie i seksualnej rewolucji)?

Być może jednak w tych naszych pospiesznych refutacjach odsłania się jakaś nasza podstawowa skaza? W końcu ludzie mówi, pisali i czytali o przyjaźni przez wieki. Cyceron wcale nie był wyjątkowy. Taki np. Montaigne w wieku XVI stworzył o przyjaźni esej wspaniały. I ten oddany światowym rozkoszom sceptyk nie zawahał się o swym druhu – Stefanie de la Boëtie – napisać słów następujących:

„Gdyby mnie ktoś przypierał, abym powiedział, czemum go pokochał, czuję, że nie można by tego wyrazić inaczej, jak jeno odpowiedzią: <<Bo to był on; bo to byłem ja.>> Istnieje poza całym rozumowaniem i poza wszystkim, co mógłbym tu powiedzieć, jakaś nieznana mi, niepojęta i konieczna siła, która spoiła ten związek. Szukaliśmy się, nimeśmy się ujrzeli, a to, cośmy słyszeli o sobie wzajem, bardziej przygotowało grunt naszej przyjaźni, niż to zazwyczaj bywa udziałem takich pośrednich słychów: snadź przez jakoweś rozkazanie niebios”.

Maciej Janowski w Narodzinach inteligencji.1750-1831, pierwszym tomie wydanych ostatnio Dziejów inteligencji polskiej pod redakcją prof. Jerzego Jedlickiego, zwrócił uwagę na wielką wolę zawierania i podtrzymywania przyjaźni w późnym polskim oświeceniu i romantyzmie. Po trzecim rozbiorze powstawało u nas mnóstwo przyjacielskich kręgów, w której bardziej o polityce i historii rozmawiano, w sposób prawie całkowicie dla nas dziś niezrozumiały, o przyjaźniach „prawdziwych”. Ludzie tamtego czasu nie wstydzili się takich rozmów.

„Celebrowali swą przyjaźń, zastanawiali się jaka być powinna. Do prawdziwej przyjaźni nie wystarczy zaufanie, szacunek i tkliwość (bo to wszystko można czuć np. wobec rodziców) – potrzeba jeszcze <<podobnego sposobu myślenia i równości lub przynajmniej niewielkiej różnicy w wieku i zewnętrznym położeniu człowieka>>, a także <<najzupełniejszej znajomości wszelkich potrzeb i słabości nawzajem>> (tak pisał w swych Myślach o przyjaźni żyjący w Krakowie na przełomie XVIII i XIX wieku Józef Sygiert).

Ten program pragnęło wypełnić wielu młodych ludzi w pierwszych dekadach XIX wieku. Zgodnie z powyższym fragmentem rozpaczliwie starali się dokonać wiwisekcji samych siebie z uporem, który u dzisiejszego czytelnika, świadomego fundamentalnej niewykonalności przedsięwziętego zadania, nie może nie budzić szacunku zmieszanego z żalem.

Młodzi ludzie chcą odsłonić przed przyjacielem wszystkie kolejne pokłady swej psychiki; czasem udręczają się, czy aby na pewno są dostatecznie szczerzy. Widzimy tego przykłady w korespondencji filomatów. W młodzieńczej przyjaźni tamtych czasów było jednak często coś więcej niż egzaltowany ekshibicjonizm: było tam poczucie odpowiedzialności za przyjaciela, dążenie do udzielenia wsparcia, a nieraz – w sytuacjach krańcowych – także heroizm i samoofiarowanie się”.

Dziś zatem autowiwisekcja (czy, dodajmy, wiwisekcja wspólna) w przyjaźniach są niewykonalne… Może zresztą to tylko kwestia naszego zalęknienia. Wydaje się nam, że przyjaźń nie powinna być domeną zwierzeń. Wszystkie słowa są zbędne, bo z zasady podejrzane o nadmiar afektacji. Tylko jakiś bezsłowny „wewnętrzny zmysł” ma nam jakoś pomóc w odnajdowaniu przyjaźni „prawdziwej”, a jeśli kto lubi, to i w tworzeniu „hierarchii” przyjaźni. Może jednak Wittgenstein miał racje twierdząc, że to, co niewyrażone w języku, nie istnieje jako poznane…

Gdyby bowiem przyjąć, iż przyjaźń opiera się rzeczywiście na lustrzanej wymianie uczuć, myśli, cierpień, przyjemności i czego tam jeszcze, to wcale nie musi być ona zjawiskiem spotykanym powszechnie. „Prawdziwa” przyjaźń domaga się jedyności i niepodzielności. Dość celnie pisał o tym Montaigne:

„Doskonała przyjaźń, o której tu mówię, jest niepodzielna: każdy oddaje się przyjacielowi tak całkowicie, iż nic mu nie zostaje na postronne związki; przeciwnie, każdy troska się, że nie jest podwójny, potrójny i poczwórny, i że nie ma kilku dusz i kilku woli, aby je wszystkie oddać. W pospolitych przyjaźniach można się tak rozdzielić: można w tym miłować piękność, w drugim hojność, w tamtym ojcostwo, w tym braterstwo i tak dalej, ale przyjaźń, która posiadła duszę i panuje nad nią wszechwładnie, nie może nijak być rozdwojona”.

Przyjaźń to inny rodzaj miłości niż miłość erotyczna czy rodzinna. Ostatecznie, jak bezlitośnie krzywi się Montaigne, małżeństwo innym służy celom niż głębokie związki a z bratem wcale nie muszę mieć przyjacielskiej wspólnoty tylko dlatego, żeśmy z nim wyleźli przez ten sam otwór…

Czy może przyjaźń jednak rzeczywiście panować nad duszą, gdy wstyd przed odsłonięciem siebie jej na to nie pozwala? Cyceron dawał na to oczywiście odpowiedź gotową (jako mędrzec powszechnie w swym czasie ceniony nie miał zresztą chyba innego wyjścia):

„Mędrzec potrafi przestrzegać w przyjaźni dwóch następujących zaleceń: najprzód, iżby nie było tam nic obłudnego lub nic udanego, bo nawet nienawiść otwarta jest szlachetniejsza niż nieujawnianie na zewnątrz swego uczucia; a następnie, iżby nie tylko odrzucać obwinienia, z jakimi występują drudzy, lecz i samemu nie być podejrzliwym, wciąż przypuszczającym, że coś tam jednak przyjaciel wobec nas zawinił. Niechaj dołączy do tego jakiś miły sposób prowadzenia rozmów i obcowania, będący wcale nie podrzędnym dodatkiem do przyjaźni”.

Czyli trzeba się otwierać i jeszcze nie podejrzewać drugiej strony o obłudę.

Wynika stąd, że poziom emocjonalnego skomplikowania Rzymian nie odznaczał się szczególną złożonością. A może po prostu epoka była mniej podejrzliwa? W końcu i oni zdrad doświadczali. Tamtej wiosny 44 roku zdrada występowała nawet dość powszechnie.

Nam dziś strasznie trudno przed drugim się odsłaniać tajniki własnej duszy. Boimy się głębszych przyjaźni. Psychoterapia (w Polsce wciąż i spowiedź) wydają się rozwiązaniami ponętniejszymi. Cyceron, choć ani psychoterapii, ani spowiedzi nie znał, mimo to obstawał przy swoim:

„Jeżeli, jak się to mówi, nie widzisz otwartego serca przyjaciela ani też nie otwierasz mu swojego, to nie masz w niej nic pewnego, nic niezawodnego, nie możesz nawet kochać albo być kochanym, gdyż nie wiesz w jakiej mierze jest to szczere”.

A co wtedy, gdy zdolność „otwartego serca” została zatracona? Wyznania się nie kleją albo ich wysłowienie staje się problemem nie do przejścia. Ciążą słowa wyświechtane, uczucia wyrażone w nadmiernie tani sposób. Boli udział innego we własnych bólach i niegodziwościach. Pozostaje ucieczka w pragmatyzm – czyli coś w rodzaju angielskiej konwersacji na tematy „bezpieczne” albo, co jeszcze gorsze, myślimy tylko o korzyściach płynących dla nas ze spotkania z drugim.

I gdy korzyści nie ma, samo istnienie głębszej przyjacielskiej relacji staje się zawadą i wyrzutem. A przecież, jak pisał Cyceron, „przykrość, jaką często znieść trzeba ze względu na przyjaciela, nie ma tak wielkiego znaczenia, iżby miała usunąć z życia przyjaźń”. I dalej jeszcze dodawał:

„Niechże tedy pierwszym niewzruszalnym prawem przyjaźni będzie, żebyśmy wymagali od przyjaciół rzeczy uczciwych i sami czynili dla nich tylko rzeczy uczciwe, w dodatku wcale nie czekając, aż nas o to poproszą. Bądźmy zawsze do tego gotowi i nie zwlekajmy. W związku przyjaźni powaga dobrze radzących przyjaciół ma bardzo wielkie znaczenie; z jednej strony więc powinno się nią posługiwać do udzielania napomnień nie tylko szczerych, lecz i ostrych, jeśli okoliczności będą tego wymagały, a z drugiej strony powinno się okazywać jej posłuch”.

Udzielać rad i napomnień wtedy, gdy drugi ucieka? Gonić go za wszelką cenę w imię powagi? Cyceron zagalopował się trochę. W końcu, jak powiada św. Paweł, nie wolno nam żadną miarą stawać się „niewolnikami ludzi” (choć sam Paweł mowił o sobie skądinąd, że jest „niewolnikiem wszystkich”). Doskonała wspólnota radości i cierpienia musi mieć zatem swe ograniczenia. Dlatego pewnie, zastanawiając się nad sensem przyjaźni, warto pamiętać o tajemniczym zdaniu zapisanym przez Platona w Lizysie:

„Twierdzimy, że czyby to o duszę szło, czy o ciało, wszędzie przyjaciel to ten, który nie będąc ani złym ani dobrym, lubi dobro, ponieważ ma w sobie zło”.

Jestem dla przyjaciela lustrem, w którym może przyglądać się swojemu dobru, tak jak ja przyglądam się mojemu dobru w nim. A że przy okazji własne cierpienia i grzechy mogą stać się bardziej dojmujące – czy naprawdę trzeba się tego lękać?

Bo jednak niedobrymi doradcami są egoistyczni samotnicy, którzyi nie pozwalają na związki przyjaźni, widząc w głębszym spoufaleniu główne źródło wewnętrznych niepokojów. Menander uważał za naprawdę szczęśliwego takiego człowieka, który spotkał choćby cień przyjaciela. „Miał rację tak mówić, pisze Montaigne, zwłaszcza jeśli tego posmakował”.

Sebastian Duda

 

Za portalem deon.pl