Bądźcie pozdrowieni za to, że jesteście leczeni zamiast leczyć innych

Posłanie do nadwrażliwych

Kazimierz Dąbrowski


Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności

Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi

Wyznać miłość po wyjściu z szamba

Wyznać miłość po wyjściu z szamba

Wojciech Ziółek
Spowiedź to pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

ROMAN BIELECKI OP: Dlaczego tak często rozmawiamy o spowiedzi? To dowód żywotności tego sakramentu czy raczej naszej bezradności w jego przeżywaniu?

WOJCIECH ZIÓŁEK SJ: Chyba jedno i drugie. Większość z nas czuje, że przez ten sakrament można zrobić wiele dobrego, a jednocześnie bardzo wiele złego. Każdy ma w tym zakresie sporo doświadczeń, od takich, kiedy wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, po takie, w których nie wiedzieliśmy, jak się zachować – krzyczeć czy płakać.

Sam pamiętam, jak w drugiej klasie liceum poszedłem do spowiedzi do jednego z kościołów w moim rodzinnym Radomiu. Powiedzieli mi na oazie, że dobrze mieć w życiu stałego spowiednika, i to najlepiej zakonnika. No to poszedłem. To była taka spowiedź na dzwonek. Zadzwoniłem po księdza i czekałem. I do dziś nie wiem, czy temu księdzu w obiedzie przeszkodziłem, czy w czytaniu gazety, czy w poobiedniej drzemce, bo kiedy przyszedł, to był bardzo wkurzony i strasznie na mnie krzyczał. Strasznie i długo. Przez następne dwadzieścia dwa lata nawet nie wszedłem do tego kościoła. A kiedy sam chciałem wstąpić do zakonu, to nie wiedziałem konkretnie, do którego, ale wiedziałem, że na pewno nie do tego, w którym był tamten zakonnik.

Udało się ojcu przełamać tamtą zadrę?

Tak. W dwudziestą rocznicę mojego życia zakonnego. Pomyślałem sobie: Ziółek, ty już jesteś dorosły facet i czas najwyższy zmierzyć się z demonami przeszłości. I poszedłem się wyspowiadać do tamtego kościoła. Trafiłem do młodego księdza, który mnie bardzo dobrze potraktował i powiedział parę dobrych rzeczy. Tak to się zakończyło.

Nie wszyscy jednak zostają zakonnikami, nie wszyscy mają tyle odwagi, żeby się ponownie zmierzyć z konfesjonałem, i już więcej do spowiedzi nie przychodzą. I to jest rzeczywiście bezradność.

Kiedyś jeden z moich współbraci nazwał spowiedzi przedświąteczne „masówką pokutną”. Spotkało się to z ostrą reakcją jednego z biskupów, który zwrócił uwagę, że nie można tak mówić. Jak ojciec postrzega takie okazyjne spowiedzi? Należy to zjawisko zwalczać czy reformować?

Jezuicka pokora nie pozwala mi pouczać dominikanów, ale gdyby tak powiedział któryś z moich współbraci, to bym go zapytał: A kim ty, chłopie, jesteś, że tak z góry ludzi osądzasz? Skąd wiesz, co się w nich dzieje?

Lubię przedświąteczne spowiedzi. A byłem i proboszczem, i duszpasterzem akademickim, więc wiem, co mówię. Spowiadam wtedy, ile mogę, i czuję się jak w świątyni jerozolimskiej w święto Paschy. Tu przynoszą baranki na ofiarę, tam tłum ludzi napiera, a tu jakieś gołąbki sprzedają, cyrk, gwar i ścisk. Bardzo lubię spowiedzi w Wielką Sobotę, gdy z jednej strony ludzie przychodzą z koszyczkami do święcenia, a z drugiej stoją w gigantycznych kolejkach do konfesjonału. Spowiedź to jest rzeczywistość bosko-ludzka. Człowiek przynosi całą swoją biedę razem z tą kiełbasą do poświęcenia. Przychodzi, staje w kolejce, czeka, kruszeje albo i nie, różnie bywa, ale tylko Pan Bóg ma wgląd w jego serce. Coś mu jednak każe w tej kolejce stanąć i grzechy wyznać. A poza tym, nie bądźmy hipokrytami. Czy jako zakonnicy, jako księża zawsze wyznajemy swoje grzechy bez pośpiechu, elegancko i wzorcowo?

W sąsiedztwie jednego z naszych klasztorów znajduje się galeria handlowa. Najpierw jest Empik, Carrefour, zakupy na całego, a potem kolejny punkt na liście: konfesjonał. I jeszcze basen. Gdzie tu powaga sakramentu?

Właśnie w samym środku. Dzięki temu objawia się Bóg żywy. Przez niedoskonałych ludzi i niedoskonałe obrzędy. A jak to wygląda w Środę Popielcową, przy posypaniu głów popiołem? Wtedy wszyscy jesteśmy równi. I panie w koafiurach, co jedynie lekko uchylają berecik lub kapelusik, i łysiejący panowie, i chłopaki z dredami, i dziewczyny całe w żelach i lakierach, i przemęczeni ludzie w średnim wieku z coraz głębszymi zmarszczkami na czole, i małe dzieci z ciekawością przyglądające się temu, co robią starsi. Wszyscy pochylają głowę, bo taką mają potrzebę. Nieważne czy duchową, czy psychologiczną, nie analizujmy tego drobiazgowo. Jakaś jest. Wszyscy przychodzą do Pana Boga.

Długa kolejka do spowiedzi ma to do siebie, że najczęściej nie ma czasu, żeby z kimś dłużej porozmawiać. Co wtedy?

I jest, i nie ma. Zawsze staram się pytać: A tak ogólnie, to co u pana słychać? Albo: Jak się pani żyje? Jeśli komuś coś leży na wątrobie, to powie, jeśli nie chce, to nie. Doświadczenie podpowiada, że jeśli w kimś jest jakiś ból, to go wypowie. A bywa też, że nie jest jeszcze na to gotowy.

Pamiętam jedną ze swoich spowiedzi, kiedy wylałem wszystkie swoje brudy, co nie było takie łatwe, i usłyszałem od księdza: Dobrze. I tyle. Po czym mnie rozgrzeszył.

No i co, była to spowiedź ważna dla ojca?

Była. Tyle, że gdy odchodziłem od konfesjonału, czułem się zlekceważony, bo przyszedłem z nastawieniem wypowiedzenia czegoś ważnego, a ksiądz nic. Jak to jest z tym pouczeniem?

Nie wiem, czy zawsze powinniśmy dawać naukę. Popatrzmy na Pana Jezusa. Co mówi Ewangelia: Zostali tylko Jezus i niewiasta. „Nikt cię nie potępił?” – zapytał Pan Jezus. „Nikt, Panie” – odpowiedziała kobieta przyłapana na cudzołóstwie. „No to teraz posłuchaj, moja droga, bo chciałem ci powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, staraj się zawsze zachowywać przyzwoicie, pod drugie, unikaj okazji do zła, po trzecie, zachowuj posty…”. Proszę Ojca, nic takiego nie było! Jezus nie powiedział tej kobiecie żadnej nauki.

Raz mówił, a raz nie mówił, bo pouczenia to nie są gotowe schematy. Nieraz potrzeba parę słów, a nieraz tylko rozgrzeszenia. Ważne, żebyśmy się zachowywali w konfesjonale jak ludzie. W taki sposób najlepiej naśladujemy Pana Jezusa.

A po co nam w ogóle ta spowiedź? Po co iść do jakiegoś faceta i jeszcze mu wyznawać grzechy?

To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, dlaczego sam sobie nie powiem, że jestem fajny albo że bardzo się kocham. Każdy przecież potrzebuje takiego wyznania, a jednak nijak nie jesteśmy w tym względzie samowystarczalni. Żeby zadziałało, musimy usłyszeć je od kogoś innego, bo życie to relacja. W spowiedzi chodzi o to samo. Wyznać komuś swoją podłość i głupotę i usłyszeć od niego, że jest mi przebaczona.

Ktoś może powiedzieć, że jemu wystarcza takie wyznanie na początku mszy świętej. Przecież tam też jest spowiedź.

W ostatecznym rozrachunku tylko Pan Bóg wie, czy ten, kto nie chodzi do spowiedzi, wyznał swoje grzechy, czy nie wyznał. Myślę jednak, że spowiedź po cichu, na ucho, to jest wielka mądrość Kościoła. Bo to jest dowód na to, że Kościół bierze serio Wcielenie. Jesteśmy ludźmi, to znaczy nie tylko ulotnym duchem, ale także ciałem. Potrzebujemy kogoś drugiego, kto nam powie – masz przebaczone. Słyszysz? Naprawdę.

Mówimy, że w spowiedzi chodzi o grzech.

Nie zgadzam się z tym. W spowiedzi nie chodzi o grzech, tylko o wyznanie. I to podwójne – wyznanie grzechów i wyznanie miłości. I to wyznanie jest przedmiotem spowiedzi. Ja wyznaję Panu Jezusowi miłość, a On wyznaje ją mnie.

To po co to wymienianie grzechów?

Po to, żeby to obustronne wyznanie miłości nie było tylko górnolotnym ćwierkaniem bez odniesienia do życia, żeby było oparte na twardych życiowych realiach. I żebym tu nie został oskarżony o szerzenie rewolucyjnych haseł, to sięgnijmy do Pisma Świętego, gdzie mamy opisaną spowiedź Piotra, którego Pan Jezus, po zmartwychwstaniu, ale też po wydarzeniach Wielkiego Piątku, pyta: „Czy Mnie kochasz? Czy nadal? Czy wciąż?”. Nie pyta o żal, nie pyta, „czy już nigdy nie będziesz Mnie zdradzał” itd. Jezus nie zamazuje tego, co złe, nie udaje, że się nic nie stało, ale pyta tylko o miłość: Jesteś gotowy wyznać Mi miłość po tym wszystkim?

To w takim razie mamy nie wypowiadać grzechów, skoro Pan Jezus i tak o nich wie?

Nie. Właśnie dlatego mamy to robić. Wypowiadać jeden po drugim. Ważne, żeby nie zapominać, po co to robimy.

Jaki był koniec rozmowy Piotra z Jezusem? Piotr powiedział: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Czyli, Ty wiesz o tym, ile złych i głupich rzeczy zrobiłem, wiesz, że ja zdaję sobie z tego sprawę. Ale Cię kocham. I to jest spowiedź – wyznanie miłości. Ale i w drugą stronę: Pan Bóg mówi mi, że pomimo mojego upaprania w szambie, wciąż mnie kocha tak samo.

Tyle, że podczas spowiedzi zazwyczaj nie potrafimy przejść do tego drugiego członu zdania. Raczej zamartwiamy się, czy na pewno wszystko wyznaliśmy.

Porównam spowiedź i wyznanie grzechów do obrazu z dzieciństwa. Kiedy byliśmy mali, chodziliśmy z kolegami z podwórka w jakieś dziwne miejsca, krzaki nad rzeką czy na place budowy. Wracaliśmy do domu zasmarkani, zapłakani, niosąc na ciele rany cięte, kłute i szarpane. Mama wtedy pytała: „Co się stało?”. Coś tam opowiadaliśmy i mówiliśmy, że boli. Ona się pochylała i pytała, gdzie boli. Wskazywaliśmy te miejsca i wtedy mama mówiła: „To daj, pocałuję i przestanie”. I co? Całowała i przestawało. I nie tylko przestawało, ale było tak fajnie, że pokazywaliśmy inne miejsca i dodawaliśmy, że jeszcze tu mnie trochę boli i jeszcze tam.

Spowiedź to takie zasmarkane mówienie i pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to, żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

Czy grzechy trzeba bardziej rozumieć, czy czuć? Nie zawsze przecież mamy poczucie, że postąpiliśmy źle, tymczasem Kościół naucza, że to grzech. Co wtedy? Nie spowiadać się z tego, czy dla świętego spokoju wyznać to w konfesjonale?

Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, to może rzeczywiście nie rozumie, ale przecież czuje i to wyczucie podpowiada mu, że coś jest nie tak. I w gruncie rzeczy dla kogoś takiego nauczanie Kościoła jest naprawdę ważne.

Takim penitentom trzeba podziękować za szlachetność i uczciwość w konfesjonale. Za to, że potrafią wyrazić swoje wątpliwości, że są szczerzy i przyznają, że na jakiś krok w życiu ich na razie nie stać. To pokazuje, że nie przyszli po to, by zmylić czujność księdza i prześlizgnąć się przez kratki konfesjonału, ale że traktują siebie i sakrament bardzo poważnie. Myślę, że w takich sytuacjach ksiądz nie powinien okazywać swojej wydumanej moralnej wyższości, tylko stanąć po stronie penitenta i próbować go zrozumieć.

Ważne, żeby się strzec fikcji. Można tak wyznać grzechy, jakby nie były grzechami. Tylko jeśli w naszym sercu nie ma pragnienia zmiany, to daremna była spowiedź. Oszukujemy samych siebie. Sądzę, że zadaniem spowiednika jest uświadomienie tego penitentowi. Oczywiście z wielką delikatnością, ale wprost. Nikt nie lubi fikcji, a w ludziach – zwłaszcza młodych – jest wielkie pragnienie życia autentycznego i szczerego, jest wiele szlachetności.

Jak w takim razie kształtować sumienie?

Spójrzmy na to z perspektywy definicji grzechu. I nie chodzi o niuanse biblijne. Grzech to jest rozminięcie się człowieka z celem życia. Takie rozminięcie boli. To trochę tak, jak nie trafić karnego w finale mistrzostw świata. Ale żeby do mnie dotarło, że minąłem się z celem, to muszę ten cel mieć i musi mi na nim zależeć.

Święty Ignacy Loyola swoich Ćwiczeń duchownych nie zaczyna od definicji grzechu, tylko od Fundamentu, który brzmi: „Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją”. Kiedy znajdziemy cel, a potem zobaczymy, jak bardzo się z nim rozmijamy, to zaczynamy walić łbem w ścianę. I to jest dobry żal za grzechy i prawdziwy ból z powodu popełniania grzechów.

Obawiam się, że ze szkolnej katechezy nie wynosimy doświadczenia celu, ale urzędowy obraz Pana Boga. Dlatego potem ksiądz jest urzędnikiem, a konfesjonał okienkiem w urzędzie, do którego przychodzę załatwić sprawę.

Urzędnicze podejście do Boga opiera się na zasadzie uregulowania długów, które nam rosną. I z jednej strony rzeczywiście chodzi o dług, którym jest grzech, i bez tego doświadczenia wobec Boga nie ma chrześcijaństwa. Tyle, że tego długu nie da się ot tak, spłacić. Dlatego chrześcijaństwo jest trudne. Łatwiej bowiem jest żyć bez długu, niż wiedzieć, że wszystko zawdzięczam Komuś, że żyję, bo bez żadnych moich zasług zostałem uratowany od śmierci. Chrześcijaństwo to radość z bycia odnalezionym. Beczałem w kącie, jak jakaś owca, która się zgubiła, i nikt nie mógł mnie znaleźć, tylko On, mój Bóg, mnie znalazł i przytulił.

A co z mechaniczną spowiedzią w pierwsze piątki miesiąca? Co powiedzieć rodzicom, którzy wysyłają dzieci do spowiedzi? Dzieci początkowo chodzą, ale potem zaczynają mówić: „To nie ma sensu chodzić w każdy pierwszy piątek, przecież nie mam grzechu”. Ale instynkt mamy i taty mówi: „Jeśli ich nie przyzwyczaimy, to za chwilę w ogóle nie pójdą”.

Po pierwsze, nie nazywajmy spowiedzi pierwszopiątkowej mechaniczną, a po drugie, nie mieszajmy się rodzicom do wychowywania dzieci. Nie mówmy im, co i jak mają robić, bo oni są z dziećmi na co dzień i tak, jak je uczą jeść i mówić, tak też wiedzą, jak nauczyć je spowiedzi.

Comiesięczna spowiedź to nie tyle mechanizm, ile rytuał, a rytuały w relacji są bardzo ważne. Z dzieciństwa pamiętam, jak w soboty mój tato pastował nam wszystkim buty. To był bardzo ważny rytuał. Mieliśmy małe mieszkanie, więc czyścił te buty w łazience. A dlaczego? Bo następnego dnia była niedziela. A niedziela to jest dzień inny niż wszystkie. Tylko człowiek potrafi tak rozróżniać dni, bo krowy mojego dziadka zachowywały się tak samo w niedzielę i w piątek, taką miały formację (śmiech). Natomiast my potrafimy rozróżniać, potrafimy świętować, potrafimy pościć.

Wszystko zależy od tego, jaką rangę nada się pierwszemu piątkowi. Jeżeli mamusia mówi zblazowanym głosem, leżąc na kanapie: „Synu, idź do kościółka, wyspowiadaj się, a mamusia obejrzy sobie Kiepskich”, to jest dramat. Ale jeżeli mówi: „Idziemy razem do spowiedzi, żeby się powierzyć Sercu Pana Jezusa, bo chociaż każdy z nas jest słaby, to Pan Jezus wciąż bardzo nas kocha, i mamusię, i ciebie, Koteczku, też”, to od razu widać, że to jest inna argumentacja, że to jest inny pierwszy piątek…

Za tym rodzicielskim podejściem kryje się obawa, że w którymś momencie dziecko będzie musiało przejść kryzys wiary. I rodzice próbują jak najdalej przesunąć ten moment w czasie.

I słusznie. Bo trzeba dać dzieciom pewne podwaliny. Mój dziadek w niedzielę nigdy nie pracował, nawet kiedy ksiądz dawał dyspensę na żniwa, bo wreszcie przestało padać. Babcia mówiła do niego: „Franek, może byśmy poszli”? A on mówił: „Matka, jak chcesz, to idź. Ja nie idę, bo niedzielna praca w gówno się obraca”. Wkładał białą koszulę, zapinał pod samą szyję, tak, że mało się nie udusił. Szedł na ławkę koło drogi i tam rozmawiał z ludźmi przez cały dzień albo z nami, swoimi wnuczkami, grał w tysiąca, bo to była niedziela, Dzień Pański, w którym chwali się Pana Boga odpoczynkiem, a nie pracą. Dziadek już od wielu lat nie żyje, ale co mi z tego zostało? Że ja w niedzielę też nie pracuję, bo niedzielna praca…

Co dzieciom zostanie z takiego chodzenia w pierwszy piątek do kościoła? Może niewiele, i prędzej czy później przeżyją jakiś kryzys wiary, bo przestanie im wystarczać mamine tłumaczenie. Ale nawet jeśli kiedyś zakwestionują te praktyki z dzieciństwa (takie kwestionowanie to przecież etap dojrzewania wiary), to gdzieś pod spodem zdanie rodziców będzie się liczyło do końca życia.

Zostańmy przy dzieciach. Szkolny styl przeżywania spowiedzi na długie lata potrafi obciążyć nasz rachunek sumienia. Jak to zmienić?

To prawda, że często zostajemy na poziomie rachunku sumienia z książeczki od Pierwszej Komunii. Lata mijają, ubranko komunijne już przyciasne, a my dalej próbujemy się w nie wcisnąć. Mamy czterdzieści lat i mówimy, że nie słuchamy rodziców, modlimy się do Bozi etc. Już nie wspomnę o zachowaniu piątkowego postu, który w polskich realiach ma wymiar kosmiczny i traktowany jest na równi z przykazaniami. A nawet więcej. To jest przykazanie zerowe. Najpierw jest: słuchaj, Izraelu: „Będziesz pościł w piątek”, potem długo, długo nic i dopiero: „Będziesz miłował Pana Boga swego…”. Post to podstawa. I to post także w piątek w oktawie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, chyba że jakiś biskup łaskawie się zgodzi, żeby tego dnia nie pościć. Ale gdy zapomni wydać dekretu, to skucha, grzech i trzeba się spowiadać. A nawet jeśli wyda, to i tak co wrażliwsi, nauczeni doświadczeniem, będą pościć tak na wszelki wypadek.

Wróćmy do rachunku sumienia. Jak ma go realizować człowiek dorosły? Często przychodzi z drobiazgowo spisanymi grzechami.

Ojcze drogi, nie oceniajmy surowo ludzi, którzy przychodzą do spowiedzi z kartkami. A może ktoś ma w sobie lęk albo jego obecna sytuacja duchowo-psychiczna jest taka, że gdyby nie ta kartka, to by się rozsypał? A może ta kartka to dla niego takie „minimum socjalne”, bo dzięki niej ma wgląd w swoje sumienie, choćby na zasadzie wyliczanki? Może to i niedoskonałe, ale przecież zawsze trzeba mieć na uwadze ludzką słabość i to, co mówił Pan Jezus, że teraz jeszcze nie rozumiesz, ale potem będziesz wiedział…

Tyle o minimum, natomiast wersją maksimum nazwałbym to, co mówi święty Ignacy, że rachunkiem sumienia jest umiejętność zauważenia, jak Pan Bóg jest we mnie i jak we mnie pracuje. Czyli patrzę w moje sumienie, na wszystko, co się wydarzyło w ciągu dnia czy tygodnia, i analizuję poruszenia serca. Nie oceniam ich na zasadzie tu źle, tam dobrze, tylko patrzę, tu upadłem, tam nie. Co mnie do tego doprowadziło? Dlaczego choć Pan Bóg do mnie mówił, ja, powodowany tym czy tamtym, popełniłem jakiś grzech albo potrafiłem się powstrzymać? Co takiego się wydarzyło? I to jest rachunek sumienia – nie na zasadzie testu jednokrotnego wyboru, tylko uświadomienia sobie, że w tym wszystkim, co się stało, był obecny Pan Bóg. Również w moich grzechach. Był cały czas blisko, mówił, pokazywał, nie odszedł ode mnie.

W tym, co ojciec mówi, słyszę echo słów świętego Pawła o mocy, która doskonali się w słabości.

Moje niemal pięćdziesięcioletnie doświadczanie słabości powoduje, że to Pawłowe zdanie jest mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie tak dużo rozmawiamy o spowiedzi, bo to jest rzeczywistość, w której z jednej strony bardzo doświadczamy słabości, zarówno naszej, jak i penitenta, i jesteśmy wystawieni na działanie emocji, nerwów, złości, lęku, a z drugiej strony w tym samym momencie niemal namacal nie doświadczamy łaski Bożej.

Nie miejmy do ludzi pretensji, że spowiadają się, a to za krótko, a to za długo, a to za szczegółowo, a to za ogólnie, a to za płytko, a to zbyt skrupulatnie. Spowiadają się, jak umieją, jak im na to pozwala ich słabość. My spowiadamy ich, jak potrafimy, jak nam pozwala na to nasza słabość. Każdy orze, jak może, a moc w słabości się doskonali…

Nie wiem, jak powinna wyglądać dobra spowiedź i kim ja jestem, bym miał kogokolwiek w tym względzie pouczać. Powiem tylko, że zawsze jestem bardzo szczęśliwy, gdy w czasie spowiedzi ktoś zaczyna rozumieć, doświadczać i czuć, że Pan Jezus kocha go takiego zasmarkanego, takiego zalatującego szambem, takiego poranionego i brzydkiego. I że nie wysyła go najpierw pod prysznic, a potem do higienistki i kosmetyczki, tylko przytula go już teraz i patrząc mu w oczy, pyta: „Kochasz Mnie? Masz odwagę to powiedzieć? Masz odwagę Mi to wyznać już teraz? Naprawdę mnie kochasz? Bo tak się składa, że ja ciebie kocham bardzo!”.

Tak sobie myślę, że chyba to jest dobra spowiedź.

 

Za: miesiecznik.wdrodze.pl

– Kilka praktycznych uwag zza kratek

Cóż można by powiedzieć niepraktycznego o sakramencie pokuty? Może coś o butach, w jakich należałoby się spowiadać, albo o jego obecności w teologii Marcina Lutra? Co można powiedzieć praktycznego? Może napisać kilka wzorów rachunku sumienia albo sporządzić katalog spowiedników ze specjalnym certyfikatem od Pana Boga? Jak określić praktyczność i niepraktyczność, gdy dotykamy Misterium, w którym łączą się sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi? Psalm 87 kończy się słowami: „i tańcząc śpiewać będą: wszystkie moje źródła są w Tobie”. Bóg jest ostatecznym źródłem pra-praktyczności i jej określeniem. Co nie jest z Boga, co nie ma z Nim żadnego związku, co do Niego nie prowadzi, jest niepraktyczne. Ufam, że kilka uwag tu spisanych, pomoże zbliżyć się do Boga – miłośnika praktyczności.

Lęk i przygotowanie do spowiedzi

Przygotowaniu do spowiedzi towarzyszy często lęk: „boję się spowiedzi”, „tak długo się nie spowiadałem, ponieważ się bałem”. Wielu pozbyłoby się tego lęku, jak męczącego towarzysza podróży, który za każdym zakrętem przeczuwa grożące niebezpieczeństwo. Można ulec pokusie, myśląc, że to właśnie ten sakrament jest źródłem mojego lęku, który wysłany przez to święte Misterium powinien mnie, poprzez zastraszenie, lepiej umotywować do drżących wyznań. Im bliżej konfesjonału, tym większy lęk, im dalej – tym mniejszy. Sam lęk jest faktem, lecz taka jego interpretacja budzi zastrzeżenia i utrudnia dobre przygotowanie do sakramentu pokuty.

Różne są rodzaje lęku, jeden z nich związany jest z utratą miłosnej więzi. Gdy dziecko w dużym mieście traci kontakt z rodzicami, odczuwa lęk sygnalizujący ewentualne niebezpieczeństwo. Podobnie dzieje się w grzechu, który w swej istocie jest zerwaniem albo osłabieniem istniejących, miłosnych relacji z Bogiem, z drugim człowiekiem i z sobą samym. Konsekwencją grzechu jest więc także lęk. 1 Człowiek żyje i może rozwijać się jedynie wtedy, gdy jest kochany i kocha. Utrata albo osłabienie tej rzeczywistości rodzi lęk proporcjonalny do wielkości grzechu. Ten lęk można ukryć (najczęściej także i przed sobą samym), lecz nie można się go pozbyć; powraca tylnymi drzwiami w postaci agresji, nieumiejętności podejmowania decyzji, natręctw, perfekcjonizmu, trudności w nawiązywaniu kontaktów, nadopiekuńczości, dużych napięć seksualnych, chorego poczucia winy itp. Człowiek, bojąc się tych symptomów, zaczyna z nimi walczyć, zwiększając tym samym ukryty lęk. Owocem takiej walki jest wzmocnienie symptomów.

Możemy żyć i rozwijać się w lęku, który niekoniecznie musi być konsekwencją naszego grzechu, lecz także grzechu osób mających wpływ na nasze życie albo „grzechu” całej kultury. Grzech bowiem nigdy nie jest rzeczywistością prywatną, lecz jego skutki dotykają innych. Ten, często nie uświadomiony, lęk przed brakiem miłości staje się cichym i najczęściej okrutnym reżyserem życia.

Bóg pragnie pokazać człowiekowi lęk, pragnie wydobyć go z jego wnętrza po to, aby człowiek wziął za niego odpowiedzialność. Sakrament pokuty jest jak światło, w którym można dostrzec także i ten rodzaj lęku. Zasięg tego światła wykracza poza „ramy” samego sakramentu, obdarowując człowieka świadomością lęku, zanim człowiek od-da grzechy przez kratki konfesjonału. Świadomość tego lęku jest pierwszym darem Ojca czekającego na powrót dziecka, jest jak miłosny wysłannik, który przekazuje pierwsze słowa Oczekującego, aby zachęcić do dalszej drogi. Aby dobrze przygotować się do sakramentu pokuty, trzeba więc przyjąć rodzące się przeczucie lęku jako dar: „dziękuję Ci, Ojcze, za ukazanie lęku, ukrytego w głębi wielu moich pragnień, oczekiwań, wyborów, konfliktów, za pokazanie wielkości mojego lęku, której nie przeczuwałem. >Zapominając< o lęku, oddałem mu odpowiedzialność za moje życie, stałem się posłusznym aktorem jego pomysłów, zwalniając się z trudu posłusznej wolności w Twoim, dobry Ojcze, Dramacie.”

 

Trud i rachunek sumienia

Jednym z warunków dobrego przeżycia spowiedzi jest rachunek sumienia. Z nim związana jest trudność doświadczana przez tych, którzy nie uciekli od niej, rezygnując lub spłycając rachunek sumienia. Wielu patrzy na ten trud jednym okiem podejrzliwości, a drugim agresji. Tymczasem rachunek sumienia jest trudny, więcej – przekracza możliwości człowieka, który odrywając się od miłosnego światła, coraz bardziej wchodzi w ciemność odbierającą możliwość twórczego spojrzenia. Im dłużej człowiek trwa w grzechu, im dalej w niego wchodzi, tym trudniej go zobaczyć. W końcu można usłyszeć: „ja nie potrafię dostrzec swoich grzechów” albo gorzej: „ja nie mam grzechów”. Grzech nie ma światła, aby zobaczyć siebie. Ślepemu grzechowi można natomiast włożyć do rąk inną nieprawość po to, aby spowodował następny grzech (czego przykładem jest wulgarny sposób pokazywania zła w mediach).

W tej ciemności można także skoncentrować się na grzechu mniejszej wagi, przypisując mu kolosalne znaczenie, obdarowując go uwagą i całą energią daną dla normalnego rozwoju. Na skutek tej pomyłki można nie zauważyć grzechów ważniejszych, powodujących większe spustoszenie i zakończyć swój rozwój swoistym „zespołem wypalenia moralnego”. Ktoś może cały tydzień zamartwiać się tym, że raz nie skasował biletu w tramwaju, a nie zauważy przerażającej płytkości dialogu ze swoim dorastającym synem. Ktoś może siebie ekskomunikować za, w niewielkim stopniu zależny od woli, autoerotyzm, a nie zauważy, że od lat brutalnie dławi swoją potrzebę samoakceptacji. To „diabolizowanie” grzechów mniejszej wagi, z jednej strony rodzi trudności w rachunku sumienia, z drugiej – jest formą ucieczki od właściwego trudu. Świadomość trudu, podobnie jak lęk opisany wyżej, jest darem, który ma pomóc w przygotowaniu do tego sakramentu. Ten trud – często wręcz bezradność – przypomina, że zobaczenie grzechu jest darem Boga. Tylko w Jego świetle mogę adekwatnie ocenić to, co się stało: to nie ja, lecz „Duch Święty przekona świat o grzechu” (J 16, 8). W konającym Synu Ojciec prze-konał, co niszczy miłosne relacje, a Duch Święty przekonuje, że świadome i dobrowolne trwanie przy tym jest grzechem. Bóg sam bezkompromisowo odsłania także podejrzaną logikę „zapomnienia” grzechu – jak w przypadku Dawida, który ostatecznie, wobec proroka, „sam” nazwał swój „zapomniany” grzech. Gdyby nie odkupieńcze światło samego Boga, te „zapomniane” grzechy ujawniłyby swoją nie-zapomnianą obecność w każdej następnej „dawidowej” decyzji.

Gdy człowiek, przygotowując się do sakramentu pojednania, doświadcza, że nie potrafi siebie samego przekonać o grzechu, pokornie prosi Boga o odkupieńcze światło, gdzie ta prośba nie jest już dyplomatycznym dodatkiem, za którym kryje się przemądrzałe przekonanie, że i tak sam sobie poradzę. Im dłużej człowiek się spowiada i im żyje bliżej rozświetlającej wszystko miłości Ojca, tym bardziej adekwatnie widzi grzech. Oczywiście – realnym symbolem tej prawdy i niezastąpioną pomocą jest szczery i otwarty dialog ze spowiednikiem czy obiektywizująca rozmowa z kierownikiem duchowym, w którego oczach można zobaczyć swoją twarz.

 

Słabość i grzech

W trosce o rachunek sumienia pomaga umiejętność odróżnienia słabości człowieka od jego grzechu. Słabość człowieka nie jest grzechem, lecz jest doświadczeniem granic ludzkich możliwości, których dany człowiek w tym momencie nie potrafi lub nie może już przekroczyć. Nigdy nie będziemy specjalistami we wszystkich dziedzinach. W końcu trzeba wyznać: „tego już nie wiem, tego nie potrafię zrobić, na tym się zupełnie nie znam”. Nawet w swojej dziedzinie umiejętność uznania własnej bezradności może świadczyć o dużej kwalifikacji zawodowej. Nam, dotkniętym nie kończącą się pokusą: „będziecie jak Bóg…” (Rdz 3, 5), trudno jest nieraz wyszeptać: „tej książki nie przeczytałem, tej sztuki nie widziałem, niewiele potrafię powiedzieć o życiu Gustava Mahlera itp.”. Nawet gdyby to wszystko nie było moim obowiązkiem, to jednak takie wyznanie przychodzi nieraz z trudem. Z tęsknoty za Boską doskonałością może się nawet zrodzić specyficzne poczucie winy, które ma ostatecznie przekonać mnie do tytanicznej, wyczerpującej pracy nad swoją „doskonałością” i zachęcić Boga, aby nie wydawał mnie na poniżenie ludzkiej słabości. To poczucie winy sprawia, że jako grzech wyznajemy nieraz nasze słabości: „zapomniałem, że ciocia Wiesia ma imieniny i nie wysłałem kartki” (bogowie przecież nie zapominają), „czułem się zdenerwowany na żonę, bo nie poszła ze mną do teatru” (bogowie są przecież spokojni i trzeba realizować ich oczekiwania).

Najczęściej jednak uciekamy od naszych słabości w grzech. W pewnym znaczeniu grzech jest ucieczką od słabości. Aby ukryć fakt nieprzeczytania książki, kłamiemy: „Oczywiście, przeczytałem tę pasjonującą książkę Chestertona”, aby ukryć nieraz bolesną świadomość nie wypełnionych potrzeb, wchodzimy w krótkie, intensywne, ostatecznie raniące związki, które pogłębiają wewnętrzny głód i powiększają depresyjną pustkę. Przygotowując się do spowiedzi, dobrze jest zobaczyć, od jakiej słabości uciekłem w grzech, który chcę wyznać.

Świadomość naszych słabości nie pozwala zapomnieć nam o istnieniu Boga, bez którego „nic nie możemy uczynić” (J 15, 5); jest miejscem spotkania z mocą daną przez Boga, która „w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 9).

 

Skutki grzechu i żal

Sformułowanie „zobaczyć grzech” nie jest tylko intelektualnym uznaniem, że na to, co uczyniłem, nieprzychylnym okiem patrzy jakieś prawo: „trzeba w końcu pogodzić się z prawnymi pomysłami Boga, który do końca i tak nie zrozumie świata, lecz na wszelki wypadek lepiej Mu się nie narażać, bo ukarze kiepską pogodą na wczasach w Sopocie…”

„Zobaczyć grzech” to także dostrzec jego skutki i nierozerwalny związek pomiędzy nimi. Ten skutek nie jest karą Boga, który przypadkowo zauważył mój grzech, lecz naturalną konsekwencją nadużycia miłosnej relacji. Trudno przekonać kogoś, kto latami z nadmierną prędkością prowadzi swój samochód w miejscach zabudowanych, że popełnia grzech, skoro przez te lata „nic” się nie wydarzyło. Jest to jeden z elementów paradygmatu zła, gdzie grzesznik „chroniony” jest od skutków po to, aby wciągnąć w tę „bez-skutkową rzeczywistość” innych. Dopiero straszliwy widok zabitej na drodze kobiety może roz-czarować naiwnego śmiałka i otworzyć mu oczy.

Ten paradygmat kryje w sobie gorszą pułapkę: skutki popełnionego grzechu ujawniają się także na innej płaszczyźnie niż popełniony grzech. Dotykają często dziedzin życia czy osób nie związanych z nim bezpośrednio. Nigdy nie wiadomo do końca, gdzie ujawniły się lub ujawnią konsekwencje ludzkiej nieprawości. To wszystko sprawia, że grzesznikowi jeszcze trudniej jest zobaczyć skutek popełnionych czynów i rozczarować się swoją wiarą w nieszkodliwość grzechu. W świetle sakramentu pokuty można i należy zobaczyć albo przewidzieć skutki każdego grzechu. To, czego zło nie chce uczynić (ponieważ zaniżyłoby to „statystyki” grzechowe), czyni Bóg: pokazuje grzech i jego skutki. Świadomość skutków rodzi doświadczenie żalu. Kiedy widzę, że moim kłamstwem zraniłem ukochaną osobę, żałuję swojego czynu. Z tej świadomości wyrasta także pragnienie poprawy. Kto był świadkiem tragicznego wypadku samochodowego, nie dziwi się, gdy wśród swoich pragnień odnajdzie i to dotyczące ostrożniejszej jazdy.

Pojednanie z Bogiem, z drugim człowiekiem i z sobą samym może dokonać się tylko w skutkach popełnionych czynów. Chrystus odkupił, pojednał nas z Ojcem na krzyżu: w cierpieniu, samotności i poniżeniu. Nie może dokonać się pojednanie tam, gdzie nie mówi się o konsekwencjach popełnionych czynów i ukrywa się je. Chrystus na krzyżu nie zasłania żadnego ze skutków grzechu, ponieważ prawdziwe pojednanie może się dokonać tylko w całej prawdzie. Trudno mówić o pojednaniu córki z ojcem, jeżeli ten nie zobaczy i nie uzna skutków swojego złego czynu. Pojednania można doświadczyć tylko tam, gdzie – o ile jest to możliwe – ucałuje się rany zadane poprzez grzech. Dotyczy to także ran, które sam noszę, zadanych przez innych lub przez siebie samego. Rachunek sumienia przygotowuje ostatecznie do pojednania – byłby więc niepełny, gdyby pomijał trud zobaczenia skutków grzechu.

 

Od spowiedzi egocentrycznej do katolickiej

Egocentryczne przeżywanie sakramentu pokuty zniewala człowieka w wąskim świecie własnych korzyści: „Trzeba oczyścić się z brudu grzechu, ponieważ świadomość noszonej niedoskonałości zakłóca letnie wieczory, odbiera dobre samopoczucie i straszy po nocach ogniem piekielnym.” Gdy ktoś, dzięki jakiemuś terapeutycznemu szamanowi, uwolni się od tych neurotycznych powikłań, noszonych w sobie jak cień nie najszczęśliwszej przeszłości, wtedy niewiele pozostaje motywów, aby wyszeptać swoje grzechy przez drewniane kratki. Może jeszcze chęć uspokojenia natrętnie obnoszącej się ze swoją wiarą żony „zachęci” męża do spowiedzi i pozwoli mu spokojnie zjeść karpia w wigilijny wieczór. Ten egocentryczny sposób przeżywania spowiedzi ujawnia się także w przeświadczeniu, że warto spowiadać się tylko z grzechów ciężkich – pozostałych można się pozbyć na wiele innych sposobów. W cieniu egocentrycznej spowiedzi pozostaje również niepokój: „Jaki sens ma moja spowiedź, skoro ciągle powtarzają się te same grzechy?” Takiemu przeżywaniu sakramentu pokuty grozi grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu, ponieważ miejsce Boga zajmuje tu grzech, wokół którego w pogańskiej liturgii przesuwa się orszak trupio bladych czcicieli.

W centrum tego sakramentu jest żywy Bóg, który kocha mnie bezinteresownie. Celem spowiedzi jest doświadczenie Rzeczywistości, w której nie ma grzechu! Przyprowadza mnie tu poszukiwanie i umiłowanie Prawdy („Ja jestem Prawdą…” – J 14, 6), przed której blaskiem pragnę otworzyć swoje życie i przyjąć jej kształtującą postać. W blasku tej Prawdy odsłania się także moja nie-prawda (grzech). Lecz w porównaniu z doświadczeniem miłosnej Prawdy, w której nie ma grzechu, zobaczenie własnych grzechów nie jest najważniejsze. Dziękuję za nie Bogu, który mi to pokazał po to, abym jeszcze pełniej żył w radości Prawdy – zawsze świeżej i zaskakująco innej, nawet wtedy, gdy moje grzechy są te same. Grzechy można zobaczyć tylko w świetle słowa Bożego – teo-logii, nigdy natomiast w świetle grzecho-logii. Najbardziej praktycznym przygotowaniem do przyjęcia tego sakramentu jest więc ostatecznie jego dobra, przeżyta teologia.

Katolicka spowiedź nie jest tylko darem dla spowiadającej się osoby. W chrześcijaństwie, chociaż wszystko jest głęboko osobiste, nie ma niczego prywatnego. Kościół zrodził się na krzyżu, który nie jest prywatną sprawą Chrystusa, lecz udziałem w Ojcowskim pro nobis. Także i sakrament pokuty nie może być oderwany od świadomości bycia dla, lecz może być owocnie przeżyty wtedy, gdy przeżywam go także jako służbę innym.

Dokonuje się to na wielu płaszczyznach. Na jednej z nich wyznanie grzechów jest formą modlitwy wstawienniczej za innych. Oczywiście, spowiadamy się z własnych grzechów. Niemniej jednak poprzez nasze wyznanie łaska sakramentu promieniuje na osoby, z którymi związane jest moje życie, którzy mieli być może udział w moim grzechu; dotyczyć może osób, których nie znam, a które dzięki mojej szczerej spowiedzi otrzymają na przykład pragnienie własnej spowiedzi.2 Gdy kobieta wyznaje, że zabiła swoje nie narodzone dziecko, to miłosierny Bóg, poprzez jej wyznanie, chce obdarować darem swojej miłości także jej matkę, która natrętnie nalegała, aby to uczyniła, albo męża grożącego rozwodem na wieść o życiu kolejnego dziecka. Być może – dzięki spowiedzi tej kobiety – uświadomią sobie swój udział w tym czynie, jego konsekwencje dla dalszego życia rodziny; ostatecznie ich obdarowanie dane poprzez modlitwę spowiedzi pozostaje tajemnicą Boga. Być może do końca życia nie uświadomimy sobie, jak wiele zawdzięczamy spowiedziom innych osób.

Tutaj ukazuje swój sens spowiadanie się „z tych samych grzechów”. Ktoś, kto mozolnie, nieustannie na nowo przynosi do konfesjonału swoje problemy z alkoholem, seksualnością, kontaktami w grupie itp., być może uchroni kogoś od alkoholizmu, młodą kobietę od prostytucji, jakieś małżeństwo od rozwodu.

Służebne, katolickie przeżywanie spowiedzi jest dla wielu źródłem głębokiej radości, cennym wkładem w przeżycie sensu tego sakramentalnego daru. Egocentryzm jest trudny i odpychający, podobnie i spowiedź naznaczona nim nie przyciąga do siebie, lecz podsuwa wiele powodów, aby ją przenieść na następny miesiąc. Nie ma najmniejszego sensu walczyć z tą niechęcią (w egocentrycznym układzie ma ona swój sens – jako swoisty protest wobec takiego traktowania spowiedzi), lecz pytać, skąd się bierze.

 

Dwa spojrzenia i brama zadośćuczynienia

Gdy Chrystus przebywał w domu Szymona faryzeusza, w drzwiach pojawiła się „kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne” (Łk 7, 37). To wydarzenie jest dobrą okazją, aby zauważyć dwa spojrzenia na człowieka grzesznego – spojrzenie człowieka i spojrzenie Boga. Człowiek widzi grzech, Bóg przede wszystkim kobietę. Szymon faryzeusz mógłby całymi godzinami opowiadać o grzechach tej kobiety, znanej w całym mieście. Dla niego jest ona cała grzechem, najchętniej nie wpuściłby jej do swojego domu. Patrzy na nią przez grzech – swój własny grzech.

Chrystus, który nieporównywalnie dłużej mógłby opowiadać o grzechach tej kobiety, opowiada o jej miłości: „ona zaś łzami oblała mi stopy i swymi włosami je otarła (…), ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich (…), ona zaś olejkiem namaściła moje nogi” (Łk 7, 44-47). Bóg nie jest kolekcjonerem ludzkich grzechów. Skoro tylko człowiek, wyrwawszy się z bez-miłosnej niewoli grzechu, zaczyna kochać, Bóg nie wraca już do grzechu: „Czyż wasze grzechy są tak cenne, że trzeba je klasyfikować i katalogować (…), i wspominać z nie wiadomo jakiego rodzaju pobożnością?”3 Bóg opowiada o przywróconej zdolności do miłowania.

Spojrzenie faryzeusza hamuje rozwój człowieka, koncentruje go na grzechu i skazuje na jego niewolę. Celem spowiedzi nie jest grzech, lecz doświadczenie Miłości, które odnawia zdolność do miłowania. Kto przynajmniej raz doświadczył, odczuł każdą częścią swojego człowieczeństwa, która wynurzyła się z ciemności egoizmu, co oznacza integracja w przejmującym przeświadczeniu: „ja mogę kochać”, ten nigdy więcej nie zobaczy w spowiedzi tylko odpychającego trudu, lecz dar samego Boga, Jego odwieczny zamysł, którego ludzki rozum nigdy do końca nie przeniknie.

Sama spowiedź jest już czynem miłości. Grzech nigdy nie wystąpi z inicjatywą takiego wyznania. Odnowiona zdolność do miłowania jest najlepszym zadośćuczynieniem, jest bramą wyjściową z sakramentu pokuty, która wprowadza w codzienne życie. Pragnienie i adekwatna forma zadośćuczynienia są swoistym sprawdzianem przeżycia sakramentu pojednania. Dobra analiza konkretnego zadośćuczynienia może wiele powiedzieć o podejściu do tego sakramentu. Jeżeli komuś dane było przejąć się płytkością i niepoprawnością dialogu w jego rodzinie, to decyzja dotycząca uczestnictwa w elementarnym kursie z psychologii komunikacji jest potwierdzeniem tego przejęcia. Podobnie nie dziwi częstsza modlitwa tego, który uświadomił sobie i przeżył skutki jej zaniedbania.

Te uwagi zza drewnianych kratek konfesjonału służą ostatecznie prostej wierze w sakrament pokuty jako spotkanie z Bogiem, dobrym Ojcem, który słyszy wyznania i odpowiada słowem i pojednaniem. On sam decyduje ostatecznie o kształcie tego spotkania, którego nie można z góry przewidzieć i uchwycić żadną ludzką metodą spowiedzi. Bez tej rajsko-naiwnej wiary nawet największe naukowe rozprawy o tym sakramencie nie wzbudziłyby w synu pasącym świnie tęsknoty za powrotem do Ojca, a drewniane kratki bardziej kojarzyłyby się z więziennym przymusem niż z krzyżowaniem się spraw Boskich ze sprawami ludzkimi.

 

KS. KRZYSZTOF GRZYWOCZ,
ur. 1962, ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym w Opolu i wykładowca teologii duchowości na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego.

– Jak się spowiadać…

o. Stanisław Morgalla SJ

Jak to powiedzieć, żeby nie powiedzieć

Częstą barierą przed wyznaniem grzechów w konfesjonale jest wstyd lub lęk. Przyznanie się do winy zawsze wiele nas kosztuje i jest krępujące. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś o zdrowych zmysłach będzie beznamiętne wyznawał własne słabości czy niegodziwości. Uczuć w konfesjonale nie unikniemy. Moim zdaniem one są cennym wzmocnieniem wyznania grzechów i żalu za nie.

Uważny spowiednik niczym pudło rezonansowe wychwytuje te uczucia. Nie tylko wie, czy penitent żałuje swoich grzechów, ale też wyraźnie to odczuwa. Być może nawet to odczuwanie jest ważniejsze, bo trudno je oszukać, czego nie można powiedzieć o rozumie. Zwłaszcza jeśli penitent za wszelką cenę stara się zakamuflować jakiś grzech, a spowiednik jak diabeł święconej wody unika niepotrzebnych problemów w czasie obowiązkowego dyżuru.

Nowomowa

A niezliczone są sposoby na wyznawanie tych najbardziej wstydliwych grzechów tak, by ksiądz się ich domyślił i nie zadawał zbędnych pytań! Przyznam, że czasem toczy się swoista gra między penitentem i spowiednikiem, w której chodzi o dopełnienie formy z wyraźnym uszczerbkiem dla istoty spowiedzi, którą stanowią żal za grzechy i postanowienie poprawy. Można pokusić się o stwierdzenie, że powstała spowiednicza nowomowa. Penitenci mają bardzo bogaty zasób eufemizmów i określeń zastępczych, których używają przy wyznawaniu najtrudniejszych dla siebie grzechów. Niektórzy używają ich z premedytacją, z intencją ukrycia lub złagodzenia swojego przewinienia, inni po prostu nie potrafią ich nazwać i używają określeń zasłyszanych w mediach lub pochodzących z mowy potocznej.

Najczęściej dotyczy to sfery szóstego przykazania, grzechu masturbacji lub przedmałżeńskich relacji seksualnych. W tej materii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zachowanie ludzi bardzo się zmieniło i dziś niestety nikogo nie dziwi wspólne życie przed ślubem, które uwzględnia kontakty seksualne. Najczęściej przy takich okazjach w konfesjonale słyszy się wyznanie w rodzaju: “Kochałem się ze swoją dziewczyną” lub “Spałam z chłopakiem”. W języku potocznym wydaje się ono jednoznaczne, ale w konfesjonale nasuwa wątpliwości co do świadomości grzechu. “Spaliśmy ze sobą” – to nie to samo, co “popełniliśmy cudzołóstwo” lub “zgrzeszyliśmy przeciw szóstemu przykazaniu” czy nawet “współżyliśmy ze sobą”.

Nie chodzi mi o jakieś czepianie się słów, ale o zauważanie ważnych zmian na poziomie samego języka. Język wyraża przecież nie tylko proste i oczywiste treści, ale także naszą świadomość, jej głębię. Nie bez powodu pranie mózgu w systemach totalitarnych zaczynało się od poprawiania języka i tworzenia nowomowy. Wystarczy wspomnieć książki G. Orwella czy komunistyczny bełkot, którym posługiwała się PZPR. Podobną operację na języku można obserwować we współczesnej pop-kulturze, dlatego nie bez znaczenia jest jakiego języka używają młodzi przy wyznaniu grzechów. Młody człowiek, który mówi, że “uprawiał seks”, wcale nie wyraża tym samym głębokiego przekonania o grzechu, ale przyznaje się do robienia czegoś, czego Kościół zakazuje. Przecież robi to, co wszyscy w jego wieku robią: uprawia seks tak samo jak sport. Sumienie nie wyrzuca mu tego jako grzechu ciężkiego, ale co najwyżej jako przekroczenie normy, podobne do jeżdżenia rowerem pod prąd. Zdarzyło mi się, że gdy przypomniałem o ciężarze tego grzechu, w odpowiedzi usłyszałem zdziwione: “Ależ proszę księdza, ja już mam 18 lat”. A to dopiero pierwsze pokolenie wychowywane w wolnej Polsce…

Podobne językowe zabiegi dotyczą także mówienia o innych grzechach, a ich autorami bywają przedstawiciele duchowieństwa, jak i wykształconego laikatu. Przykłady można mnożyć. Przyznać się do tego, że “minąłem się z prawdą”, to nie to samo, co powiedzieć, że “skłamałem”. Powiedzenie wprost, że “kradłem”, w niczym nie przypomina elegancji sformułowania: “skorzystałem z luk w prawie podatkowym”. “Jestem krzywoprzysiężcą” brzmi zupełnie inaczej niż “pomogłem w sądzie mojej dalszej rodzinie”, “załatwiłem sobie rentę” to coś zupełnie innego, niż “dałem łapówkę”.

Więcej ortopatii niż ortodoksji

Nasz problem z przyznawaniem się do winy wynika chyba z nieakceptowania reguł walki duchowej, która zakłada nieustanny wysiłek, zwycięstwa, ale i klęski (które nie są jednoznaczne z grzechami!). Powiedziałbym nawet, że zanika w nas świadomość tej walki. Straciliśmy poczucie nieustannego zmagania się ludzkiego serca, zmagania nie tylko między dobrem i złem, ale także między dobrem rzeczywistym a pozornym. Wolimy wizję statyczną własnego życia duchowego, frontony, które można utrzymywać w czystości, dlatego regularnie je pobielamy jak ewangeliczne groby. W rzeczywistości życie duchowe jest szalenie dynamiczne, wielobarwne: kto nie podejmuje walki, ten przegrywa. To sfera, w której jak nigdzie indziej obowiązuje “efekt motyla”: wielkie zdrady i skandale zaczynają się od zlekceważonych drobnych niewierności i półprawd. Tymczasem my nie umiemy pogodzić się z porażką, nie godzimy się na swoją słabość, dlatego wolimy zafałszować prawdę i robić dobrą minę do złej gry. Trudno nam samym się z tym uporać, a co dopiero, jeśli musimy do tej prawdy dopuścić inne osoby.

Trudno powiedzieć, czy spowiadający się najbardziej boją się spowiednika, Boga czy też właśnie samego przyznania się do grzechu. Pewnie wszystkiego po trochu albo też jednoczesnego dramatycznego zapętlenia, tj. reakcji Bożego przedstawiciela na wyznanie grzechów. Niestety reakcje te są często nazbyt emocjonalne. Gniew, złość, wstręt czy nawet nienawiść spowiednika, które znajdują swoje przełożenie na konkretne słowa, a nawet gesty, są niebezpiecznym nieporozumieniem. Gwałtowne uczucia spowiednika, choć mają prawo się pojawiać, powinny być trzymane na wodzy. Tym bardziej że podnoszenie głosu, krzyki i połajanki, które niestety się zdarzają, są często tym silniejsze, im większą frustrację i bezsilność za sobą kryją. Pod względem skuteczności są odwrotnie proporcjonalne do zamierzonego celu. Lepiej być nadmiernie życzliwym niż zbyt ostrym czy agresywnym.

Mówię tu oczywiście o sferze emocji w konfesjonale, a nie o poprawności nauczania, choć może i na ten temat warto zrobić pewną dygresję. W konfesjonale nie ortodoksja jest najważniejsza, ale ortopatia, czyli zdolność właściwego odczuwania. Nie jest przypadkowe, że tak doskonale rozumiemy słowo ortodoksja, a znaczenia pojęcia ortopatia będziemy poszukiwać w słownikach wyrazów obcych. W naszym polskim Kościele bowiem zbyt dużą wagę przywiązujemy do poprawności wiary, ze szkodą dla przeżycia religijnego, dla doświadczenia religijnego, które bez uczuć i emocji jest zimne i puste. Gdyby było inaczej, moglibyśmy się spowiadać maszynie liczącej. Konfesjonał to nie komora celna na pograniczu ziemi i nieba, lecz miejsce spotkania osób, w którym pod osłoną znaków uczestniczy sam Bóg. W imię czego zatem wykluczać z tego spotkania emocje i uczucia, które właściwie traktowane mogą bardzo pomóc autentycznemu doświadczeniu religijnemu?

“Pogromca dusz” w piżamie

Lęk, wstyd, żal są więc mile widziane na spowiedzi. Tym milej, im bardziej wyraźnie korespondują z rozumem i wolą człowieka, czyli im bardziej są wyrazem zintegrowanej i dojrzałej osobowości. Każdej ludzkiej czynności towarzyszy jakaś emocja lub uczucie, więc i spowiedź powinna mieć emocjonalne zabarwienie. Odrobina lęku nie jest zła, podobnie jest ze wstydem czy żalem, które w naturalny sposób wiążą się z tym sakramentem. Bez tremendum także i fascinosum1 byłoby pozbawione smaku! Lęk nie tylko straszy, ale i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Nie jest nim jednak spowiedź, ale grzech i uporczywe w nim trwanie.

Lęk może też wynikać z chorobliwej nadwrażliwości lub z jakichś traumatycznych doświadczeń, np. ze spotkania ze zbyt porywczym księdzem. Co robić w przypadku panicznego lęku przed spowiedzią? Przychodzi mi na myśl metoda terapeutyczna nazywana “intencją paradoksalną W. Frankla”, polega ona na prowokowaniu sytuacji lękowej. Panicznie boisz się spowiedzi u ks. X., to poproś go o spowiedź i najlepiej na samym początku powiedz, jak bardzo się boisz. Lęk się zmniejszy lub ustąpi. Może nie zadziała to w każdym przypadku, ale tym zdrowszym i nieznerwicowanym na pewno pomoże. Innym sposobem na lęk przed spowiednikiem jest prosta wizualizacja, tj. wyobrażenie sobie go w sytuacji odmiennej, np. w piżamie lub na grządce pietruszki. To automatycznie zmniejsza nadmierny niepokój przed konkretnym człowiekiem, nawet jeśli będzie to największy “pogromca dusz” w okolicy. Każdy ma jednak własne i niepowtarzalne lęki, które można zrozumieć jedynie w szerszym kontekście jego osobowości, dlatego trudno podać uniwersalne rozwiązania.

Przede wszystkim jednak nie należy tłumić lęku, ani tego traumatycznego, ani naturalnego. Zwykle kończy się to unikaniem spowiedzi przez długie lata lub unikaniem wyznania grzechów, które są źródłem tych lęków. W konsekwencji grozić to może duchową stagnacją, a nawet zatwardziałością serca. Dotyczy to nie tylko świeckich, ale i kapłanów. Spowiadałem już w życiu kapłanów, którzy po urazie wyniesionym z konfesjonału sami przestali się spowiadać, i to na wiele lat, będąc jednocześnie bardzo wyrozumiałymi spowiednikami.

To nie jest sentymentalizm

Oczywiście dla ważności spowiedzi cała ta emocjonalna atmosfera w konfesjonale jest niepotrzebna. Tym niemniej gdybyśmy sprowadzili wszystko do kwestii ważności, to groziłby nam z kolei formalizm, z którym nagminnie stykam się przy okazji spowiedzi świątecznych. Jego przejawem jest to, że dorośli, inteligentni ludzie spowiadają się jak dzieci przed Pierwszą Komunią. Utrwalili sobie jeden schemat spowiedzi i trwają w nim przez całe lata. Nawet formułka wstępna pozostała ta sama, nie wspominając już o części wyznawanych grzechów. Ta formalna poprawność działa na mnie zawsze alarmująco. Widać reforma sakramentu spowiedzi i jego nowa formuła nie dotarła do zwykłych chrześcijan.

Ambicją spowiednika powinno być to, aby penitent wzbudził w sobie żal doskonały, czyli miłość do Boga, a do tego konieczne jest poszerzenie jego wiedzy religijnej i – co najważniejsze – pouczenie go o ogromie Bożej miłości i miłosierdzia. Penitent powinien nie tylko dowiedzieć się o Bożej miłości, ale poczuć się bezwarunkowo kochany także przez kapłana, który słucha jego spowiedzi. To nie jest sentymentalizm, ale głęboko ojcowskie uczucie, które dociera lepiej niż straszenie piekłem czy Bożymi plagami.

o. Stanisław Morgalla SJ

Język nawrócenia to język miłości

Język nawrócenia to język miłości
czyli trzy refleksje na temat spowiedzi świętej

Wielki Post jest okazją, by po raz kolejny postawić sobie pytanie, o co chodziło Panu Jezusowi, gdy ustanawiał Sakrament Pokuty i Pojednania: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23). Jak często korzystać z tego Sakramentu? Jak się spowiadać, aby to zmieniało nasze życie?

W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania pomógł mi fragment listu, który napisała do mnie pewna katechetka:
„Zauważyłam, że dzieci klas piątych, które uczę, zaczynają – po roku, dwóch latach gorliwości – powoli zaniedbywać regularną Spowiedź Świętą. Po kilkukrotnym podjęciu tego tematu na lekcji postanowiliśmy wspólnie, aby zaprosić jakiegoś księdza, przed którego konfesjonałem prawie zawsze tworzyły się kolejki, nawet, gdy inni spowiednicy obok odmawiali brewiarz. Wybrany kapłan chętnie odwiedził naszą lekcję i… pierwsza część zajęć była zupełnie nieudana, dzieci i ksiądz mówili innym językiem: dzieci pytały co jest grzechem i dlaczego, a ksiądz mówił o przyjaźni Pana Jezusa; dzieci wyrażały zniecierpliwienie, że regularne spowiadanie się nie przynosi skutku, a ksiądz na to o miłości, dla której zbędne są przepisy. Wreszcie jeden z uczniów, wcale nie najzdolniejszy, powiedział spokojnie: TO WSZYSTKO DLATEGO, ŻE MYŚMY SIĘ SPOWIADALI, A NIE SPOTYKALI Z PANEM JEZUSEM”.

Odkrycie na pewno jest fundamentalne. W tym temacie zadziwiający jest jednak fakt, że nie wystarczy usłyszeć o tym odkryciu: trzeba go dokonać samemu. W naukach przyrodniczych trzeba wierzyć na przykład geodetom, by nie mierzyć „odręcznie” wysokości tatrzańskich szczytów czy Kopernikowi, by nie powtarzać w nieskończoność jego obliczeń. Ale w zakresie życia duchowego zauważamy niezmiennie ten fenomen, że doświadczenia innych pomagają nam, ale nie zastępują doświadczeń własnych. Warto jednak opowiadać o takich odkryciach, bo uważne śledzenie tego, co bliźni opowie o swej drodze, może mnie mobilizować, przyspieszać mój rozwój.

Od samego początku widzimy, że przebaczenie i wezwanie do zmiany są ze sobą ściśle złączone. Pan Jezus powtarzał znane nam słowa: „Idź i nie grzesz więcej”. Spełnienie tego polecenia jest możliwe, bo Sakrament Pokuty i Pojednania to przede wszystkim spotkanie z miłością Ojca. Nie można kłaść nacisku na formalną stronę Sakramentu: pewne sformułowania zostały ułożone, abyśmy nie zapomnieli o tym, co najważniejsze, uczyliśmy się na katechezie pięciu warunków ważnej Spowiedzi, ale spowiadanie się nie miałoby sensu, gdyby przez Krzyż i śmierć Jezus nie wysłużył nam przebaczenia.

Postanowienie poprawy

Z przypowieści ewangelicznych wynika, że nie tylko wyznanie grzechów i rozgrzeszenie są tutaj istotne. Nawrócenie to proces, który składa się z wielu decyzji, każdego dnia dobrze przeprowadzony rachunek sumienia wskaże coraz to nowsze sprawy do naprawienia. Podobnie jak przy pracy rzeźbiarza: nie wystarczy w skale czy pniu drzewa zobaczyć oczekiwanego kształtu, trzeba mozolnie wykuć zarys, potem coraz to drobniejsze, subtelniejsze szczegóły. Poza tym każdy chciałby widzieć efekty swego wysiłku, nikt nie lubi robić czegoś bezowocnego, bezsensownego.

Spotkanie z Jezusem Chrystusem jest spojrzeniem w oczy pełne miłości. On chce nas podnieść, podtrzymać, również pokazać, że Jego łaska jest skuteczna, gdy tylko pozwolimy Mu działać.
Warto zatem, w ramach Sakramentu Pojednania, omówić zarówno zwycięstwa jak i porażki naszej pracy wewnętrznej.
Na pewno trzeba zadbać, aby dostrzeganie zwycięstw nie rozbudzało pychy, konieczna jest świadomość, że wszelkie osiągnięcia mają swe źródło w Panu Bogu, bo On daje przebaczenie, On napełnia nas siłą do walki.

Zauważmy jeszcze, że przy okazji Spowiedzi św. sensowne jest nazwanie nie tylko konkretnych grzechów, ale także – a może przede wszystkim – złych skłonności, wad, stałych upadków, tego, co innym najbardziej zatruwa życie. Można przy pomocy spowiednika wybrać sobie oprócz ogólnego postanowienia poprawy szczegółowe postanowienie, np. zobowiązanie do codziennej lektury Pisma św., walkę z niepunktualnością czy jak najczęstsze kierowanie myśli ku Panu Bogu podczas biegu dnia. Niektórzy katecheci przygotowując dzieci do I Komunii św. uczą nawet takiej formuły:
„… serdecznie żałuję, postanawiam poprawę, szczególnie z…”.
Jeśli tak pokieruję swą pracą wewnętrzną, to mogę rozpocząć następną Spowiedź od zdania: „Od ostatniej Spowiedzi św. pracowałem szczególnie nad np. nieokazywaniem niechęci… Udało się to w takim stopniu… Poniosłem porażkę, bo…”.
Każdy w życiu walczy: niektórzy z innymi (ci są zawsze zgorzkniali i zbuntowani), a niektórzy z samym sobą (ci są coraz szczęśliwsi i pełni Bożego pokoju).

Czy grabarz może pomóc w spowiedzi?
(WALKA O SKUTECZNOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ)

Wracając przed paru laty ze spotkania Kręgu Rodzin szedłem drogą świeżo pokrytą nietrwałym śniegiem. Pod nim była rozmiękła, błotnista maź, a jeszcze głębiej ślad ostrych mrozów: ziemia jeszcze zamarznięta, twarda jak lód, niewchłaniająca wody.
Jest to chyba trafnie sporządzony przez przyrodę obraz człowieka, który Sakrament Pokuty i Pojednania przeżywa powierzchownie – rozgrzeszenie przynosi oczyszczenie, ale pod świeżością przebaczenia właściwie nic się nie zmieniło. Jest błoto, na którym łatwo się przewrócić, a pod spodem twarda gleba, na której nic nie urośnie, a już na pewno nie przyniesie owoców.

A jednocześnie jest w człowieku naturalna tęsknota za tym, aby Spowiedź Święta była owocna. Nawet niektórzy zniecierpliwieni nieskutecznością Spowiedzi w ogóle z niej rezygnują. Tymczasem trzeba by było zacząć od zupełnie innej strony.

Warto na początek przypomnieć sobie prawdę, że Pan Bóg świat stworzył i od Niego pochodzi „instrukcja obsługi świata”. Pytając o Boży zamiar jaśniej widzimy przeznaczenie każdego stworzenia. Starając się odkryć prawa nadane światu być może unikniemy bezmyślnego nadużywania rzeczy stworzonych, niszczenia piękna ukrytego we wszystkim, co nas otacza. Grzechem jest każde przekroczenie Bożego planu, każda własna „poprawka” do Jego dzieła. Ostatecznie grzech jest zawsze krzywdą dla świata, nawet, jeśli nie od razu widzimy tragiczne skutki danej myśli, słowa albo czynu. Co gorsza, grzech jest zawsze krzywdą, którą człowiek sam sobie wyrządza. Jeszcze raz powtórzmy: Pan Bóg chce nas obdarować miłością i zaprasza każdego do wiecznego przebywania w Jego domu. Zatem grzech, czyli sprzeciwienie się woli Bożej, jest co najmniej zatrzymaniem w drodze do zbawienia, a niekiedy nawet skierowaniem się w zupełnie innym kierunku.
Nie bez powodu w aktualnym nauczaniu kładzie się nacisk na takie rozumienie grzechu, wielu bowiem ludzi, którzy uważają się za wierzących, nazywa grzechem jedynie bezpośrednie złamanie przykazań, niektórzy jeszcze bardziej to zawężają twierdząc, jak poganie, że grzechem jest jedynie to, co szkodzi konkretnemu bliźniemu.

Użyjmy tu porównania: pierwszym zadaniem lekarza, do którego zgłasza się chory, jest diagnoza: odróżnienie rodzaju choroby, nazwanie jej i potem opracowanie planu leczenia. Lekarz nie ma prawa stwierdzić, nawet poparty wieloma autorytetami medycznymi, ekonomicznymi czy politycznymi, że np. od dziś gruźlica nie jest chorobą. Chorobą ciała jest to, co szkodzi ciału, chorobą ducha – to, co degraduje godność człowieka jako dziecka Bożego. Człowiekowi nie wolno samemu określać, co jest grzechem, a co nim nie jest – byłoby to przypisywanie sobie praw Pana Boga. Orędzie Ewangelii i nauczanie Kościoła dość przejrzyście określają zło i dobro, a zadaniem człowieka jest przykładanie swoich zachowań do tych kryteriów. Gdy już mamy za sobą uporządkowanie nauki o grzechu to łatwiej zrozumieć dwa warunki ważności Sakramentu Pokuty i Pojednania: żal za grzechy i postanowienie poprawy.

Jeśli przez akceptowanie złych myśli i spojrzeń, nieopanowane zniecierpliwienie, pożądliwe marzenia, bezmyślnie wypowiedziane słowa i tym podobne zachowania poniżam swoją godność, to łatwiej mi żałować i z większą gorliwością opracuję konkretne kroki prowadzące do zmiany postaw.

Warto też zauważyć, że większość grzechów, jakie dostrzegamy w swoim życiu, zaczyna się w głębi serca ludzkiego.
Nie wystarczy zatem stwierdzić, że przekleństwo pojawiło się na moich ustach, trzeba zadać pytanie – dlaczego, czy jestem zbyt zmęczony, bo nie umiem odpoczywać, czy nie mam odwagi zwrócić uwagi komuś, kto źle postępuje i ogarnia mnie bezsilność, czy po prostu nie ćwiczę opanowania.
Nie wystarczy zauważyć, że zaniedbałem modlitwę, trzeba zastanowić się nad pytaniem czy źle organizuję czas, mam niewłaściwą hierarchię wartości czy wręcz lekceważę Pana Boga – a to już dużo poważniejsza sprawa.

Po takich odkryciach moim zadaniem jest ułożenie konkretnego planu pracy. Gdy podczas Spowiedzi Świętej zadaję pytanie: „Jak będziesz walczył z tym grzechem?” – zwykle spotykam się ze zdziwieniem. A przecież wszyscy wiemy, że praca nad postawami człowieka wobec innych ludzi i wobec wydarzeń jest zwykle długa i wymaga cierpliwości. Niech to będzie chociaż na początek przepraszanie Pana Boga w sercu za każde niewłaściwe słowo, za każdą próbę ominięcia prawdy. Na zakończenie przytoczę zdanie pewnego grabarza, który w najostrzejszy mróz miał wykopać grób i w wybranym miejscu rozpalił ognisko: „Z tą ziemią jest jak z duszą ludzką: wiele godzin musi się na niej palić ogień Bożej Łaski, aby się dało kopać głębiej”.

Wdzięczność w drodze do nawrócenia

Wiemy, że człowiek jest całością, jednością, nie można po części służyć Panu Bogu, a po części z Niego drwić, jeśli lekceważymy Jego wolę, to decydujemy, że On nie ma racji. Przerażające jest uświadomienie sobie, że „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23). Spojrzenie na siebie w świetle Bożej Miłości nazywamy rachunkiem sumienia. Rachunek sumienia to nie jest jedynie zestawienie win. Musimy „wyjechać z tej koleiny duchowej”, bo przecież każde odłączenie się od Boga jest oderwaniem się od życia.

Myślę, że najciekawszą propozycję rachunku sumienia pozostawił Kościołowi święty Ignacy Loyola, założyciel jezuitów. Zauważa, że wszystko, co myślimy lub mówimy o Panu Bogu powinno się zaczynać od wdzięczności, a zatem najpierw powinienem dziękować Panu za wszystko, czym mnie obdarował, za dar życia, za otwarcie drogi do zbawienia, za piękno świata i wszystkich ludzi, którym cokolwiek w życiu zawdzięczam, ale również za dary, które przegapiłem, które zlekceważyłem albo wręcz zmarnowałem.
W świetle Bożej dobroci każdy grzech pojawi się jako niewdzięczność, ale jednocześnie może zrodzić pragnienie wdzięczności.

Ks. Zbigniew Kapłański

Konflikt w konfesjonale

Konflikt w konfesjonale

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.
(Mt 18,15-17)

Coraz śmielej piszemy ostatnio o uzdrowieniu zranień doznanych w konfesjonale. I choć odwaga w podejmowaniu problemu jest godna pochwały, konieczna jest jednak wielka ostrożność, ponieważ nie wszystko, co subiektywnie wierni odbierają jako zranienie, bywa nim de facto. A ponieważ pojęcie „zranienie w konfesjonale” staje się „modne”, stąd winno być traktowane z wielką rozwagą i delikatnością. Sprawianie wrażenia, że konfesjonał jest przede wszystkim miejscem zranienia, byłoby bowiem niepowetowaną krzywdą wyrządzoną tej najpiękniejszej, choć i najtrudniejszej posłudze.

Dostrzec problem

Kiedy penitent w czasie spowiedzi poczuje się boleśnie dotknięty zachowaniem kapłana, ma prawo podjąć temat i mówić o tym. Stąd otwarta refleksja nad zranieniami w konfesjonale jest ważnym przyczynkiem do oczyszczenia klimatu wokół sakramentu pojednania, zagrożonego relatywizacją moralną współczesnej cywilizacji i wynikającym z niej lekceważeniem spowiedzi. Kard. Joseph Ratzinger w 2005 roku w czasie Drogi Krzyżowej odprawianej w Koloseum w Wielki Piątek mówił z bólem: „Jakże mało cenimy sakrament pojednania, w którym [Chrystus] oczekuje, by nas podnieść z naszych upadków”.

Dziś trzeba mówić nie tylko o tym, jak uzdrawiać zranienia w konfesjonale, które stały się faktem, ale także o tym, jak im zapobiegać. Jakkolwiek za dialog prowadzony w konfesjonale przede wszystkim odpowiedzialny jest spowiednik, to jednak ogromny wpływ na niego może mieć także penitent. Nie usiłując usprawiedliwiać księży, których zachowanie nie odpowiada godności konfesjonału, trzeba mieć świadomość, że są oni tylko ludźmi, tak samo ułomnymi jak wszyscy. Penitent właściwą reakcją i postawą mógłby nieraz zapobiec trudnym sytuacjom, które później ciągną się latami. Stąd rodzi się ważne pytanie: W jaki sposób należy się zachować, kiedy poczujemy się zranieni w konfesjonale przez spowiednika: jego słowami, postawą, opiniami, oceną moralną czy w inny sposób?

Z jednej strony, kiedy penitenta w konfesjonale spotyka jakaś przykra sytuacja, nie powinien obrażać się ani na Pana Boga, który posługuje się takimi niedoskonałymi sługami, ani na Kościół za to, że wyraża zgodę, by tacy księża spowiadali, ani nawet na samych spowiedników, którzy – wbrew wszelkim łagodzącym okolicznościom – ponoszą jednak odpowiedzialność za swoje zachowanie. Z drugiej jednak strony, nie należy lekceważyć raniących sytuacji konfesjonału, uważając, że „nic takiego się nie stało” albo że „to jego problem, nie mój”. „Szlachetne” przebaczenie „biednemu księdzu” nie jest dobrym rozwiązaniem. Można oczywiście podziwiać penitentów, że tak cierpliwie znoszą niewłaściwe zachowanie spowiedników, którym – mówiąc ogólnie – brakuje przygotowania lub wyczucia, nie należy jednak w takiej sytuacji pochwalać ich pasywności. Jakakolwiek forma konfliktu w konfesjonale pomiędzy spowiednikiem a penitentem nie ma charakteru prywatnego nieporozumienia. Konfesjonał nie jest bowiem prywatnym miejscem pracy księży. Aby mogli godnie sprawować swoją posługę, Kościół ofiaruje im długoletnią formację, rozeznaje ich zdatność, a dopuszczenie do święceń przybiera charakter aktu publicznego. Kiedy jednak mimo wszystko niektórzy z nich zawodzą, wówczas – w trosce o godne sprawowanie sakramentu pojednania – wiele mogą zrobić także penitenci.

W trudnych sytuacjach, jakie mogą zdarzyć się w konfesjonale, penitent winien najpierw uważnie rozeznać, czy rzeczywiście ma on do czynienia ze zranieniem. I choć bezceremonialne napomnienie spowiednika może sprawić przykrość, to jednak kiedy jest ono prawdziwe, nie należy go traktować w kategoriach zranienia. Ból sprawia przede wszystkim własny grzech, którego być może do końca jeszcze penitent nie zobaczył i nie uznał. Wobec postępującej relatywizacji zasad moralnych coraz trudniej dzisiaj rozmawiać księdzu z niektórymi ludźmi, ponieważ czasami usiłują oni dyskutować o słuszności zasad, jakby zależały one od kapłana. Spowiadanie wymaga wówczas wielkiej cierpliwości i nie lada sztuki prowadzenia dialogu. To zastrzeżenie nie jest próbą usprawiedliwiania spowiedników, którym brakuje niekiedy kultury słowa, szacunku, dyskrecji i delikatności. To raczej zachęta do wielkiej ostrożności w wysuwaniu zastrzeżeń wobec trudnych czasami do przyjęcia słów księdza w konfesjonale. Oczywiście sytuacje zranienia zdarzają się i, nawet gdyby były bardzo rzadkie, winny być podjęte jako poważny problem.

Ocalić słowa spowiednika

Jeśli penitent czuje się niewłaściwie traktowany, w przyjęciu odpowiedniej postawy ogromnie pomocne może być tzw. presuponedum, czyli „wstępne założenie”, jakie na początku Ćwiczeń duchownych daje kierownikowi duchowemu i odprawiającemu rekolekcje św. Ignacy Loyola. Ma ono ułatwić dialog w Ćwiczeniach, by mógł przebiegać bez nieporozumień, a sytuacje niejasne były rozwiązywane w duchu zgody, pokoju i wzajemnego rozumienia. „Aby zarówno dający Ćwiczenia Duchowne, jak i przyjmujący je – mówi Ojciec Ignacy – bardziej pomagali sobie wzajemnie i postępowali [w dobrem], trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością, a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł ją ocalić” (Ćd 22). W sytuacji niezrozumienia pomiędzy dającym rekolekcje a odprawiającym je, Ignacy doradza podjęcie pewnych kroków. Można je zastosować w analogicznej sytuacji konfliktowej w konfesjonale.

Zarówno spowiednik, jak i jego penitent – jako dobrzy chrześcijanie –powinni być bardziej skorzy do „ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia”. Kiedy więc penitent czuje się zraniony jakimś słowem spowiednika, wówczas, analizując je w kontekście całego spotkania, winien założyć, że spowiednik chciał mu pomóc, choć może uczynił to niezbyt zręcznie. Emocjonalność wielu mężczyzn, także i księży, bywa nieraz nieco surowa. Wstydzą się niekiedy przyjmować życzliwość i okazywać ją. I choć to, co mówią, brzmi szorstko, za ich niezręcznie wypowiadanymi zdaniami kryje się często dobre, wręcz czułe serce. Tacy mężczyźni są nieraz doskonałymi spowiednikami. Zbytnia wylewność i czułość w konfesjonale bywa zwodnicza i myląca, a czasami nawet trująca. Spowiednik, który chwali penitentów czy schlebia im, usypia ich i zwodzi, a przez to także okłamuje. Jeden z Ojców pustyni twierdził, że spowiednik, który chwali grzesznika, oddaje go w ręce diabła. Grzesznik winien być napominany. Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło (J 5, 14) – mówił Jezus do uzdrowionego. Kobietę upadłą, którą obronił przed ukamienowaniem, napominał: Idź i odtąd już nie grzesz (J 8,11).

Słysząc trudną mowę spowiednika, penitent winien najpierw ratować jego słowa, zakładając, że jest dobrym chrześcijaninem, gorliwym kapłanem i chce służyć swoim upomnieniem. Mocne słowa księdza w konfesjonale czy na ambonie nie będą nas ranić, jeśli potraktujemy je jako adekwatną do naszych grzechów przestrogę. Kiedy w 1993 roku Jan Paweł II na Sycylii ostro napomniał mafię za popełniane przez nią zbrodnie, wołając podniesionym głosem: „Nawróćcie się, bo kiedyś wybije godzina sądu”, zatwardziali sycylijscy mafiosi uznali, że Papież obraził nie tylko ich, ale także wszystkich Sycylijczyków. Penitent, który nie szuka rzeczywistego nawrócenia, łatwo się zamknie i obrazi, gdy spowiednik upomni go lub wskaże przewidywane skutki jego grzechu. Słuszne upomnienie, choć bywa nieraz bolesne, nie jest dla człowieka poniżające. Wręcz przeciwnie – pomaga w odzyskaniu godności.

Nie bać się zapytać

Musimy być jednak uczciwi wobec tych penitentów, którzy skarżą się na swoich spowiedników. Zdarzają się takie zachowania w konfesjonale, których nie da się ocalić, ponieważ w sposób jednoznaczny są niesprawiedliwe. Wówczas, za radą Ignacego Loyoli, możemy nawiązać dialog, porozmawiać i pytać. Nie tylko ksiądz może zadać pytanie: „Co pan chciał przez to powiedzieć?”, ale i penitent może spytać: „Co ojciec chciał mi przez to powiedzieć?”. Wiele nieporozumień w konfesjonale wynika bowiem z braku odpowiedniego języka, nieprecyzyjnego wyrażania się i stosowanych przez obie strony skrótów myślowych. Dobry spowiednik, słysząc zagmatwane i niejasne wyznania, dyskretnie poprosi o wyjaśnienie. Ma obowiązek to zrobić, jeśli chodzi o ciężką materię grzechu. Wielu penitentów naraża się w konfesjonale na dodatkowe przykre pytania ze strony spowiedników tylko dlatego, że ich wyznanie grzechów jest nieprzygotowane, ogólnikowe, podszyte fałszywym wstydem i niekonkretne. Kiedy penitent nie wie, jak opisać swój grzech, może skorzystać z rachunku sumienia. Krótka refleksja nad tym, jak nazwać swój grzech, mogłaby zapobiec niejednemu nieporozumieniu w konfesjonale.

Zdarza się jednak, że powodem nieporozumienia jest niewłaściwa postawa księdza: brak uważnego słuchania, podejrzliwość, niedyskretne pytania, słowa obrażające poczucie godności penitenta, uwagi czy pytania ingerujące w intymną sferę, pobieżne oceny moralne, schematyczne i surowe pouczenia czy niestosowne pokuty zadawane bez rozeznania. Bardzo raniące są też pytania sugerujące grzech, którego penitent nie popełnił. W takiej sytuacji możemy zapytać spowiednika, jak zrozumiał nasze wyznanie, co chciał nam powiedzieć lub czy mógłby daną kwestię wyjaśnić. Często wymaga to nie lada odwagi, może jednak zapobiec narastaniu konfliktu. Kapłan, słysząc tego typu pytania, byłby zaproszony do refleksji, czy jego zachowanie nie przekracza pewnych granic, które jako spowiednik winien zachować. Zbyt wielu penitentów, słysząc przykre, a czasami i niesprawiedliwe słowa spowiednika, zamyka się w sobie, czują się urażeni i odchodzą od konfesjonału. A ponieważ uwagi księdza mają zwykle związek z ich grzechami, niewielu też dzieli się doznaną w konfesjonale przykrością z innymi.

W czasie rekolekcji ignacjańskich wielokrotnie byłem świadkiem powrotów rekolektanów do dawnych spowiedzi, pełnych bólu, upokorzenia i cierpienia. Dorosłe osoby nieraz po dziesiątkach lat podejmowały decyzję, by opowiedzieć o trujących ich duszę wspomnieniach spowiedzi z wczesnego dzieciństwa lub okresu dojrzewania. A ilu wiernych nigdy nie opowie o zranieniach w konfesjonale, ponieważ postanowiło, że już przed żadnym księdzem nie uklękną, choć mimo wszystko starają się modlić i chodzą co niedzielę do kościoła? Słuchając tych wyznań, miałem wrażenie, że chodziło de facto o drobne sprawy. Drobne jednak tylko dla księdza. Kiedy bowiem penitent po wielu wewnętrznych walkach zdecyduje się zaufać kapłanowi i otworzy przed nim swoją duszę jak przed ojcem, a potem zostanie potraktowany niedyskretnie, surowo i bez zrozumienia, owa drobna sprawa urasta do życiowego wręcz dramatu.

Wszyscy w duszy mamy jakieś obolałe miejsca, które ledwo dotknięte, czasami przypadkowo, sprawiają ogromny ból. Ile dorosłych kobiet i mężczyzn z wielką przykrością wspomina niedyskretne pytania z zakresu szóstego czy siódmego przykazania, które usłyszeli w dzieciństwie czy też w okresie dojrzewania? Sprawy niby drobne, ale bolą latami. „Ile razy przypomnę sobie o tamtej spowiedzi, muszę od nowa dokonać aktu przebaczenia” – wyznał jeden z penitentów.

Kiedy zadajemy spowiednikowi pytanie, jak mamy rozumieć jego słowa, w jakimś sensie egzaminujemy go z jego posługi w konfesjonale. Takie pytanie może być dla niego leczące. Gdyby częściej penitenci zadawali je swoim spowiednikom, wielu z nich z pewnością zmieniłoby swoją postawę. A jeśli zdarzyłoby się, że penitent w swoim przewrażliwieniu wyolbrzymi słowa i zachowania spowiednika, wówczas spokojna i wyważona odpowiedź księdza uspokoi spowiadającego się i wzbudzi zaufanie do jego posługi.

W razie potrzeby poprawić

Jeżeli spowiednik, zdaniem penitenta, źle dokonał oceny, niesłusznie użył przykrych czy wręcz obraźliwych słów, wówczas może „poprawić go z miłością”. Penitent ma prawo w konfesjonale upomnieć się o sprawiedliwą ocenę swojego sumienia i należny mu szacunek, gdyby uznał, że te dobra w sposób istotny zostały naruszone. Jeśli takie napomnienie nie skutkowałoby, Ignacy każe szukać innych „środków stosownych do tego, aby wypowiedź dobrze zrozumieć i w ten sposób ją ocalić”. O jakie środki chodzi, tego Ignacy nie podaje. Jako człowiek głębokiej wiary i bogatego doświadczenia duszpasterskiego wiedział jednak, że w najtrudniejszych sytuacjach Duch święty, na którego jesteśmy otwarci, podpowiada rozwiązania, do jakich sami nigdy byśmy nie doszli. Modlitwa za siebie i za kapłana oraz prośba o światło i moc do stawienia czoła konfliktowej sytuacji mogą być tym pierwszym „innym środkiem”, o którym wspomina Ignacy.

W konfesjonale role spowiednika i penitenta są zupełnie odmienne, jednak na gruncie spotkania ludzkiego obaj są braćmi i mają te same prawa i obowiązki wobec siebie: wzajemny szacunek, zrozumienie i życzliwość. Penitent może wyrazić swój sprzeciw, jeżeli uzna, że jego ludzkie prawa zostały w jakiejś formie naruszone. Taka sytuacja bywa dla spowiednika bardzo trudna. Może się też zdarzyć, że to przewrażliwiony penitent zachowa się niesprawiedliwie wobec spowiednika. Nie są to rzadkie przypadki. Kapłan musi wówczas przyjąć to jako część pełnionej przez niego posługi. Dobrzy spowiednicy łatwo radzą sobie z takimi sytuacjami. O ile spowiednik nad niewłaściwym zachowaniem penitenta w konfesjonale winien przejść do porządku dziennego, o tyle penitent nie powinien tego robić w stosunku do spowiednika. To kapłan, z natury sakramentu, ma być najpierw znakiem miłosierdzia dla penitenta, a nie odwrotnie.

Spowiednik, który zachowuje się w sposób niestosowny, winien usłyszeć reakcję zwrotną ze strony penitenta. Jeżeli zdarza się, że księża latami ranią ludzi podczas spowiedzi, to tylko dlatego, że nikt wcześniej nie zwrócił im na to uwagi. Pytanie skierowane do spowiednika o to, jak powinniśmy rozumieć jego słowa, lub poprawienie go z miłością są nieraz bardzo potrzebne – nie tylko z powodu nas samych, ale także ze względu na kolejnych penitentów, którzy uklękną przed danym księdzem jako spowiednikiem.

Ten typ dialogu bywa bardzo trudny. Gdyby osoba spowiadająca się miała świadomość, że nie opanuje wzburzenia, byłoby lepiej, aby – ze względu na godność sakramentu pojednania – takiego dialogu nie rozpoczynała. Przyjąwszy z pokorą rozgrzeszenie, może zastanowić się późnej, jak zaistniałą przykrą sytuację rozwiązać. Podobnie trzeba by przerwać rozmowę, gdyby penitent miał wrażenie, że spowiednik z kolei reaguje zniecierpliwieniem, podnosi głos czy przestaje panować nad sobą. Uratowanie godności sakramentu jest, jak się zdaje, znacznie ważniejsze od dochodzenia osobistych praw sprawiedliwego i życzliwego traktowania w konfesjonale. Upokorzenia spowiednika przez swoją reakcję, na przykład gwałtowne odejście od konfesjonału bez słowa, byłoby niegodne sakramentu. W razie napięcia czy konfliktu przy spowiedzi także penitent winien robić wszystko, aby rozstanie z kapłanem odbyło się „w najlepszej zgodzie”. Nawet jeżeli zachowuje się on w sposób nieodpowiedni, jego posługa w konfesjonale może być przyjęta w duchu wiary i zasługiwać na szacunek.

Najpierw być dobrym penitentem

Powyżej sformułowane zachęty dla penitentów mogą wydać się wielu spowiednikom przesadą, namawianiem ich do arogancji i braku pokory czy wręcz unoszenia się dumą, kiedy potrzebna jest raczej postawa uniżenia. Do tej pory częściej słyszeliśmy słowa, by z pokorą, „jako pokutę za grzechy”, przyjmować przykre słowa, nawet gdyby były nieco przesadzone czy niesprawiedliwe. Spowiedź, niezależnie od tego, jak się potoczy, zawsze będzie ważna, o ile penitent żałuje za wyznane grzechy, a spowiednik udzieli mu rozgrzeszenia. Ma ona jednak także inną ważną funkcję: wzajemnego spotkania w duchu wiary wobec miłosiernego Boga i dania sobie wzajemnego świadectwa. Spowiednik ma obowiązek nie tylko udzielić „obiektywnie” ważnego rozgrzeszenia, ale także umocnić penitenta w wierze i szacunku do siebie, podnieść na duchu, zachęcić do modlitwy i życia duchowego. Spowiednik winien zachowywać się tak, aby było oczywiste, że on sam jest grzesznikiem, który również potrzebuje miłosierdzia, podobnie jak ten, komu udziela rozgrzeszenia, chociaż nie ma potrzeby wspominać o tym wprost. Jan Paweł II często przypominał księżom, że będą dobrymi kapłanami tylko wówczas, jeśli sami wcześniej staną się dobrymi penitentami. Zbyt często usprawiedliwiamy niewłaściwe zachowanie księdza w konfesjonale „obiektywną” ważnością sakramentu. Niesprawiedliwy sposób sprawowania tej obiektywnie ważnej posługi może jednak ranić człowieka i obrażać Boga.

Spowiednik słowem i zachowaniem winien budzić u penitenta postawę wewnętrznej wolności oraz odpowiedzialności za siebie i za ocenę własnego sumienia. Bo choć spowiednik jest znakiem danym przez Chrystusa, nie jest panem ludzkiego sumienia i nie może ingerować w nie w sposób dowolny. Nakazy, napomnienia, oceny i uwagi księdza muszą być głęboko osadzone nie tylko w obiektywnej nauce Kościoła, ale także w konkretnych warunkach i okolicznościach życia osoby spowiadającej się. Stąd aby coś jej doradzić, trzeba ją najpierw dobrze wysłuchać, zrozumieć i wczuć się w jej sytuację. Pouczenia w konfesjonale nie będą pomocne, jeśli rozminą się z najgłębszymi duchowymi potrzebami, oczekiwaniami i problemami penitenta.

Rozgrzeszenie księdza wypowiedziane w imieniu Kościoła zawsze ma moc odpuszczenia grzechów, jednak inne jego słowa są pomocne tylko o tyle, o ile kapłan sam jest wierny Kościołowi i żyje jego duchem. Powierzchowne, przesadzone i surowe oceny, nawet jeżeli jest w nich wiele „kapłańskich emocji”, są powiedziane we własnym imieniu, a nie w imieniu Boga i Kościoła. Podobnie we własnym imieniu niektórzy kapłani zmieniają dzisiaj wymagania Kościoła, sugerując, że nie podąża on za wymaganiami współczesnej cywilizacji. Jak ewangeliczni faryzeusze uzurpują sobie prawo do znoszenia przykazań, ale najczęściej tylko dlatego, że nie traktują ich poważnie. Kapłan, który ma świadomość, czym jest Boże prawo, nie śmie go pomniejszać czy podważać. Jeżeli jemu samemu trudno je zachować, winien to wyznać z pokorą przed Bogiem i własnym spowiednikiem, jak czynią to przed nim penitenci. Byłoby rzeczą wskazaną, by spowiednik – od czasu do czasu – zadał sobie pytanie, czy pod uwagami i radami wypowiadanymi przez niego w konfesjonale podpisałby się Pan Bóg. Odpowiedź na tak postawione pytanie może być bardzo trudna.

Słowo napomnienia w konfesjonale, które jest obowiązkiem spowiednika, winno być wolne od jego nieuporządkowanych emocji, szczególnie zaś gniewu i wyniosłości. Ojcowski ton, duch wiary, skromność i pokora sprawiają, że zwracanie uwagi penitentom nie jest przez nich odbierane jako ranienie. Doświadczenie pokazuje, że wierni nie obrażają się tak łatwo, a życzliwe upomnienie przyjmują w duchu wdzięczności. Penitenci przychodzą i klękają w konfesjonale, ponieważ chcą się przed Bogiem upokorzyć, wyznając swoje grzechy.

Idź i powiedz Kościołowi

Spowiednik w konfesjonale nie jest ostatnią instancją i sam nie daje sobie delegacji posługiwania. Ma przełożonych, którzy na mocy udzielonej im władzy posyłają go do posługi w konfesjonale. To mechanizm wypracowany przez Kościół na przestrzeni wieków, który pozwala rozeznawać postawę i zachowania duszpasterzy. Biskup udziela jurysdykcji kapłanowi do spowiadania na terenie jego diecezji i na ściśle określony czas, zwykle bardzo krótki. Odnawianie tej jurysdykcji jest okazją do rozeznania postawy kapłana w konfesjonale. Jurysdykcję winno traktować się z całą powagą wobec księży, na których penitenci się uskarżają, o czym często proboszczowie lub koledzy kapłani dobrze wiedzą. Te opinie wiernych zbywają, niestety, uwagami wypowiedzianymi dobrotliwym tonem: „Trochę tam krzyczy na ludzi”. Cofnięcie jurysdykcji niektórym księżom, choćby na kilka tygodni czy miesięcy, byłoby dla nich mocnym upomnieniem i zachętą do refleksji nad ich reagowaniem w konfesjonale.

Wiernym, którzy nie studiują prawa kanonicznego ani teologii moralnej, należy się jasna informacja o tym, że Kościół jako wspólnota ma skuteczne instrumenty duchowe i prawne, aby osoby zachowujące się niewłaściwie w konfesjonale zobowiązać do zmiany ich postawy lub – w razie potrzeby – odsunąć od pełnionych funkcji. W ten sposób tworzy się we wspólnocie Kościoła klimat moralnej i duszpasterskiej przejrzystości. Oczywiście wiernym nie są potrzebne informacje o podejmowanych nieraz krokach dyscyplinarnych wobec kapłanów, ale jedynie świadomość, że Kościół jako wspólnota bierze pełną odpowiedzialność za postawę i zachowanie kapłana w konfesjonale.

Jeżeli spowiednik zachował się wobec penitenta niesprawiedliwie czy nawet gorsząco, a jednocześnie nie chciał na ten temat podjąć rozmowy, penitent ma prawo odwołać się do jego przełożonego. Osoby, które w konfesjonale spotkała przykra sytuacja, w imię miłości do sakramentu pojednania winny czuć się zobowiązane do szukania jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Ową trudność można co prawda potraktować jako pokutę za grzechy, ale – biorąc pod uwagę wymiar eklezjalny posługi sakramentalnej – trzeba ją przedstawić jako problem osobom kompetentnym. Obmawianie księdza, plotkowanie i obnoszenie się ze swoim skrzywdzeniem nie są właściwym rozwiązaniem.

Aby nie podejmować nierozważnych kroków, dobrze jest w takiej sytuacji szukać porady doświadczonego kapłana, który byłyby w stanie ocenić ją obiektywnie. Przedstawiając problem, trzeba nabrać dystansu do własnych zranionych emocji. Nie chodzi bowiem jedynie o wyżalenie się przed innym kapłanem, choć i to może być cenne, ale przede wszystkim o szukanie światła, w jaki sposób postąpić. I choć w razie wątpliwości można konsultacje powtórzyć, nie należałoby jednak szukać rady u zbyt wielu przypadkowych osób. Wielość sprzecznych opinii nie pomaga w wyrobieniu sobie trafnego sądu.

Jeżeli penitent uzna, że zachowanie spowiednika było na tyle krzywdzące, że potrzebne jest zgłoszenie tego faktu bezpośredniemu przełożonemu kapłana, wówczas ma do tego prawo. Winien jednak mieć świadomość, że bierze na siebie znaczną odpowiedzialność sumienia, ponieważ spowiednika obowiązuje tajemnica spowiedzi i nie może bronić się przed wysuwanymi wobec niego zarzutami. Powiadomienie biskupa o niewłaściwym zachowaniu spowiednika należałoby stosować jedynie w sytuacjach najtrudniejszych, takich, za które Kościół nakłada na kapłana ekskomunikę: nakłanianie do grzechu lub wywoływanie zgorszenia. Jeżeli penitent nie ma pełnej jasności sumienia, jak należy postąpić, a ponadto doświadczeni kapłani odradzają to radykalne rozwiązanie, wydaje się rzeczą słuszną nie brać na siebie takiej odpowiedzialności. Można wówczas udać się do niższej instancji, na przykład do proboszcza lub dziekana.

Gdyby jednak chodziło o jednoznacznie niemoralne sytuacje ze strony kapłana wobec ludzi młodych, byłoby wskazane – o ile rzeczywiście sytuacja jest bardzo poważna – by osoba, u której młody krzywdzony człowiek szuka porady, udała się do bezpośredniego przełożonego. W sytuacjach głębokiej krzywdy, gdy młodemu człowiekowi brakuje jeszcze rozeznania i pewności siebie, nie można go zobowiązywać w sumieniu, aby sam narażał się na dodatkowe cierpienie i upokorzenie. Jest rzeczą oczywistą, że ktoś, kto idzie do biskupa czy prowincjała „ze skargą” na spowiednika, będzie poddany gruntownemu rozeznaniu i badaniu. Takie sytuacje wymagają niekiedy wręcz heroizmu. A ponieważ oskarżenie łatwo może być odwrócone w drugą stronę, stąd konieczna jest najwyższa rozwaga.

Zdarza się, że osoby zranione w konfesjonale we wczesnym dzieciństwie lub młodości w przypływie szczerości opowiadają o tym w mediach, podważając zaufanie do księży, podczas gdy nic nie zrobiły, by takim sytuacjom zapobiec w ramach wspólnoty Kościoła. Medialne nagłaśnianie pojedynczych sytuacji zranienia w konfesjonale jest krzywdzące dla całego Kościoła, ponieważ podważa zaufanie do kapłanów jako spowiedników i duszpasterzy.

Sytuacje, które rozważamy, na szczęście nie zdarzają się często. Trzeba jednak o nich mówić otwarcie, także wobec penitentów świeckich. I choć wielkie pożary zdarzają się bardzo rzadko, każdy budynek, w którym ludzie mieszkają i pracują, jest wyposażany w jasno oznakowane drogi ewakuacyjne oraz sprzęt przeciwpożarowy, nawet jeżeli ten często nigdy nie bywa używany. Ludziom rozsądnym nie przyjdzie jednak do głowy podważać słuszności instalowania go. Rzeczywistość bowiem pokazuje, że zdarzają się sytuacje, w których z jego pomocą ratuje się ludzkie życie. Jeżeli rzadko wybuchają wielkie pożary, to także dlatego, że z pomocą sprzętu bywają gaszone w samym zarodku. Odpowiedź na pytanie: „W jaki sposób należy się zachować, kiedy poczujemy się zranieni w konfesjonale przez spowiednika?” może być dla wielu takim właśnie nieużywanym sprzętem przeciwpożarowym. Penitent może mieć świadomość, że Kościół jako wspólnota chroni go wobec możliwych nieuczciwych zachowań w konfesjonale. Jest to także sygnał skierowany do księży nadużywających zaufania Kościoła, że posiada on określone mechanizmy, które pozwalają mu zapobiegać krzywdzie i bronić słabych.

Józef Augustyn SJ

Świadkowie cudu

Świadkowie cudu

„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego” – mówił na spotkaniu z duchowieństwem Benedykt XVI w Warszawie, 25 maja 2006 r.

Spotkanie człowieka z Bogiem dokonuje się m.in. w konfesjonale. Spowiednik pośredniczy w tej relacji. Dlatego musi być ekspertem z zakresu duchowości, bo to od niego zależy, jaki obraz Boga pozostanie w pamięci penitenta po spowiedzi.

…i tobie ojcze duchowny

Trudnej sztuki spowiedzi uczą się już klerycy. Wykładowca przedstawia listę potencjalnych grzechów, z którymi mogą zetknąć się jako księża. Jednak, aby sprostać oczekiwaniom penitentów oraz nowym problemom, z którymi mogą zetknąć się w konfesjonale, formacja spowiedników trwa całe życie.

– Posługa w konfesjonale jest wiernym bardzo potrzebna, to tutaj doświadczają uzdrowienia – mówi ks. Hubert Sklorz z Opola. – Dlatego tak bardzo ważne jest otwarcie się kapłanów na tę formę duszpasterstwa, na bycie ojcem duchownym. Ludzie w konfesjonale bardzo często mówią „spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i tobie ojcze duchowny”. Spowiednicy powinni być bardzo otwarci na taką posługę. Spowiednik musi sam przepracować siebie, musi czerpać satysfakcję z faktu bycia ojcem duchownym – podkreśla kapłan.

Wpierw penitent, potem spowiednik

Jan Paweł II mówił, że kapłani mogą z własnego doświadczenia powiedzieć, że im pilniej korzystają z sakramentu pokuty, przystępując do niego często i dobrze przygotowani, tym lepiej wypełniają posługę spowiedników i jej dobrodziejstwa zapewniają penitentom. Słowa te potwierdza o. Robert Jasiulewicz, paulin z Jasnej Góry. – Spowiednik sam jest penitentem, sam się też spowiada. I pierwsza lekcja dla spowiednika to samemu dobrze się spowiadać. Przeżycie własnego grzechu przez spowiednika pomaga później zrozumieć egzystencjalną sytuację człowieka, który klęka u kratek konfesjonału – mówi zakonnik. Paulin zaznacza również, że spowiedź jest dla każdego człowieka momentem niezwykle trudnym, który wymaga wewnętrznego upokorzenia się i o tym spowiednicy powinni pamiętać. – Spowiednik powinien z szacunkiem i delikatnością odnosić się do penitenta, który wyznaje swoje grzechy. Nie sztuką jest zranić zranionego, sztuką jest zrozumieć jego sytuację.

Spowiednik wykształcony

Ważne jest, aby spowiednik poświęcił penitentowi wystarczająco dużo czasu. – Spowiedź nie może odbywać się ekspresowo. Oczywiście przetrzymywanie godzinami człowieka przy konfesjonale też nie jest dobre, ale czasami trzeba zadać penitentowi jakieś pytania czy udzielić wyjaśnień. Aby to zrobić, kapłan cały czas musi się dokształcać – zauważa o. Jasiulewicz. Dlatego też musi doskonale znać prawo kanoniczne i teologię moralną, a także zagadnienia z zakresu psychologii czy bioetyki. – Co prawda spowiedź nie może być formą psychoterapii, to jednak psychologiczne umiejętności spowiednika mogą pomóc penitentowi w wyznaniu grzechów.

Szafarz miłosierdzia

Podczas audiencji dla spowiedników z czterech rzymskich bazylik papieskich Benedykt XVI wzywał do odkrycia na nowo sakramentu pokuty. Podkreślił, że sakrament pokuty uobecnia odkupieńczą skuteczność misterium paschalnego Chrystusa. Udzielając w imieniu Kościoła rozgrzeszenia, spowiednik jest świadomym pośrednikiem cudownego wydarzenia łaski. Posłuszny nauce Kościoła, staje się szafarzem pocieszającego miłosierdzia Boga. Zwraca uwagę na rzeczywistość grzechu i równocześnie ukazuje niezmierzoną moc odnowicielską Bożej miłości, która przywraca życie. Spowiedź staje się zatem duchowym odrodzeniem. Przeobraża penitenta w nowe stworzenie.

– Tego cudu łaski może dokonać tylko Bóg. Dokonuje go przez słowa i gesty kapłana. Penitentowi, gdy doświadcza czułości i przebaczenia Boga, łatwiej uznać ciężkość grzechu. Jest wtedy bardziej zdecydowany, by go unikać i wzrastać w nawiązanej ponownie przyjaźni z Bogiem – stwierdził Ojciec Święty. Benedykt XVI zwrócił także uwagę, że spowiednik jest czynnym narzędziem Bożego miłosierdzia. Dlatego obok wrażliwości duchowej i duszpasterskiej konieczne jest poważne przygotowanie teologiczne, moralne i pedagogiczne. Dobrze jest, gdy zna środowiska społeczne, kulturalne i zawodowe, z których pochodzą osoby przystępujące do spowiedzi. Może wtedy dawać im właściwe rady i wskazania. Ponieważ posługa konfesjonału ma charakter duchowy, wymaga od księdza stałego modlitewnego kontaktu z Chrystusem. Chrystus wybrał kapłanów jako jedynych, którzy mogą odpuszczać grzechy w jego imieniu. „Jest to zatem specyficzna służba kościelna, której musimy dawać pierwszeństwo” – powiedział Papież do spowiedników rzymskich bazylik.

Poprzez posługę w konfesjonale w każdym księdzu objawia się zarówno jego kapłaństwo, jak i człowieczeństwo. O tym wszyscy spowiednicy powinni pamiętać i mieć świadomość, że to jak spowiadają innych, świadczy o tym, jakimi sami są penitentami.

Łukasz Drywa

Jestem homoseksualistą i chciałbym się wyspowiadać

Jestem homoseksualistą i chciałbym się wyspowiadać

Duch gniewu

Ruch wyzwolenia homoseksualistów narodził się w latach 60. XX w. Mottem wyzwolenia gejów w USA stało się hasło: „Ujawnij się, wyjdź z ukrycia na ulicę i powiedz, kim jesteś!”. W1974 r. usunięto w Ameryce homoseksualizm z listy zaburzeń o charakterze psychiatrycznym. Po transformacji ustrojowej w Polsce w 1989 r. w wielu miastach powstały kluby, bary, sauny dla gejów. Pojawiły się także organizacje, które organizują marsze równości. Pornograficzne czasopisma gejowskie są ogólnodostępne. Internet stał się dla wielu osób o tej orientacji komunikatorem ułatwiającym nawiązanie kontaktu. W wielu krajach zjednoczonej Europy związki par homoseksualnych uzyskały legalizację. Osoby publicznie deklarujące swój homoseksualizm zazwyczaj uważają takąż aktywność i takiż styl życia za moralnie obojętny lub nawet dobry i zasługujący na społeczną i prawną aprobatę. Ruch wyzwolenia osób homoseksualnych niesie w sobie resentyment, gniew ludzi skrzywdzonych, którzy stali się ofiarami nietolerancyjnych systemów polityczno-społecznych (w XIX w. homoseksualizm uznawano w wielu krajach za przestępstwo, homoseksualiści ginęli z rąk nazistów w obozach koncentracyjnych, w 1942 r. armia USA wydała paragraf zabraniający wcielania homoseksualistów w wojskowe szeregi). Stąd dyskusje na temat homoseksualizmu z „wyłącznymi” i „zaprzysięgłymi” homoseksualistami są niezwykle emocjonalne.

Ten duch gniewu pojawia się zwłaszcza w stosunku do Kościoła katolickiego, który jest postrzegany w środowiskach gejowskich jako represyjna instytucja, mówiąca ludziom, że nie wolno im robić tego, czego chcą i zmuszająca ich do tego, czego czynić nie chcą. Instytucja ta – w ich przekonaniu – nie radzi sobie sama z sobą, o czym świadczą pojawiające się skandale obyczajowe, związane z aktywnością homoseksualną duchownych.

Kościół jednak, będąc rzecznikiem godności człowieka, sprzeciwia się niesprawiedliwości społecznej i dyskryminacji osób homoseksualnych. Zarazem w jego ocenie moralnej zachowania homoseksualne nie mogą być aprobowane. Jedynie małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety umożliwia relacjom seksualnym pełne symboliczne oddanie podwójnego zamysłu Stwórcy: przymierza miłości i zdolności do współtworzenia nowego życia. Relacje homoseksualne nie mogą spełniać tych dwóch warunków. Skłonność homoseksualna sama w sobie nie jest niemoralna, pojawia się nieoczekiwanie, ale może stać się impulsem do wyboru grzesznych zachowań.

Przetestować spowiednika

Gdy te i podobne myśli, wspomniane na początku, jak fala morska przepłyną przez umysł spowiednika, może on uświadomić sobie własną reakcję na emocjonalny ton wypowiedzi penitenta i jego słowa: „Jestem homoseksualistą”. Może się okazać, że penitent nieświadomie generuje własny gniew, który przyjmuje spowiednik. Niekiedy prowokuje kapłana, testując, czy ten go odrzuci. W trakcie spotkania w sakramencie pojednania może on z pomocą uważnego spowiednika uświadomić sobie gniew, który być może nosi przez lata – na siebie samego, własną kondycję seksualną, na rodziców z powodu ich wychowawczych błędów, na inne osoby, na nauczanie Kościoła, a w ostatecznym rozrachunku gniew na Boga za to wszystko, co się stało. Ważne jest, aby gniew w nim nie zastygł, utwardzając w ten sposób postawę rozgoryczenia i cynizmu. Mądry spowiednik może okazać się cennym wsparciem i pomocą także w tym, by penitent pod wpływem silnego gniewu nie zrywał więzi z rodziną i z Kościołem. Nie można zapominać, że osoby homoseksualne są objęte wyższym ryzykiem samobójstwa.

Melancholia gorsza niż grzech

Częściej jednak z homoseksualnych słabości spowiadają się penitenci przygnębieni, którzy przechodzą przez dolinę łez. Przeżywają dotkliwie swoje straty. Ta swoista żałoba obejmuje stratę obrazu siebie jako małżonka/małżonki i rodzica, stratę planów życiowych związanych z małżeństwem i rodziną. Mają poczucie, że zawodzą swoich rodziców, nie spełniając ich oczekiwań. Nigdy nie obdarzą ich wnukami. Czują się samotni i mniej wartościowi w porównaniu z osobami heteroseksualnymi. W sposób zawężony postrzegają siebie samych, wyłącznie przez pryzmat swojej orientacji. Spodziewają się, że inni tak właśnie ich widzą i oceniają.

Podejrzewają, że Bóg nie jest z nich zadowolony. Najczęściej nieświadomie projektują własne niezadowolenie na Boga. Często można usłyszeć, że homoseksualni mężczyźni nigdy nie czuli, że byli lubiani przez własnych ojców. Starsi homoseksualiści, którzy dokonują życiowego bilansu, popadają w głębsze przygnębienie i beznadziejność, a ich człowieczeństwo staje się domem depresji. Niekiedy ci, którzy nie radzą sobie z uczuciem smutku, impulsywnie poszukują pocieszenia w przygodnych kontaktach seksualnych. Potem jednak smutek wraca z jeszcze większym natężeniem.

Gdy pewien chasyd skarżył się Widzącemu z Lublina, że trapią go nieczyste żądze i że popadł wskutek tego w melancholię, rabbi rzekł: „Strzeż się melancholii, ona jest gorsza i bardziej zgubna niż grzech”. Kiedy zły duch budzi w człowieku żądze, nie zamierza wpędzić go tylko w grzech, lecz przez grzech w rozpacz. To, że ktoś jest osobą homoseksualną, nie oznacza, że z tego powodu Bóg kocha go mniej. Miłość Boża dana jest tym, którzy chcą ją przyjąć. Ważne jest, aby penitent przeżył swoje straty, nie błądząc w ślepej uliczce użalania się nad sobą. Smutek przynajmniej częściowo zamieni się w radość, gdy podejmie on wyzwania życiowe, uruchamiając swoje wewnętrzne zasoby, koncentrując się na bogactwie własnej osoby, a nie na swojej orientacji. Chrystus wzywa każdego człowieka, aby kochał więcej, i każdy człowiek odnajduje siebie, dając siebie innym, nie tylko w małżeństwie i rodzinie. Aktywna postawa miłości nadaje najgłębszy sens życiu człowieka i daje możliwość samospełnienia.

Spowiedź to nie moralny trening

Bez wątpienia najtrudniejszym zadaniem dla osoby homoseksualnej jest pogodzenie się ze sobą, zgoda na siebie, akceptacja i zrozumienie sensu własnej orientacji. To wymaga czasu i podjęcia duchowego wysiłku. Nie oznacza to alienacji seksualnej, stawania się istotą aseksualną. Wprost przeciwnie, każdy człowiek powinien przyjąć i uznać swoją tożsamość płciową. Homoseksualista zawsze jest mężczyzną lub kobietą. Nie ma trzeciej płci (istnieje zaburzenie tożsamości płciowej, określane terminem transseksualizm). Każda osoba – heteroseksualna lub homoseksualna – wezwana jest do osiągnięcia dojrzałości i odpowiedzialności. Dobro i siła seksualności może zostać dobrze lub źle użyta. Człowiek musi podjąć trud scalania myśli, uczuć i czynów w dziedzinie seksualności w taki sposób, by dowartościować i uszanować własną godność oraz godność innych. Rzeczami się posługujemy, a osoby afirmujemy dla nich samych ze względu na ich godność. Kościół proponuje osobom homoseksualnym drogę wzrostu przez wybór dobra, a to wiąże się z podjęciem decyzji rezygnacji z pewnych zachowań. Innymi słowy, Kościół proponuje życie w czystości. Jest to zaproszenie, by osoby homoseksualne rozwijały zdolność do przyjaźni, bliskości psychicznej poza relacjami seksualnymi. Nie jest to propozycja łatwa do przyjęcia, jeśli weźmiemy pod uwagę psychologiczne uwarunkowania różnych osób. Poprzeczka wymagań została postawiona wysoko, nic zatem dziwnego, że budzi sprzeciw. Rodzą się także pytania o jej wykonalność, zwłaszcza w wypadku osób, które utrwaliły schemat homoseksualnych zachowań. Na pewno wymaga łaski Bożej i trudu ciężkiej pracy, cierpliwego dorastania sumienia, praktyki mądrego stylu życia oraz duchowego rozwoju, a zwłaszcza pokory.

Szczególną siłą staje się Eucharystia i sakrament pojednania. Nie można jednak zapominać, że sakrament pojednania to świętowanie Bożego miłosierdzia, a nie praktyka treningu moralnego. Spowiednik powinien stać się dla penitenta świadkiem Bożego miłosierdzia, miłości, która podnosi w górę i staje się siłą konstruktywną rozwoju osobistej więzi z Bogiem.

Może to nie orientacja

Osobną grupę penitentów stanowią ludzie młodzi, którzy odznaczają się chaotycznymi zachowaniami seksualnymi. Należy pamiętać, że młodzieńcze zainteresowanie ciałem osób tej samej płci i towarzyszące temu podniecenie seksualne nie musi przesądzać o orientacji, która kształtuje się w późnych okresach dorastania. Spowiednik, który zachowa spokój wobec paniki młodego penitenta, może mu służyć mądrą radą i emocjonalnym wsparciem. Potrzeba czasu, aby sytuacja na tyle się wyklarowała, by stwierdzić, czy jego zachowania są wyrazem chaotycznej seksualności, młodzieńczego narcyzmu, buntu, czy przejawem homoseksualnej orientacji. Niektórzy młodzi penitenci wymagają pomocy psychologicznej, stosownej terapii. Optymalnym rozwiązaniem jest w takich wypadkach świadczenie wielostronnej pomocy, a to wymaga współpracy spowiednika i terapeuty.

Pomoc terapeutyczna oferowana jest także osobom, dla których orientacja homoseksualna jest źródłem cierpienia i niepokoju. Proponowane terapie niosą nadzieję, konkretną pomoc, choć nie gwarantują zmiany. Wymagają całkowitej dobrowolności, silnej motywacji zmiany i zaangażowania, by oczekiwane rezultaty mogły się pojawić. Terapia to cud ciężkiej pracy i owoc łaski. Osobista więź z Bogiem staje się wewnętrzną siłą i źródłem nadziei.

ks. Bogusław Szpakowski SAC
– palotyn, psychoterapeuta, kierownik duchowy. Współpracuje z Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie

List nowego Augustyna

List nowego Augustyna

Tak sobie myślę od czego zależy decyzja o nawróceniu? Na pewno od wielu czynników, ale sądzę, że także od pracy. Od pracy wkładanej w to, w jakim „środowisku” przebywa nasza dusza i całe nasze życie emocjonalne. Proponuję zastanowić się, rozważyć czy mamy czas w grafiku dnia codziennego na aktywność w sferze duchowej? Pewnie niektórym z nas potrzebna jest definicja życia duchowego. Nie narzucam jej, gdyż to nasza wolność wyboru decyduje jak ją sformułujemy. Dla mnie życie duchowe, to to wszystko co skłania do refleksji, myślenia o swoim postępowaniu, kierunku jaki obrałem i w którym kroczę. To także wszystkie te chwile zastanowienia nad celami, priorytetami, hierarchią wartości…Nie zapominam o korekcie mojego życiowego „rejsu” bo to także jest wkomponowane jako nieodłączny element duchowości. Czy życie duchowe to tylko modlitwa, msza św, sakramenty, przykazania?

Zaryzykowałbym tezę że „środowisko” duchowości tworzy także odpowiednia literatura, wartościowy film, sztuka, rozmowa z drugim człowiekiem.
Mając w sercu świadomość skąd się wziąłem i do kogo należę, mając poczucie wolności, mogę, i to tylko ode mnie zależy czy tak będzie, znajdować olbrzymią radość w tej sferze.

Na pewno wirujący wokół mnie świat należy nieustannie zmieniać(czyńcie sobie ziemie poddaną), gdyż szczęście nie jest pochodną jakichś wydumanych czynników zewnętrznych, zależy ode mnie samego. Tak więc zmieniam świat by być szczęśliwym, bardziej radosnym. Ale rodzi się pytanie – jak zmieniać świat, kogo lub co? Według mnie zmianę należy zacząć od siebie.

Zmieniając siebie pozytywnie wpływasz na świat. Bowiem przyszedłeś na świat by poznawać to jakim jesteś, poznawać oczekiwania Boga wobec ciebie i nieustannie dążyć do zmiany, współczesny menager powiedziałby – by zarządzać zmianą także w obrębie swojej duchowości. Proponuję by zapytać siebie – gdzie są moje wady, jakie mam zalety? I powiedzieć – Panie Jezu co Ty byś zrobił na moim miejscu? Jeśli zrobisz ten pierwszy krok w procesie zmiany odczujesz szczęście. Bo zaczniesz przebywać w środowisku Boga, przez obcowanie z jego przykazaniami zacznie Ci być bliski. Proś Matkę Bożą by codziennie pomagała Ci poznać Ojca, Syna, Ducha Św, bo przez poznanie go poznasz jego nieskończoną miłość, dobroć, miłosierdzie. Okazywanie miłości Bogu odbywa się także przez przykład postępowania, mojego postępowania. On wymaga ode mnie bym dawał przykład, tak by inni mogli powiedzieć o mnie – ten człowiek czyta życie Jezusa Chrystusa.

A czytać życie Chrystusa to także wyłączać się z gonitwy dnia codziennego, wyłączać się, żeby być blisko Pana. Wyciszyć emocje, skupić się, medytować… Modlić się i prosić o łaskę.

Każdy z nas wie najlepiej jakiej łaski potrzebuję najbardziej. I kiedy czuję się szczęśliwy. Pan wysyła nieustannie zaproszenie dla nas.
Fascynujące zaproszenie.
Zaproszenie do czystości duchowej, bo ona jest praprzyczyną szczęścia.
Spowiedź… Wspaniała relacja miłości z Bogiem…
Przepraszam, za to gdzie i kiedy nie byłem, tak jak Ty chciałeś. Przepraszam że byłem jak ślepiec, że widziałem mało, dużo za mało…
Przepraszam za moje ubóstwo duchowe, za moją skarłowaciałą miłość…

Z konfesjonału wychodzisz oczyszczony, wychodzisz jak olbrzym, z radością odkrywając swoje nawrócenie. Każdy z nas ma swoje nawrócenie, każdy z nas potrzebuje wielu nawróceń. Kiedy tylko odkryjesz że chcesz być lepszym proś Boga – „chcę być z Tobą Panie, na serio, jak św Augustyn, zrywając z przeszłością”.

Jeśli przychodzi kryzys wołasz – dlaczego? Ok, zastanawiaj się, zobacz kim jesteś, żebyś wrócił do siebie, do dobrego siebie. Żebyś wrócił, bo nadeszła godzina powstania ze snu, czas dla Ciebie, czas na nowego św Augustyna.
Wokół jest wielu miernych ludzi a wokół nich jest wiele wydarzeń w których mogą uczestniczyć. Ale nie robią tego, bo są mierni, nie podejmują wyzwań. Święci nie mają Biblii na półce w domu, mają je w sercu, w sobie. Tak bardzo chciałbym ją tam położyć….

Andrzej Jędrzejewski