Nie bój się… uczuć!

Wiele z propozycji w Kościele nastawionych jest na formację człowieka w wymiarze wiedzy religijnej. Jest też duży wybór inicjatyw dotyczących formacji ducha. Najmniejszy wybór mamy w przypadku formacji uczuć i sfery emocjonalnej. Jak możemy po chrześcijańsku podejść do tego wyzwania?

Niedawno przekroczyłem umowną połowę życia i była to dobra okazja do uświadomienia sobie, jak wielki wpływ na podejmowanie decyzji mają uczucia. Gdy doświadczamy przykrych uczuć, łatwo dajemy się ogarnąć zniechęceniu czy poczuciu bezsensowności działań. Gdy towarzyszą nam przyjemne uczucia, utożsamiamy je ze stanem szczęścia. Czy jest jakiś sposób na zintegrowanie ich z naszym codziennym życiem tak, abyśmy to my mogli mieć uczucia, a nie uczucia miały nas? Abyśmy mogli korzystać z ich siły do czynienia dobra w życiu?

Skąd się biorą uczucia?

Uczucia stanowią nieodłączny element natury ludzkiej. W większym lub mniejszym stopniu wszyscy je przeżywamy. Co sprawia, że w ogóle w nas się pojawiają?

Każdy z nas znajduje się niejako na przecięciu dwóch światów, które dostarczają nam impulsów. Pierwszy z nich to świat wewnętrzny, który daje nam znać o sobie poprzez wspomnienia z przeszłości, aktualne myśli i refleksje czy też oczekiwania wobec przyszłości. Drugim światem jest świat zewnętrzny. Postrzegamy go za pomocą naszych zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, powonienia i dotyku. To, co dociera do nas z obu przestrzeni nazywamy bodźcami. To one wyzwalają w nas reakcję uczuciową. Gdy np. podziwiamy piękny zachód słońca nad morzem może zrodzić się w nas wzruszenie albo ukojenie. Świat zewnętrzny, który postrzegamy za pomocą zmysłów, wzbudza w nas nieustannie reakcję w formie konkretnych uczuć. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

No dobrze, ale czemu ma służyć powyższa refleksja? Ma być zachętą do zatrzymania się i uświadomienia sobie, jakie uczucia towarzyszą nam w różnych momentach dnia. Warto pamiętać, że uczucia są nam dane m. in. po to, abyśmy umieli odczytać i zrozumieć swoje aktualne potrzeby. Za każdym uczuciem, które się w nas rodzi, kryje się konkretna potrzeba. Ktoś, kto na przykład przygląda się zachodowi słońca i czuje wzruszenie, może odczytać ważną informację dla siebie: mam potrzebę zatrzymania się i kontaktu z przyrodą, a już dawno tego nie robiłem! Ktoś inny, kto spotkał się z przyjacielem i poczuł rozczarowanie, może lepiej uświadomić sobie swoją potrzebę: liczyłem na zrozumienie i wsparcie, a w czasie rozmowy zostałem oceniony. Idąc tym tropem możemy zdefiniować uczucia jako wewnętrzne impulsy, które informują nas o aktualnej potrzebie, którą w danej chwili nosimy w sobie (1).

Wynika z tego, że jeśli nie pozwolimy sobie na przeżycie uczuć, wtedy nie będziemy świadomi swoich aktualnych potrzeb! Wyobraźmy sobie, że jedziemy samochodem i nagle na desce rozdzielczej zapala się żółta lampka, informująca, że od teraz korzystamy z rezerwy paliwa. Jest to niezwykle ważna informacja, o czym wie każdy kierowca. Jaki mamy wybór? Możemy sięgnąć pod deskę rozdzielczą i odłączyć odpowiedni kabelek. Wtedy lampka nie będzie się zapalać. Jednak większość kierowców poszuka najbliższej stacji benzynowej i zatankuje paliwo. Czasami z powodu różnych innych wydarzeń (np. pilne sprawy) możemy zlekceważyć tę informację i kontynuować jazdę. Dobrze wiemy, że taka jazda w którymś momencie skończy się postojem w szczerym polu bez możliwości dalszego podróżowania. Podobnie dzieje się z nami, gdy nie zwracamy uwagi na uczucia, czyli informacje o naszych potrzebach. Lekceważenie tych sygnałów może skończyć się tragicznie dla naszego zdrowia, a nawet życia. Jest wielu ludzi, którzy ignorowali odczucie zmęczenia lub wyczerpania i nic z tym nie zrobili. Zignorowali swoje uczucia, które informowały o potrzebie odpoczynku i szanowania własnych granic. Ignorowanie przez lata swoich uczuć, a w rezultacie potrzeb dla wielu skończyło się chorobami somatycznymi.

Uczucia nie są złe

Przyzwyczailiśmy się, aby dzielić uczucia na złe i dobre. Jest to powszechnie stosowany, choć błędny sposób klasyfikacji uczuć. Sugeruje nam, że nie powinniśmy przeżywać tych złych, a szukać jedynie tych dobrych. Coraz częściej mówi się jednak o podziale uczuć na przyjemne i nieprzyjemne. Nieprzyjemne to takie, które informują nas o niezaspokojonych potrzebach. Przykład: Jestem na wykładzie. Profesor przedłuża wykład ponad zaplanowane 45 minut. Narasta we mnie irytacja. Czuję się zdenerwowany. Irytacja jest w tej sytuacji jak najbardziej uzasadniona. To lampka kontrolna na mojej tablicy rozdzielczej, która informuje mnie, że jadę na rezerwie swoich sił, możliwości koncentracji i że potrzebuję odpoczynku.

Z drugiej strony są uczucia przyjemne, które informują nas o zaspokojonych potrzebach. Przykład: Spotykam się z grupą przyjaciół i opowiadam im o swoich przygodach wakacyjnych. Słuchają z zainteresowaniem. Czuję radość i pokój. Te uczucia informują mnie o moich zaspokojonych potrzebach bycia wysłuchanym, zauważonym i docenionym.

Jaki wniosek nasuwa się z dotychczasowych rozważań? Nie ma uczuć złych, ani dobrych! Są tylko uczucia przyjemne lub nieprzyjemne. Niestety, w wyniku procesu wychowawczego już jako małe dzieci zostaliśmy nauczeni „wyłączania” w sobie tych uczuć, które nie podobały się naszym rodzicom lub opiekunom. Nauczyliśmy się natomiast wzmacniać te uczucia, które były nagradzane lub przynajmniej tolerowane. Stoi więc przed nami zadanie odzyskania uczuć niekochanych, odrzuconych.

Co robić z uczuciami?

Tak jak powiedzieliśmy to wcześniej, uczucia niosą ze sobą ważne dla naszego życia komunikaty. Czy oznacza to, że powinniśmy iść za nimi ślepo, niejako automatycznie? Pierwszym krokiem na drodze integracji uczuć z naszym codziennym życiem będzie nauka rozpoznawania ich i pozwolenie sobie na ich przeżywanie. Wszystkich bez wyjątku! Może to brzmieć szokująco, szczególnie dla osób wychowanych w rodzinach katolickich. Często bowiem w imię błędnie odczytanej Ewangelii zakazywano przeżywania np. gniewu, złości lub irytacji. Innym częstym zjawiskiem w rodzinach katolickich jest ukazywanie odpoczynku lub chwilowego zdrowego leniuchowania jako czegoś nagannego. Gdy już jako dorośli chcemy sobie chwilę odpocząć, wtedy wewnętrzny żandarm będzie krzyczał: „Nie wolno ci! Ruszaj do kolejnego zajęcia! Działaj! Nie stój w miejscu!”.

Każdy z nas wychodzi z domu rodzinnego z tzw. skryptem rodzinnym. Mieszczą się w nim różne informacje na temat świata, ludzi i jego samego. W skrypcie rodzinnym zapisane jest również przesłanie dotyczące… uczuć. Czasem skrypt będzie krzyczał: „Uczucia są złe! Nie wolno ci nic czuć!”. Czasem w wersji trochę złagodzonej będzie przekonywał: „Pamiętaj, że gniew, złość i wzburzenie to złe uczucia. Pamiętaj, aby ich nigdy nikomu nie okazywać!” itd. Każdy z nas nosi w sobie skrypt, który trzeba odczytać i zestawić chociażby z dobrze rozumianą nauką Jezusa.

Gdy czytamy karty Ewangelii, widzimy, że Jezus był mężczyzną, który pozwalał sobie na przeżywanie wielu uczuć i to nawet tych „złych”. Przykładem jest uzdrowienie człowieka z uschłą ręką. Gdy Jezus pyta zgromadzonych: „Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego, czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?” i nie otrzymuje żadnej odpowiedzi, wtedy wywołuje to w nim uczucia: „spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa” (por. Mk 3, 1-5).

Jezus nie idzie za swoimi uczuciami, chociaż pozwala na to, by je przeżywać! To jest wskazówka, co możemy robić w obliczu uczuć, które do nas napływają. Jezus nie odłącza swoich uczuć, nie racjonalizuje ich, nie lekceważy. Są one energią, którą może wykorzystać do uczynienia czegoś dobrego lub złego. I wybiera konstruktywne przeżycie gniewu i smutku – dokonuje uzdrowienia!

Każdy z nas może doświadczyć uzdrowienia wewnętrznego, jeśli zacznie świadomie decydować o tym, co chce uczynić ze swoją energią emocjonalną. Pierwszym krokiem jest zgoda na przeżycie wszystkich uczuć, które się w nas rodzą. Zwykła zgoda na uczucia! Drugim krokiem jest właściwe spożytkowanie energii, którą ze sobą niosą. Możemy doprowadzić do jej gwałtownego rozładowania. Gdy czujemy się poirytowani, ponieważ ktoś nas ocenił, wtedy możemy wyładować napięcie emocjonalne poprzez oburzenie czy zmieszanie z błotem naszego rozmówcy. Możemy też zareagować w inny sposób i wykorzystać nagromadzoną energię do jasnego i stanowczego wytłumaczenia swoich racji. Będzie to sposób konstruktywny.

Pierwszy sposób zachowania jest automatyczny: bodziec – reakcja. Drugi sposób zachowania wprowadza przestrzeń wolności: bodziec – wolność – reakcja. Pierwszy sposób to sytuacje, które tłumaczymy: musiałem tak zrobić, wszyscy tak postępują, należało mu się! Drugi sposób to sytuacje, o których mówimy: chciałem tak postąpić, to był mój własny wybór, dużo mnie to kosztowało, ale wiem, że zachowałem się odpowiedzialnie (2).

Dzienniczek uczuć

Nie ukrywam, że droga do odpowiedzialnego czyli osobistego, wolnego i konstruktywnego decydowania o sposobie postępowania z rodzącymi się w nas uczuciami jest długa i trudna. Jest jednak możliwa do przebycia. Można ją rozpocząć od prostego ćwiczenia zwanego dzienniczkiem uczuć. Polega ono na codziennym np. wieczornym, wypisaniu sobie kilku sytuacji według wzorca: „Kiedy zdarzyło się… (tu opis zdarzenia), wtedy poczułem w sobie… (tu wpisujemy uczucie, które w nas się zrodziło)”. Przykładowe zdania z dzienniczka uczuć brzmiałyby tak:

Kiedy rano obudziłem się i zobaczyłem słońce, poczułem radość.

Kiedy zobaczyłem na ulicy mężczyznę ubranego kolorowo, poczułem zdziwienie.

Kiedy spotkałem się ze znajomym, który nie oddał mi długu, poczułem gniew.

lub na odwrót:

Poczułem złość, kiedy uciekł mi autobus.

Czułam lęk, kiedy zadzwonił szef.

Czułem radość, kiedy zobaczyłem się z żoną po moim powrocie. (3)

Chodzi o jasne rozdzielenie obiektywnych wydarzeń od subiektywnych przeżyć. Nie zapisujemy opinii ani wniosków na przyszłość, tylko własne uczucia i emocje, które zrodziły się pod wpływem konkretnych zdarzeń. Na początku możemy mieć trudność w rozdzieleniu wydarzeń od uczuć, przemyśleń od emocji. Można wypisywać sobie np. po pięć zdań. Forma pisemna jest niezwykle ważna, gdyż pozwala nam nie przerywać toku myślenia i kończyć rozpoczęte zdanie.

To proste ćwiczenie uruchamia świadomość własnych uczuć. Już po pierwszym takim ćwiczeniu możemy poczuć ulgę. Będzie to efekt przyznania sobie prawa do przeżywania wszystkich uczuć. Kolejnym efektem może być stopniowe odczucie większego opanowania i spokoju wynikającego z obniżenia wysokiego napięcia emocjonalnego, które towarzyszy nam w ciągu dnia. Dzienniczek uczuć praktykowany regularnie nauczy nas świadomego przeżywania emocji w znacznie krótszym odstępie czasowym. Oznacza to, że jeśli w ciągu dnia poczujemy złość, to nie będziemy jej w sobie nosić przez dwa dni, nie wiedząc, co się z nami dzieje, ale zdamy sobie z tego sprawę już po godzinie od przeżycia, które stało się impulsem dla tego uczucia. W konsekwencji zaczną stopniowo ustępować tzw. chandry – czyli przedłużające się stany przygnębienia emocjonalnego.

Dzienniczek uczuć jest zalecany tym, którzy doświadczają problemów z uzależnieniami od używek lub zachowań. Ucieczka w uzależnienie jest formą znieczulenia się, czyli odłączenia kabelka na naszej desce rozdzielczej. Uzależnienie jest wyborem destrukcyjnego „radzenia sobie” z przykrymi uczuciami. W tym ćwiczeniu niczego nie interpretujemy, nie tłumaczymy, nie próbujemy zrozumieć. Jedynie pozwalamy sobie na uświadomienie uczuć, które naprawdę nosiliśmy w ciągu dnia. Ważne jest, aby dzienniczek prowadzić regularnie. Niektórym osobom pomaga zaczynanie nowego dnia od nowej kartki. To gest, który podkreśla, że to, co się wczoraj zdarzyło, bezpowrotnie minęło i mogę zacząć nowy dzień z czystym kontem – bez bagażu wczorajszych przeżyć.

Nie chcę powiedzieć, że dzienniczek jest złotym środkiem. Nie znikną trudne uczucia, ale możemy wyrobić w sobie nawyki konstruktywnego przeżywania uczuć. Chodzi o taki sposób podejścia do emocji, który nie będzie niszczył nas i bliźnich. To pozwoli nam spotkać się z prawdą, że uzdrowienie emocjonalne jest możliwe poprzez świadomą pracę z uczuciami, a nie ich nałogowe odreagowywanie poprzez szukanie ulgi w alkoholu, pornografii, masturbacji czy obsesyjnych zakupach, itp. Naprawdę warto spróbować, by móc cieszyć się nowym życiem!

Przypisy:

1. Zob. Elżbieta Sujak, „ABC psychologii komunikacji”, Wydawnictwo WAM, 2006, s. 61.
2. Dla osób, które chciałyby zapoznać się bardziej tej kwestii polecam lekturę: Stephen Covey, „7 nawyków skutecznego działania”, Rebis, 2003-2007, s. 63.
3. Szczegółowy opis metody dzienniczka uczuć można znaleźć na stronie:http://www.drgorka.deon.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=611:dzienniczek-uczu&catid=77:psychologia&Itemid=145

Dariusz Michalski SJ, Deon.pl

Władza, pieniądze i seks w Kościele

Jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat Kościoła w Polsce głosi, że duchowni chcieliby rządzić krajem

W mediach coraz częściej powtarzane są negatywne stereotypy. To zmienia postrzeganie m.in. księży.

Wiedza Polaków o Kościele jest relatywnie mała. A zamiast niej wolimy powielać mity o Kościele. Mają się one u nas całkiem dobrze. A może nawet coraz lepiej, na pewno lepiej niż 20 lat temu. To paradoks, bo polskie społeczeństwo uchodzi za dość religijne – ponad 90 proc. osób jest ochrzczonych, a 40 proc. regularnie uczestniczy w praktykach religijnych.

Media i przesądy

– Stereotypy powstają wtedy, gdy brak wiedzy uzupełniamy domysłami albo schematami myślowymi, które są w nas wdrukowywane od najmłodszych lat – mówi dr Sylwia Bedyńska, psycholog Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. – Ogromną rolę w powstawaniu mitów odgrywają media, gdyż nie jesteśmy w stanie albo nie chcemy weryfikować informacji, które podają – dodaje.

A te w coraz bardziej sensacyjny sposób podają informacje dotyczące Kościoła. Badani przez CBOS dostrzegają wyraźną zmianę ich stosunku do Kościoła, jaka dokonała się w ostatnich latach. Jeszcze sześć lat temu 44 proc. badanych uważało, że większość środków przekazu jest do niego przychylnie nastawiona. Dziś podobne zdanie wyraża już jedynie 26 proc. ankietowanych. Zdecydowanie wzrosła za to liczba osób, które twierdzą, że stosunek mediów do Kościoła jest negatywny. W 2006 roku tak sądziło zaledwie 13 proc. badanych, teraz już 25 proc.

– Te liczby i tak nie oddają skali zjawiska. Większość informacji, które ukazują się na temat Kościoła w mediach, ma charakter negatywny – mówi „Rz” prof. Andrzej Szpociński, socjolog z Collegium Civitas.

– Temat Kościoła pojawia się głównie w kontekście skandali. Sprawa biskupa, który ma problem alkoholowy, czy skandal pedofilski z udziałem księdza stają się tematami numer jeden. O codziennej działalności Kościoła, np. pomocy ubogim czy chorym, nie mówi się niemal wcale. I to mimo, że pierwsze zjawiska mają charakter marginalny, a drugie nie – dodaje ks. Dariusz Madejczyk, b. redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”.

Zdaniem Marcina Przeciszewskiego, szefa Katolickiej Agencji Informacyjnej, która wydała właśnie książkę „Kościół. Stereotypy, uprzedzenia, manipulacje”, są dwa główne powody nasilania się negatywnych stereotypów o Kościele. – Pierwszym jest tabloidyzacja większości mediów, drugim – odradzanie się ideowej, radykalnej lewicy, skupionej w środowisku czy to „Krytyki Politycznej”, czy Ruchu Palikota – tłumaczy.

Według jednego z mitów księża, zabraniając innym seksu, sami często go uprawiają

– Celem działań tych środowisk jest zakwestionowanie miejsca Kościoła w społeczeństwie, jakie udało się zbudować po 1989 r., a które zgodne jest nie tylko z polskimi tradycjami, ale także standardami, jakie obowiązują w większości krajów europejskich – uważa Przeciszewski. I dodaje: – W tym celu kreują one obraz Kościoła jako instytucji bogatej, walczącej tylko o swoje interesy, chcącej podporządkować sobie państwo, nieakceptującej pluralizmu. Takie stereotypy są chętnie nagłaśniane przez media, gdyż łatwo je sprzedać.

Natomiast Andrzej Grajewski, publicysta „Gościa Niedzielnego”, podkreśla, że powielanie mitów o Kościele w mediach wynika nie tylko z tego, że te informacje dobrze się sprzedają, ale także z małej wiedzy części dziennikarzy o Kościele, którzy zamiast zgłębić temat, wolą powielać nieprawdziwe schematy myślowe. Ale dodaje: – Część mediów pisze źle o Kościele z premedytacją. Jest to ich strategia walki z Kościołem.

Zacofani i pazerni

W ostatnich miesiącach i latach przez media przeszła fala artykułów o księżach i Kościele, które powielały stare albo kreowały nowe mity jak choćby ten, że celibat jest przyczyną pedofilii. Wśród negatywnych stereotypów mocno trzymają się takie, które mówią, jakoby Kościół był zacofany, był wrogiem postępu i nauki (w istocie od lat popularyzuje dialog między nauką a religią, w Papieskiej Akademii Nauk zasiada 20 noblistów), nie ceni demokracji i wolności (papieże przestrzegają przed budowaniem demokracji bez wartości moralnych).

Mówi się, że Kościół życia nienarodzonych broni tylko w teorii, bo nie pomaga samotnym matkom i sierotom (w Polsce prowadzi m.in. 40 domów samotnych matek, 50 okien życia, 20 ośrodków adopcyjnych), rolę kobiet chce sprowadzić do „maszynki” do rodzenia dzieci (Kościół podkreśla naturalne powołanie kobiety, uznając wartość ról społecznych), zabrania seksu (bo mówi o pięknie seksu małżeńskiego i odpowiedzialności za współmałżonka), wtrąca się do polityki (w istocie mówi, za jakimi wartościami opowiadać się w wyborach). Takich półprawd i całkowitych fałszów jest znacznie więcej.

Najbardziej trwałe społecznie mity dotyczą trzech sfer: pieniędzy, seksu i władzy. Według nich Kościół ma być pazerny i chciwy, bo upomina się o zwrot dóbr zabranych mu po II wojnie światowej. Nie przebija się argument, że jest to tylko część dóbr, bo tylko ta, która została zabrana z pogwałceniem peerelowskiego prawa, a jej wartość szacuje się na ok. 5 mld zł. Kościoły w o wiele mniejszych, a jednocześnie bardziej zeświecczonych Czechach decyzją parlamentu odzyskają majątek o wartości ok. 22 mld zł.

„Dowodem” pazerności Kościoła miałoby być także i to, że z budżetu finansowani są kapelani w szpitalach, wojsku i więzieniach oraz lekcje religii w szkołach i wyższe uczelnie katolickie. Tymczasem w większości krajów należących do UE są to rozwiązania standardowe, a w wielu krajach istnieją prawa o wiele korzystniejsze dla instytucji kościelnych.

W Grecji, w niektórych krajach skandynawskich Kościoły niemal w całości utrzymywane są przez państwo. W Polsce pomoc finansowa dla Kościoła katolickiego (kapelani, uczelnie, Fundusz Kościelny, zabytki, środki z funduszy unijnych) wynosi rocznie ok. 492 mln złotych i prawie tyle samo (482 mln) wynosi pomoc, jakiej co roku biednym i potrzebującym opieki udziela tylko jedna Caritas.

Z mitem o pazerności Kościoła wiąże się stereotyp o bogactwie księży, którzy jeżdżą drogimi samochodami i spędzają egzotyczne urlopy. Rzeczywistość jest o wiele bardziej zróżnicowana: obok duchownych mających wysokie dochody są księża klepiący biedę. Poziom życia księdza zależy od rodzaju parafii i jej miejsca na mapie kraju.

Celibat przez Internet

Według jednego z tygodników 60 proc. polskich księży ma kochanki, 10–15 proc. posiada dzieci, a reszta to homoseksualiści albo pedofile. Przytaczane liczby nie są w żadnym sensie wiarygodne. Sam prof. Józef Baniak, z którego badań miałyby pochodzić, przyznał w innym medium, że owo 60 proc. dotyczy nie wszystkich „polskich księży”, ale grupy przez niego badanej. Ale co jeszcze ważniejsze, bo obala i ten wynik, profesor przyznał, że grupę badał internetowo (co z księżmi, którzy nie posługują się komputerem?), dobrał losowo, z tym że – uwaga – część duchownych sama się zgłosiła do udziału w badaniu.

Nie wiadomo, jak duża była to grupa, ale nietrudno się domyślić, że byli to ci, którzy mieli kłopoty z celibatem. Słowem, naukowa kompromitacja.

Oczywiście, nie znaczy to, że księża nie łamią celibatu. Podobnie jak prawdą jest, że są wśród księży homoseksualiści czy, niestety, pedofile. Niemniej sposób podawania tych informacji w mediach sprawia wrażenie, że to, co jest marginalne, jest potężnym zjawiskiem.

Tymczasem gdy chodzi o pedofilię, prawda jest taka, że w latach 2001–2010 do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, która zajmuje się tego typu zdarzeniami, zgłoszono 3000 spraw. Choć nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, liczby pokazują, że w 60 proc. chodzio o akty efebofilii (pociąg do dorastających osób tej samej płci), w 30 proc. stosunki heteroseksualne, a w 10 proc. akty pedofilii.

W ciągu dziewięciu lat księży oskarżonych o pedofilię było więc około 300, co oznacza, że spośród 410 tys. duchownych na świecie pedofilii dopuściło się 0,07 proc., a właściwie jeszcze mniej, gdyż przypadki zgłoszone do kongregacji dotyczyły ostatnich 50 lat, czyli liczbę księży należałoby powiększyć o tych, którzy w tym czasie zmarli, odeszli itd.

W USA, gdzie doszło do największych nadużyć seksualnych księży, duchowni katoliccy są sprawcami 2 proc. wszystkich przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich, większość dzieje się w rodzinach.

Chcą przejąć władzę

Wśród wielu mitów mocno trzyma się i ten, jakoby Kościół, a właściwie „czarni”, rządzili albo chcieli rządzić Polską.

Nic to, że nikt z duchownych nie uczestniczy w bieżącym życiu politycznym. Dla zwolenników mitu wystarczy, że Kościół w ramach autonomii państwa i Kościoła ocenia z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej oraz moralności chrześcijańskiej życie polityczno-publiczne, a w przestrzeni publicznej istnieją symbole religijne.

Dla środowisk radykalnej lewicy to o wiele za dużo i pod hasłem świeckości państwa dążą do wyeliminowania Kościoła z życia publicznego. Powołując się na świeckość, mówią w istocie o laickości, która jest praktykowana tylko we Francji, bo w większości krajów europejskich istnieje model przyjaznego rozdziału Kościoła i państwa.

– Te oskarżenia pod adresem chrześcijaństwa to nic nowego pod słońcem. Większość z nich istniała od początku chrześcijaństwa – mówi patrolog ks. prof. Józef Naumowicz.

– Smutne jest to, że często sami chrześcijanie w sposób bezrefleksyjny powtarzają mity o Kościele, nie wnikając głębiej w to, jak jest naprawdę – dodaje.

Ewa K. Czaczkowska, Jarosław Stróżyk, Rzeczpospolita

 

Media naprawdę nie lubią Kościoła

Trzeba by albo wielkiej naiwności, albo bardzo złej woli, by dziwić się temu, że w ostatnich latach ogromnie wzrósł odsetek Polaków uważających, iż media są wobec Kościoła nieżyczliwe.

Już od początku lat 90. spora część zarówno wierzących, jak i osób wobec religii osobiście zdystansowanych, ale wspierających Kościół jako siłę konstruktywną narodowo i społecznie, uważała, że środki przekazu w swej większości mają negatywny stosunek do katolicyzmu. I ta obserwacja była trafna.

Większość polskich redakcji od początku III RP zdominowana została przez amalgamat młodych dziennikarzy o nastawieniu radykalnie liberalnym i żurnalistów peerelowskich. Te grupy dzieliło wiele, ale łączyły negatywne emocje wobec Kościoła.

Emocje te były jednak miarkowane, przeważała ostrożność. Przez niektórych starszych wiekiem wyniesiona jeszcze ze schyłkowego PRL. Doświadczenie potęgi polskiego katolicyzmu było niezwykle silnym doznaniem ludzi peerelowskiego establishmentu, w tej liczbie dziennikarzy i właścicieli powstających mediów prywatnych.

jednak prawie wszyscy twórcy medialnego krajobrazu, również i ci niewywodzący się z PRL, uważali za pierwszoplanowy cel wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Z racji ideologicznego skrzywienia instytucji brukselskich nie była to dla wielu katolików perspektywa niekontrowersyjna. A stanowisko Kościoła było w tym kontekście istotne. Dlatego media powściągały swój naturalny antyklerykalizm, dawkowały go, łagodziły rewerencjami wobec co popularniejszych biskupów. Bywał on więc wtedy trudno dostrzegalny dla mniej wnikliwego obserwatora.

Ale ta rzeczywistość zaczęła się kończyć, kiedy nasz kraj już znalazł się w Unii. Wtedy przestała istnieć główna przyczyna „cackania się” z Kościołem. Zgrało się to w czasie z wchodzeniem w okres publicznej aktywności ludzi młodszego pokolenia, ukształtowanych już w latach 90. pod wpływem radykalnej zachodniej lewicy. Odnosili się oni bardzo niechętnie wobec samej idei jakiegoś kompromisu z katolikami, traktowanego jako zdrada ideałów postępu. Kształtowali poglądy swoich zatrudnionych w redakcjach rówieśników.

Jeśli dodać do tego medialną nieporadność zdecydowanej większości ludzi Kościoła, to trudno się dziwić temu, że w przekazie większości mediów nastawienie antykatolickie zaczęło być coraz bardziej widoczne. I doprawdy trudno dziwić się respondentom CBOS, którzy to dostrzegli.

 

Piotr Skwieciński, Rzeczpospolita

Należy zacząć od bilansu Funduszu Kościelnego

Należy zacząć od bilansu Funduszu Kościelnego

Marek Domagalski 26-03-2012, ostatnia aktualizacja 26-03-2012 07:56, za portalem rp.pl
ks. prof. Dariusz Walencik jest kierownikiem Zakładu Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego

autor: Tomasz Jodłowski
źródło: Fotorzepa
ks. prof. Dariusz Walencik jest kierownikiem Zakładu Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego

Projekt rządu może być punktem wyjścia do negocjacji, ale cel musi być szerszy: całościowy model finansowania związków wyznaniowych – mówi prawnik z Uniwersytetu Opolskiego ks. prof. Dariusz Walencik

W  sporach o Fundusz Kościelny, księże profesorze, słyszy się argument, że przecież Komisja Majątkowa zwróciła Kościołowi już prawie wszystko. Złośliwi powiedzą: z naddatkiem. Po co więc Fundusz Kościelny?

Ks. prof. Dariusz Walencik: Przecież to dwie odrębne instytucje. Fundusz Kościelny powstał na mocy ustawy z 20 marca 1950 r. o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Bazą materialną Funduszu miały być dochody z przejętych, zgodnie z ustawą, nieruchomości związków wyznaniowych, wspomagane dotacjami z budżetu państwa. Miały służyć wyłącznie celom kościelnym i charytatywnym. Przepisy te nigdy nie były wykonywane. Nie została więc dokonana inwentaryzacja nieruchomości przejętych na własność państwa, nie próbowano też ustalić, jakie przynoszą dochody, ani metody ich oszacowania. Na zasadność utrzymywania Funduszu Kościelnego, w całości lub części, patrzy się wyłącznie przez pryzmat posiadanych obecnie przez związki wyznaniowe nieruchomości, a trzeba brać pod uwagę okoliczność, że Fundusz w latach 1950 – 1989 nie wypełniał ustawowych zadań lub ograniczały go w tym względy polityczne. Na podstawie zachowanych ksiąg rachunkowych Funduszu możemy stwierdzić z całą pewnością, że w tym okresie 2/3 środków wydatkowano na cele niezgodne z ustawą, w tym na walkę z Kościołem.

A Komisja Majątkowa?

Po zmianach 1989 r. państwo polskie wyraziło wolę naprawienia krzywd wyrządzonych Kościołowi. Zgodziło się zwrócić instytucjom kościelnym tę część dóbr, którą zagarnęło wbrew prawu PRL. Znalazło to wyraz w ustawie z 17 maja 1989 r. o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, w której jest rozdział dotyczący regulacji spraw majątkowych. Utworzono działającą w latach 1990 – 2011 Komisję Majątkową składającą się w równej liczbie z przedstawicieli wyznaczanych przez ministra spraw wewnętrznych i administracji oraz sekretarza Konferencji Episkopatu Polski. Tak więc żadne rozstrzygnięcie Komisji nie mogło zapaść bez zgody przynajmniej jednego z przedstawicieli strony rządowej. Komisja nie była sądem ani organem administracji publicznej, a postępowanie regulacyjne miało charakter postępowania quasi-mediacyjno-polubownego między państwem a osobami prawnymi Kościoła. Rozwiązanie to było pod wieloma względami oryginalne i nowatorskie, stwarzało bowiem możliwość pozasądowego dochodzenia roszczeń z udziałem zainteresowanych. Postępowanie regulacyjne można więc postrzegać jako instrument sprawiedliwości transformacyjnej. Z upływem lat jednak coraz mniej przystawał do zmieniającego się systemu prawnego, w tym Konstytucji RP i wyznaczanych przez nią standardów. Władza prawodawcza nie podjęła wysiłku dostosowania przedkonstytucyjnej ustawy z 1989 r. do nowej konstytucji z 1997 r., a efektem była krytyka Komisji Majątkowej, podejrzenia popełniania przez jej członków przestępstw, wreszcie jej likwidacja.

Czy chce ksiądz profesor powiedzieć, że Fundusz Kościelny i przepisy umożliwiające kościelnym osobom prawnym składanie wniosków rewindykacyjnych uzupełniały się?

Tak, bo nie dotyczą one tej samej materii. Fundusz Kościelny w założeniu był funduszem celowym, którego budżet miały stanowić dochody z przejętych na własność państwa nieruchomości kościelnych i dotacje państwowe. A przedmiotem postępowań regulacyjnych – w odniesieniu do ustawy o dobrach martwej ręki – mogły być wyłącznie grunty upaństwowione z naruszeniem jej przepisów, czyli bez zachowania gwarantowanych tą ustawą norm obszarowych.

Jaki jest cel Funduszu dzisiaj? Na co idą te pieniądze?

Cele Funduszu Kościelnego określone są w pięciu różnych aktach prawnych i od razu powiedzmy, że nie są one spójne. Trzy podstawowe cele Funduszu to: dofinansowanie składek na ubezpieczenia społeczne (emerytalne, rentowe i wypadkowe) tych duchownych, którzy nie podlegają ubezpieczeniom z innych tytułów. Z Funduszu opłacane jest 80 proc. tych składek, a za członków zakonów kontemplacyjnych i misjonarzy w okresach ich pracy na misjach 100 proc. składek. Ponadto Fundusz pokrywa składkę na ubezpieczenie zdrowotne alumnów wyższych seminariów duchownych. Drugi cel to wspomaganie działalności charytatywno-opiekuńczej, oświatowej i wychowawczej instytucji kościelnych. Trzeci to konserwacja i remonty zabytkowych obiektów sakralnych. Od 2010 r. w praktyce Fundusz służy tylko jednemu celowi: dofinansowywaniu składek ubezpieczeniowych.

Czy Kościół może decydować o konkretnym przeznaczeniu pieniędzy?

Kościół nie ma w ogóle wpływu na zarządzanie tymi pieniędzmi. Odpowiedzialna jest za to specjalna komórka w Departamencie Wyznań Religijnych, Mniejszości Narodowych i Etnicznych Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. To urzędnicy państwowi sporządzają projekt budżetu Funduszu, prowadzą dokumentację księgową, rozliczają środki. Przedstawiciele związków wyznaniowych nie biorą udziału w pracach organów Funduszu, chociaż przewiduje to zarówno ustawa o dobrach martwej ręki, jak i statut Funduszu Kościelnego.

Sam ksiądz profesor zaznaczył, że niektóre regulacje nie są stosowane z takich czy innych powodów. Czy zdaniem księdza regulacje dotyczące Funduszu nie wymagają zmian?

Czy w propozycjach rządu nie ma racjonalnych elementów?

Oczywiście, że Fundusz wymaga zmian. Proszę jednak zauważyć, że w propozycjach MAiC jest tylko mowa o jego likwidacji. W ogóle nie ma mowy o próbie jego naprawienia czy o konieczności rozliczenia go i przedłożenia przez stronę rządową sprawozdania z wykonania ustawy o dobrach martwej ręki. Tymczasem jest to dobra okazja, aby dokonać całościowego bilansu. Należałoby w nim przedstawić, ile Kościół stracił w PRL, ile zdołał odzyskać po 1989 r., z czego zrezygnował na rzecz społeczeństwa, i jasno powiedzieć, że ten bilans oznacza zamknięcie pewnego historycznego okresu i obie strony uważają sprawę rewindykacji majątkowych za ostatecznie zakończoną. Otóż państwo przejęło nieruchomości związków wyznaniowych i zobowiązało się do zarządzania przejętym majątkiem w ich interesie i na ich rzecz. Dochody z przejętych nieruchomości powinny być wyodrębnione rachunkowo w budżecie, wykazane w księgach rachunkowych i przekazywane na cele ustawowe. Skoro likwidujemy Fundusz, to robimy bilans i zamykamy księgi. Dopiero po dokonaniu tego bilansu należałoby przystąpić do budowy nowoczesnego, całościowego modelu finansowania Kościoła ze środków publicznych. Pierwszym krokiem powinno być uchwalenie nowej ustawy o Funduszu i uchylenie w całości ustawy o dobrach martwej ręki. Można oczywiście zastrzec, że to ustawa tylko na okres przejściowy potrzebny obu stronom do wypracowania nowego modelu finansowania Kościoła.

Co powinno się znaleźć w tej nowej ustawie?

Powinna wyraźnie określić źródła finansowania Funduszu Kościelnego i jego cele – ograniczyć je do wspierania działalności społecznej Kościoła i dalszego dofinansowywania składek na ubezpieczenia. Wysokość tego dofinansowania jest do przedyskutowania. Co więcej, należałoby uszczelnić sam system. Sposób ewidencji ubezpieczonych w ZUS nie pozwala precyzyjnie określić liczby duchownych poszczególnych związków wyznaniowych, których składki są dofinansowywane przez Fundusz. Przy uszczelnianiu systemu należałoby nałożyć na związki wyznaniowe obowiązek przesyłania do ZUS aktualnej listy ich duchownych, by ZUS, zweryfikowawszy deklaracje ubezpieczeniowe, mógł stwierdzić z całą pewnością, że jest to osoba duchowna danego związku wyznaniowego i przysługuje jej dofinansowanie składek z Funduszu.

Sugeruje ksiądz profesor, że w systemie mogą być martwe dusze?

Na pewno są takie przypadki. Ich wyeliminowanie da realne oszczędności. Nowa ustawa powinna przewidywać także powołanie zarządu Funduszu, w którym byliby przedstawiciele nie tylko strony rządowej, lecz także związków wyznaniowych. Wreszcie winna zagwarantować pełną przejrzystość działania. Wtedy wiedzielibyśmy np., jaką dokładnie sumę z Funduszu Kościelnego wydano na dofinansowanie składek ubezpieczeniowych duchownych Kościoła katolickiego, prawosławnego, ewangelickiego itd.

Niektórzy publicyści wskazują, że projekt rządowy był raczej obliczony na efekt polityczny, propagandowy, co by oznaczało instrumentalizację relacji państwo – Kościół. Jaki zdaniem księdza profesora powinien być tryb negocjacji?

Przede wszystkim negocjacje powinny się odbywać w ciszy gabinetów, a nie poprzez media. Jestem zniesmaczony faktem, że najpierw o rządowej propozycji dowiedzieli się dziennikarze, a dopiero potem przedstawiciele związków wyznaniowych. Powinno być na odwrót. Nie mam wątpliwości, że zgodnie z konstytucyjną (art. 25 ust. 4 – 5) i konkordatową (art. 22 ust. 2 i art. 27) zasadą bilateralności wymagane jest przeprowadzenie negocjacji. Powinny one zakończyć się podpisaniem umowy między Konferencją Episkopatu Polski upoważnioną przez Stolicę Apostolską a Radą Ministrów. Załącznikiem do tej umowy powinien być wspólnie wypracowany projekt ustawy. Na podobnych zasadach powinny odbywać się rozmowy z pozostałymi związkami wyznaniowymi. Dla Kościoła katolickiego właściwym forum negocjacji jest zespół ds. finansów rządowej i kościelnej komisji konkordatowej. Dla pozostałych związków wyznaniowych odpowiednie parytetowe komisje złożone z przedstawicieli Rady Ministrów i związków wyznaniowych.

A co z projektem rządowym?

Projekt przedstawiony przez stronę rządową jak najbardziej może stanowić punkt wyjścia do dalszych negocjacji, przy czym nie do przyjęcia jest zaproponowany cel projektu, który ogranicza się do „kompleksowej reformy systemu emerytalnego”. Celem projektu powinien być całościowy model finansowania związków wyznaniowych. Dalsze, konstruktywne rozmowy powinno poprzedzić rozliczenie się przez układające się strony z działalności Funduszu Kościelnego.

Ks. prof. Dariusz Walencik jest kierownikiem Zakładu Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego

To był fundusz antykościelny

E.K. Czaczkowska Za portalem rp.pl

 

Przez 40 lat pieniądze mające służyć Kościołowi władze PRL wydawały na szkodliwą dla niego działalność

– Aż dwie trzecie pieniędzy z Funduszu Kościelnego państwo wydawało na działalność skierowaną przeciwko Kościołowi katolickiemu – mówi Michał Zawiślak, który w ubiegłym tygodniu obronił na KUL pracę doktorską o funkcjonowaniu Funduszu Kościelnego w PRL.

Przez kilka lat badał dokumenty funduszu z lat 1950 – 1989, które znajdują się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Są wśród nich rachunki, a na nich dane: ile pieniędzy na co wypłacono i kto je odebrał.

Temat Funduszu Kościelnego powrócił niedawno, gdy biskupi zaproponowali jego likwidację w zamian za wprowadzenie 1 proc. odpisu od podatku na rzecz Kościoła.

Według Zawiślaka z dokumentów wynika, że większość wypłacanych w PRL przez zarządzający funduszem Urząd ds. Wyznań pieniędzy przeznaczana była na cele antykościelne. Zasilały wspieranie ruchów i księży kolaborujących z komunistami, czyli na tzw. ruch księży patriotów, nagrody dla członków Zrzeszenia Katolików Caritas, które przejęło kościelny Caritas, oraz jako wynagrodzenie dla donosicieli na duchownych.

Z tych pieniędzy wypłacano też nagrody dla urzędników Urzędu do spraw Wyznań, ich podróże.

Finansowano wydawanie książek i broszur szkalujących Kościół, prasę antykatolicką, honoraria dla naukowców, którzy teorią wspierali antykościelną politykę państwa, dotacje propagandowych wieców, materiały szkalujące biskupów, a także np. Związek Nauczycielstwa Polskiego.

– Mówi się, że to Fundusz Kościelny. Bzdura. Fakty pokazują, że to był fundusz antykościelny – komentuje ks. prof. Dariusz Walencik z Uniwersytetu Opolskiego. – Zamiast wspierać wspólnoty religijne, był on wykorzystywany do walki z nimi.

Zawiślak podkreśla, że taki sposób wydawania pieniędzy był niezgodny z ówczesnymi przepisami.

Zgodnie z ustawą z 1950 r. o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki fundusz miał być corocznie zasilany dochodami z nieruchomości kościelnych zabranych przez państwo. Ustawa wskazywała cele, na jakie mogły być wydawane te pieniądze: utrzymanie i odbudowa kościołów, pomoc materialna i lekarska dla księży, tworzenie dla nich domów wypoczynkowych, objęcie duchownych ubezpieczeniami chorobowymi, wypłacanie emerytur.

Zdaniem Zawiślaka tylko jedną trzecią środków przeznaczano na statutowe cele. I nie były one dzielone między różne Kościoły i związki wyznaniowe proporcjonalnie do wielkości zabranych im dóbr.

Urząd więcej wydawał na Kościoły mniejszościowe niż Kościół rzymskokatolicki (stracił najwięcej nieruchomości), po to, by go osłabić. Nieproporcjonalnie dużo otrzymywał np. Kościół polskokatolicki.

Dr Michał Zawiślak badał dokumenty funduszu z lat 1950 – 1989, wśród nich m.in. rachunki

W Archiwum Akt Nowych zachowała się lista osób, którym urzędnicy wypłacali nagrody noworoczne. Byli na niej zwierzchnicy Kościołów mniejszościowych, a także działacze ekumeniczni, państwowego Caritasu, Społecznego Towarzystwa Polskich Katolików. Nagroda wynosiła od trzech do dziesięciu średnich miesięcznych pensji. Była to gratyfikacja za lojalność wobec władz państwowych.

– To, że budżet był niedoszacowany, bo ustalany uznaniowo, oraz wydawany niezgodnie z ustawą, trzeba uwzględnić przy podejmowaniu decyzji o losach Funduszu Kościelnego – podsumowuje ks. Walencik.

Poseł Sławomir Kopyciński z Ruchu Palikota uważa, że sprawa wydatków z funduszu to tylko opinia dr. Zawiślaka. – Działalność funduszu w PRL przecież ewoluowała – mówi. – Nie ma dziś żadnych formalnoprawnych powodów, aby utrzymywać Fundusz Kościelny.

Kopyciński oddziela sprawę likwidacji funduszu od wprowadzenia odpisu od podatku proponowanego przez biskupów. –Jestem za rozwiązaniem niemieckim, czyli dodatkowym opodatkowaniem się wiernych na rzecz Kościoła – mówi.

Fundusz Kościelny stanowił w PRL 0,01 proc. budżetu państwa. Dziś – 0,03 proc.

Rzeczpospolita

O Funduszu Kościelnym i Komisji Majątkowej

Pełen emocji częściowy zwrot majątków Kościelnych

Marcin Przeciszewski / pm, 2011-11-18 (ekai.pl)

Fot. Łukasz Głowacki – fotoKAI

Kolejne zarzuty postawiła gliwicka prokuratura okręgowa byłym członkom Komisji Majątkowej w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości przy zwrocie kościelnej ziemi.

Zarzuty postawiono w ciągu ostatniego miesiąca czterem byłym członkom Komisji. Dotyczą one wyrządzenia znacznych szkód w sprawach majątkowych oraz tzw. poświadczenia nieprawdy. Gliwicka prokuratura planuje postawić takie same zarzuty co najmniej jeszcze jednej osobie.

Z tej okazji KAI publikuje szersze opracowanie prezentujące wiarygodne informacje na temat działalności Komisji Majątkowej:

Komisja Majątkowa – powołana do rewindykacji bezprawnie zagarniętych dóbr kościelnych – przekazała – według przygotowanego przez MSWiA sprawozdania – kościelnym osobom prawnym 65,5 tys. hektarów ziemi, 490 budynków oraz rekompensatę w wysokości 143 mln 534 tys. zł. – co stanowi zaledwie cześć zabranego majątku. Komuniści zabrali Kościołowi katolickiemu około 155 tys. ha ziemi oraz ponad 4 tys. budynków.

Około 30 – spośród niemal 3 tys. spraw rozstrzygniętych przed Komisją – zostało zaskarżonych do prokuratury. Aktualnie w 16 przypadkach odmówiono wszczęcia śledztwa bądź umorzono postępowanie. Żaden z postawionych przez prokuraturę zarzutów nie został do dziś potwierdzony przez sąd.

Komunistyczne konfiskaty

Na skutek utraty przez Polskę dużej części terytorium państwowego po II wojnie światowej Kościół bezpowrotnie został pozbawiony wszystkich swych dóbr dobra na terenach wschodnich, które weszły w skład ZSRR.

Na pozostałych terenach, w pierwszym okresie po wojnie władze komunistyczne zachowywały pewien umiar wobec Kościoła, gdyż za głównego wroga wówczas uznawały antykomunistyczne podziemie oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. W polityce wobec Kościoła ograniczyły się początkowo do wypowiedzenia Konkordatu z 1925 r., co miało być środkiem służącym do odizolowania go od Stolicy Apostolskiej.

Władze nie przystąpiły zatem od razu do konfiskaty dóbr kościelnych. Dekret promoskiewskiego, agenturalnego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o reformie rolnej z 6 września 1944 r. stwierdzał, że o położeniu prawnym nieruchomości należących do Kościoła ma zadecydować Sejm ustawodawczy. PKWN ograniczył się do przejęcia lasów stanowiących własność instytucji kościelnych. Zagarnięte zostały działki leśne o powierzchni powyżej 25 ha, włącznie z nieruchomościami tam się znajdującymi.

Generalny atak na Kościół nastąpił wraz z końcem lat czterdziestych. Wówczas podjęta została decyzja o pozbawieniu go podstaw materialnych. Pierwszym krokiem była likwidacja dzieł charytatywnych Kościoła. Na podstawie ustawy z 28 października 1948 r. o zakładach społecznych służby zdrowia upaństwowiono wszystkie kościelne szpitale. 8 stycznia 1951 r. weszła w życie ustawa o przejęciu aptek na własność państwa – w tym bardzo licznych prowadzonych przez zakony. 23 stycznia 1950 r. poddano pod przymusowy państwowy zarząd cały majątek znajdujący się we władaniu kościelnej Caritas i jej ogniw.

20 marca 1950 r. komunistyczny Sejm przyjął „ustawę o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom oraz Funduszu Kościelnym”. Stanowiła ona, że upaństwowieniu bez odszkodowania podlegać będą grunty rolne Kościoła i innych związków wyznaniowych. Wyjątkiem miały być gospodarstwa proboszczowskie o powierzchni do 50 ha. oraz do 100 ha na terenie województw poznańskiego, pomorskiego oraz śląskiego. Ponadto Episkopatowi, który zgodził się wówczas podpisać tzw. porozumienie z rządem 14 kwietnia 1950 r., udało się wynegocjować pozostawienie po 5 ha dla każdego domu zakonnego, po 50 ha dla biskupów diecezjalnych oraz dla seminariów duchownych. Wyłączone od konfiskaty miały być też budynki kościelne stojące na zabieranych Kościołowi gruntach.

Jednak praktyka była inna. Konfiskowano zazwyczaj wszystko, nie zważając na przepisy ustanowionego przez samych komunistów prawa. Oblicza się, że sumie zabrano wówczas Kościołowi co najmniej 155 tys. hektarów ziemi. W jego posiadaniu pozostało zaledwie 32 tys. 699 ha ziemi ornej: we władaniu parafii 30 tys. 268 ha, a zakonów 2 tys. 214 ha.

W dwa lata później, mocą dekretu z 24 kwietnia 1952 r. skonfiskowano majątek fundacji religijnych.

Ustawa o dobrach martwej ręki stanowiła, że dochody płynące z przejętego majątku miały być przekazywane na rzecz powołanego wówczas „Funduszu Kościelnego”. Był to jednak zapis martwy, gdyż nie oszacowano nigdy wysokości tych dochodów. Od tego czasu budżet państwa przekazuje Funduszowi na drodze decyzji politycznej określone kwoty. Choć zgodnie z ustawą Fundusz Kościelny miał służyć utrzymaniu i odbudowie kościołów oraz udzielaniu duchownym pomocy materialnej i lekarskiej, to w praktyce przez cały okres komunistyczny służył on przede wszystkim premiowaniu duchownych lojalnych wobec reżimu.

W kolejnych latach władze komunistyczne pozbawiały Kościół nawet tych nielicznych nieruchomości, jakich mu nie zabrano w epoce stalinowskiej. Dokonywało się to stopniowo drogą wywłaszczania lub konfiskaty, do czego jako pretekst służył np. fakt nie płacenia olbrzymich podatków nakładanych na te nieruchomości. Inne budynki zabierano kościelnym placówkom oświatowym w ramach tzw. laicyzacji szkolnictwa.

Na terenach poniemieckich proces odbierania Kościołowi dóbr przebiegał inaczej i trwał dłużej. Początkowo Kościołowi pozwolono na objęcie większości nieruchomości po Kościołach niemieckich. Jednak w 1957 r. Urząd do Spraw Wyznań orzekł, że majątek Kościołów, które w Rzeszy Niemieckiej uznawane były za podmiot prawa publicznego, powinien przejść na własność Skarbu Państwa PRL. Kościół zakwestionował tę decyzję i sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Tenże w grudniu 1959 r. orzekł, że Kościół rzymskokatolicki w Polsce nie jest osobą prawa publicznego. Konsekwencją była masowa i brutalna konfiskata kościelnych gruntów i nieruchomości. Sprawa została uregulowana dopiero w 1971 r. – w okresie odwilży gierkowskiej – na mocy specjalnej ustawy, te budynki i nieruchomości rolne, które nadal pozostawały we władaniu Kościołów, stały się ich własnością.

Jeśli chodzi o dobra ziemskie to jak wylicza znany specjalista ks. prof. Dariusz Walencik, prawnik, autor książki „Rewindykacja nieruchomości Kościoła katolickiego w postępowaniu przed Komisją Majątkową”, Kościołowi zabrano w sumie ok. 155 tys. hektarów. W świetle odnalezionego przezeń dokumentu z 1957 r. podającego dane z 19 diecezji – Kościół utracił do tego czasu 91 tys. ha ziemi i lasów oraz 2203 budynki.
Z dokumentów przechowywanych w Sekretariacie Konferencji Episkopatu a przekazanych KAI – zawierających ankietę, z której korzystał ks. prof. Walencik uzupełnioną w 1964 r. – Kościołowi zabrano do 1964 r.: 3356 budynków, nie biorąc pod uwagę licznych zabudowań gospodarczych. Dane te dotyczą 19 diecezji.

Jeśli chodzi o przeznaczenie, to wśród skonfiskowanych Kościołowi obiektów znajdowało się m. in.:

– 90 szpitali,
– 490 szkół i przedszkoli,
– 278 kaplic i miejsc sprawowania kultu,
– 398 domów katechetycznych, parafialnych i rekolekcyjnych,
– 71 burs i internatów,
– 136 domów dziecka,
– 57 domów starców,
– 1117 domów mieszkalnych.

Z kolei dokument dotyczący konfiskaty budynków należących do zgromadzeń zakonnych pokazuje, że środowiska zakonne starano się pozbawić przede wszystkim prowadzonych przez nie dzieł charytatywnych i edukacyjnych. Stąd zabrano 333 budynki, w których znajdowały się przedszkola: 327 zgromadzeniom żeńskim i 6 męskim. Skonfiskowano 117 domów dziecka należących do zgromadzeń żeńskich i 14 do męskich. Zabrano także 18 szkół podstawowych i 74 szkoły średnie. Zabrano 63 szpitale należące do zgromadzeń żeńskich i 12 do męskich. Skonfiskowano też 52 domy starców należące do zgromadzeń żeńskich. Ponadto zgromadzenia męskie utraciły 29 budynków, w których znajdowały się seminaria duchowne.
Aby wykazać pełen majątek skonfiskowany Kościołowi przez komunistyczne władze w okresie PRL, niezbędne są dalsze badania i kwerendy archiwalne i takowe są prowadzone przez ks. prof. Walencika.
Komisja Majątkowa zwróciła Kościołowi tymczasem 490 budynków, co stanowi – uwzględniając także szacunkowe dane z pozostałych diecezji – zaledwie ok. 12. proc.

Geneza Komisji Majątkowej 

Po zmianach 1989 r. państwo polskie zadeklarowało wolę naprawienia krzywd wobec Kościoła, zgadzając się na zwrot tej części dóbr zagarniętych instytucjom kościelnym, jaka została dokonana z pominięciem wprowadzonego przez komunistów prawa.

Znalazło to wyraz w ustawie z 17 maja 1989 r. o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, w której znalazł się rozdział nt. regulacji spraw majątkowych. W tym celu utworzono Komisję Majątkową, składającą się z przedstawicieli rządu i Kościoła. Komisja ta nie była sądem ani organem administracji publicznej, a postępowanie regulacyjne miało charakter postępowania „quasi mediacyjno-polubownego” między państwem a osobami prawnymi Kościoła. Dlatego też nie przysługiwał tryb odwoławczy od jej rozstrzygnięć (i nie jest to jedyny wyjątek w prawie polskim), co zresztą później stało się przedmiotem krytyk.

W późniejszych latach zostały powołane analogiczne komisje dla innych Kościołów bądź związków religijnych: Komisja Regulacyjna ds. Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (1998), Komisja Regulacyjna ds. Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego (1994), Komisja Regulacyjna ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich (1997) oraz Międzykościelna Komisja Regulacyjna (2000) rozpatrująca roszczenia innych związków wyznaniowych. Komisje te powstały na mocy ustaw regulujących stosunki państwa z danym związkiem wyznaniowym, bądź ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania i mają analogiczny tryb działania jak Komisja Majątkowa. Warto zauważyć, że prerogatywy, jakie po 1989 r. uzyskał w Polsce Kościół katolicki, były dokładnie kopiowane w ustawodawstwie dotyczącym innych związków wyznaniowych. Nie można więc mówić o jakimkolwiek uprzywilejowaniu naszego Kościoła.

Przedmiotem postępowania przed Komisją Majątkową mogły być tylko nieruchomości zagarnięte z ominięciem komunistycznego prawa. Postępowaniem zostały objęte także nieruchomości kościelne, jeżeli zostały wywłaszczone, a odszkodowanie nie zostało wypłacone, lub wywłaszczone w trybie egzekucji zaległości podatkowych. W przypadku majątku stowarzyszeń kościelnych lub zgromadzeń bezhabitowych przedmiotem postępowania mogły być ich dobra przejęte na drodze rozporządzenia ministra administracji publicznej z 10 marca 1950 r. o ich likwidacji.

Postanowiono, że regulacja nie może naruszyć praw nabytych przez osoby trzecie. W takich wypadkach postanowiono przydzielać mienie zastępcze lub wypłacać odszkodowanie.

Członkowie Komisji Majątkowej wyznaczani byli na zasadzie parytetu przez stronę rządową i kościelną. Ze strony rządu robił to minister spraw wewnętrznych i administracji, a ze strony Kościoła – sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski. Obsługę administracyjną Komisji zapewniało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Uczestnikiem postępowania była zawsze poszkodowana instytucja kościelna, która przedstawiała roszczenie do Skarbu Państwa, państwowej osoby prawnej lub jednostki samorządu terytorialnego. Najprostszym rozwiązaniem było zawarcie ugody. Komisja nadawała klauzulę wykonalności ugodzie zawartej między uczestnikami postępowania. Jeśli uczestnicy nie byli w stanie zawrzeć ugody, to Komisja była zobowiązana do wydania orzeczenia przywracającego określoną nieruchomość, przyznającego nieruchomość zastępczą lub odszkodowanie.

Jeśli stanowiska członków Komisji strony kościelnej i rządowej były rozbieżne, następowało tzw. „nieuzgodnienie stanowisk”. Wnioskodawca kościelny mógł wówczas w ciągu sześciu miesięcy wnieść sprawę do sądu.

W praktyce jednak orzeczenia Komisji Majątkowej często napotykały na niespotykane trudności. Najczęściej blokowane były na różnych szczeblach administracji.

Ile oddano? 

Wedle danych jakie zawiera „Sprawozdanie z działalności Komisji Majątkowej w latach 1990 – 2011”, sporządzone przed zakończeniem jej działalności, do Komisji Majątkowej złożone zostały 3063 wnioski o wszczęcie postępowania regulacyjnego. Zespoły orzekające Komisji zatwierdziły 1486 ugód przywracających lub przekazujących własność kościelnym osobom prawnym, wydano 990 orzeczeń przywracających lub przekazujących własność kościelnym osobom prawnym. Natomiast 666 postępowań zakończono odrzuceniem lub oddaleniem wniosku, bądź też umorzeniem postępowania przed Komisją Majątkową. W 136 postępowaniach Zespoły Orzekające nie uzgodniły orzeczenia w sprawie. Na dzień zniesienia Komisji pozostało 216 wniosków, w których nie zakończono postępowania regulacyjnego.

W toku postępowań regulacyjnych Zespoły Orzekające Komisji Majątkowej przekazały osobom prawnym Kościoła katolickiego nieruchomości o łącznym obszarze 65,5 tys. hektarów oraz rekompensatę i odszkodowania w wysokości 143,5 mln zł. oraz 490 nieruchomości zabudowanych. Kościelnym osobom prawnym przekazano w tym 9 przedszkoli, 8 szkół podstawowych, 18 szkół ponadpodstawowych, 8 domów dziecka, 10 domów pomocy społecznej, 19 szpitali oraz 15 innych obiektów służby zdrowia.

Nie wyliczona została dotąd sumaryczna wartość dóbr odzyskanych przez Kościół? W opinii obu ostatnich byłych współprzewodniczących Komisji Majątkowej, Krzysztofa Wąsowskiego i Józefa Różańskiego, obecnie nikt nie jest w stanie policzyć wartości całości roszczeń Kościoła i wartości odzyskanych nieruchomości, gdyż podmioty kościelne uzyskiwały ich zwrot, lub nieruchomość zamienną lub wypłacano odszkodowanie za nieruchomości utracone w różnym okresie i na bazie różnych podstaw prawnych. Ks. prof. Walencik wykazuje, że sprawozdanie MSWiA zawiera liczne braki. Na jego ostateczne wyliczenia wielkości majątku zwróconego Kościołowi trzeba będzie jeszcze poczekać.

W świetle dotychczasowych, szacunkowych wyliczeń ks. prof. Dariusza Walencika, Kościół odzyskał majątek wart najwyżej kilka miliardów złotych. Biorąc pod uwagę, że Kościół dostał tytułem rekompensaty 65 tys. 538 ha nieruchomości, z tego około 65 tys. ha ziemi rolnej, a średnia cena jednego hektara waha się dziś w granicach 17 tys. zł, łatwo wyliczyć, że jej wartość wynosi ok. 1,1 miliarda złotych. Ponadto z puli wojewodów uzyskał 17 tys. hektarów na ziemiach poniemieckich, wartych 340 mln zł. Nie znamy wartości wymienionych wyżej 490 nieruchomości zabudowanych. Trzeba by wycenić osobno każdą z nich. Ale biorąc pod uwagę aktualne ceny rynkowe, szacować można, że ich wartość nie przekracza 2-3 miliardów złotych. W sumie więc Kościołowi zwrócone zostały dobra o wartości nie wyższej niż 5 mld zł.

Konflikt z samorządami

Szczególne problemy wystąpiły na linii Komisja Majątkowa – samorządy. Spowodowane zostało to faktem, że kiedy zapadała decyzja o powstaniu Komisji Majątkowej w 1989 r. – samorządy nie istniały, dlatego nie uwzględniono ich jako partnera w postępowaniu regulacyjnym. Jednak w późniejszych latach na mocy ustaw tworzących samorządy, państwo przekazało im na własność znaczną część tych gruntów, jakie znajdowały się na ich terenach. W ustawie samorządowej jest zapis, że w takich przypadkach samorząd staje się uczestnikiem postępowania regulacyjnego przed Komisją i spadają nań te same obowiązki, jakie miał Skarb Państwa.

Wychodząc z tego założenia, Komisja Majątkowa – w sytuacji, kiedy państwowa agencja nie wyznaczyła gruntu zamiennego za skonfiskowaną nieruchomość – korzystała z prawa możliwości przyznania wnioskodawcy jako mienie zastępcze wskazanej przez niego (i samodzielnie wyszukanej) nieruchomości. Sytuacja ta rodziła jednak olbrzymie napięcia, gdy np. wójt wystawił jakąś nieruchomość na sprzedaż, a w pewnym momencie zostawała ona przyznana określonej instytucji kościelnej. Tak było np. w Krakowie. W 2006 r. komisja przyznała zakonowi cystersów siedem działek o wartości 24 mln złotych. Była to – częściowa tylko – rekompensata za 300 hektarów ziemi zabranej zakonowi, na których pobudowano Nową Hutę. W odpowiedzi na to prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski oprotestował sprawę. Podobne przypadki miały miejsce gdzie indziej.

Niekonstytucyjność?

Zarzut o „niekonstytucyjności” prac Komisji majątkowej powstał ze względu na brak możliwości postępowania odwoławczego od jej orzeczeń. Zostało to zaskarżone w styczniu 2009 r. do Trybunału Konstytucyjnego przez SLD. 15 grudnia 2010 r. Komisję zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego także rzecznik praw obywatelskich prof. Irena Lipowicz. Tak jak SLD, prof. Lipowicz zaskarżyła przede wszystkim fakt, że od decyzji Komisji nie przysługuje odwołanie. Ale przedstawiła szerszą argumentację za tym, że gminy mają prawo do sądowej ochrony mienia.
Trybunał Konstytucyjny 8 czerwca 2011 r. uznał tylko jeden z przepisów o Komisji Majątkowej za niezgodny z Konstytucją oraz umorzył sprawę w pozostałej części. Niekonstytucyjny okazał się przepis mówiący, że rząd określi w rozporządzeniu, mienie których jednostek Skarbu Państwa lub samorządu Komisja może przekazać Kościołowi. A to określać mogła tylko ustawa.

Zarzuty o przestępstwa

Szeroko lansowany był zarzut o zaniżaniu wartości gruntów, które były przyznawane przez Komisję Majątkową jako rekompensaty za utracone mienie. Tymczasem warto pamiętać, że Komisja Majątkowa rozpatrzyła ponad 2800 wniosków, a zarzuty dotyczą zaledwie 30, a wiec około procenta rozpatrzonych spraw. Ponadto żaden z zarzutów nie został dotąd potwierdzony.

Najwięcej jednak szkód reputacji komisji przyniosła działalność Marka Piotrowskiego, który pełnił przed nią rolę pełnomocnika niektórych podmiotów kościelnych – a wcześniej pracował w milicji i SB (w latach 1966 – 1974). Był pełnomocnikiem m.in. zakonu elżbietanek, bazyliki Mariackiej w Krakowie, zgromadzenia norbertanek czy Towarzystwa Pomocy dla Bezdomnych im. Brata Alberta. Część spraw, w których Piotrowski występował jako pełnomocnik budzi zastrzeżenia prokuratury. Oskarżony jest też o wręczenie łapówki jednemu z członków Komisji.

Warszawska Prokuratura Okręgowa postawiła w 2009 r. zarzuty dwóm członkom Komisji Majątkowej ze strony kościelnej: ks. Mirosławowi Piesiurowi oraz Krzysztofowi Wąsowskiemu, za rzekome sfałszowanie (podpisanie w inny, dniu) orzeczenia o przekazaniu Zgromadzeniu Elżbietanek 47 hektarów gruntów na warszawskiej Białołęce po zaniżonej cenie. Jednakże 1 lipca 2011 r. zostali oni oczyszczeni przez prokuraturę z tego zarzutu.

Zarzuty wobec Komisji Majątkowej sformułowało także Centralne Biuro Antykorupcyjne, które wysłało 28 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstw w orzeczeniach Komisji. Wątpliwości CBA wzbudziły m.in. przypadki przekazywania nieruchomości instytucjom, które nie potwierdziły prawa do jej posiadania; zwroty nieruchomości, które w myśl obowiązujących przepisów nie powinny zostać zwrócone; orzeczenia, które wbrew przepisom naruszały prawa nabyte innych osób; wyceny, które mogły być sporządzone z naruszeniem prawa; sposoby przyznawania nieruchomości zamiennych oraz ustalania wysokości odszkodowań.

Na przełomie października i listopada br. gliwicka prokuratura okręgowa postawiła kolejne zarzuty byłym członkom Komisji Majątkowej w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości przy zwrocie kościelnej ziemi.

Zarzuty postawiono czterem byłym członkom Komisji. Dotyczą one wyrządzenia znacznych szkód w sprawach majątkowych oraz tzw. poświadczenia nieprawdy. Gliwicka prokuratura planuje postawić takie same zarzuty co najmniej jeszcze jednej osobie.

Rozwiązanie komisji

W październiku 2010 r. rząd przygotował nowelizację ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego przewidującą likwidację Komisji Majątkowej. Nowelizacja została przyjęta przez Sejm 16 grudnia, stanowiąc, że 1 marca 2011 r. komisja zostanie zniesiona.

Od momentu rozwiązania Komisji wszelkie nierozwiązane przez nią sprawy mogły być w terminie 6 miesięcy kierowane do sądów powszechnych. Jednak zaledwie około 30 z 216 podmiotów kościelnych, w których sprawach nie zakończono postępowania regulacyjnego, takie pozwy złożyło.

Wyznać miłość po wyjściu z szamba

Wyznać miłość po wyjściu z szamba

Wojciech Ziółek
Spowiedź to pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

ROMAN BIELECKI OP: Dlaczego tak często rozmawiamy o spowiedzi? To dowód żywotności tego sakramentu czy raczej naszej bezradności w jego przeżywaniu?

WOJCIECH ZIÓŁEK SJ: Chyba jedno i drugie. Większość z nas czuje, że przez ten sakrament można zrobić wiele dobrego, a jednocześnie bardzo wiele złego. Każdy ma w tym zakresie sporo doświadczeń, od takich, kiedy wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, po takie, w których nie wiedzieliśmy, jak się zachować – krzyczeć czy płakać.

Sam pamiętam, jak w drugiej klasie liceum poszedłem do spowiedzi do jednego z kościołów w moim rodzinnym Radomiu. Powiedzieli mi na oazie, że dobrze mieć w życiu stałego spowiednika, i to najlepiej zakonnika. No to poszedłem. To była taka spowiedź na dzwonek. Zadzwoniłem po księdza i czekałem. I do dziś nie wiem, czy temu księdzu w obiedzie przeszkodziłem, czy w czytaniu gazety, czy w poobiedniej drzemce, bo kiedy przyszedł, to był bardzo wkurzony i strasznie na mnie krzyczał. Strasznie i długo. Przez następne dwadzieścia dwa lata nawet nie wszedłem do tego kościoła. A kiedy sam chciałem wstąpić do zakonu, to nie wiedziałem konkretnie, do którego, ale wiedziałem, że na pewno nie do tego, w którym był tamten zakonnik.

Udało się ojcu przełamać tamtą zadrę?

Tak. W dwudziestą rocznicę mojego życia zakonnego. Pomyślałem sobie: Ziółek, ty już jesteś dorosły facet i czas najwyższy zmierzyć się z demonami przeszłości. I poszedłem się wyspowiadać do tamtego kościoła. Trafiłem do młodego księdza, który mnie bardzo dobrze potraktował i powiedział parę dobrych rzeczy. Tak to się zakończyło.

Nie wszyscy jednak zostają zakonnikami, nie wszyscy mają tyle odwagi, żeby się ponownie zmierzyć z konfesjonałem, i już więcej do spowiedzi nie przychodzą. I to jest rzeczywiście bezradność.

Kiedyś jeden z moich współbraci nazwał spowiedzi przedświąteczne „masówką pokutną”. Spotkało się to z ostrą reakcją jednego z biskupów, który zwrócił uwagę, że nie można tak mówić. Jak ojciec postrzega takie okazyjne spowiedzi? Należy to zjawisko zwalczać czy reformować?

Jezuicka pokora nie pozwala mi pouczać dominikanów, ale gdyby tak powiedział któryś z moich współbraci, to bym go zapytał: A kim ty, chłopie, jesteś, że tak z góry ludzi osądzasz? Skąd wiesz, co się w nich dzieje?

Lubię przedświąteczne spowiedzi. A byłem i proboszczem, i duszpasterzem akademickim, więc wiem, co mówię. Spowiadam wtedy, ile mogę, i czuję się jak w świątyni jerozolimskiej w święto Paschy. Tu przynoszą baranki na ofiarę, tam tłum ludzi napiera, a tu jakieś gołąbki sprzedają, cyrk, gwar i ścisk. Bardzo lubię spowiedzi w Wielką Sobotę, gdy z jednej strony ludzie przychodzą z koszyczkami do święcenia, a z drugiej stoją w gigantycznych kolejkach do konfesjonału. Spowiedź to jest rzeczywistość bosko-ludzka. Człowiek przynosi całą swoją biedę razem z tą kiełbasą do poświęcenia. Przychodzi, staje w kolejce, czeka, kruszeje albo i nie, różnie bywa, ale tylko Pan Bóg ma wgląd w jego serce. Coś mu jednak każe w tej kolejce stanąć i grzechy wyznać. A poza tym, nie bądźmy hipokrytami. Czy jako zakonnicy, jako księża zawsze wyznajemy swoje grzechy bez pośpiechu, elegancko i wzorcowo?

W sąsiedztwie jednego z naszych klasztorów znajduje się galeria handlowa. Najpierw jest Empik, Carrefour, zakupy na całego, a potem kolejny punkt na liście: konfesjonał. I jeszcze basen. Gdzie tu powaga sakramentu?

Właśnie w samym środku. Dzięki temu objawia się Bóg żywy. Przez niedoskonałych ludzi i niedoskonałe obrzędy. A jak to wygląda w Środę Popielcową, przy posypaniu głów popiołem? Wtedy wszyscy jesteśmy równi. I panie w koafiurach, co jedynie lekko uchylają berecik lub kapelusik, i łysiejący panowie, i chłopaki z dredami, i dziewczyny całe w żelach i lakierach, i przemęczeni ludzie w średnim wieku z coraz głębszymi zmarszczkami na czole, i małe dzieci z ciekawością przyglądające się temu, co robią starsi. Wszyscy pochylają głowę, bo taką mają potrzebę. Nieważne czy duchową, czy psychologiczną, nie analizujmy tego drobiazgowo. Jakaś jest. Wszyscy przychodzą do Pana Boga.

Długa kolejka do spowiedzi ma to do siebie, że najczęściej nie ma czasu, żeby z kimś dłużej porozmawiać. Co wtedy?

I jest, i nie ma. Zawsze staram się pytać: A tak ogólnie, to co u pana słychać? Albo: Jak się pani żyje? Jeśli komuś coś leży na wątrobie, to powie, jeśli nie chce, to nie. Doświadczenie podpowiada, że jeśli w kimś jest jakiś ból, to go wypowie. A bywa też, że nie jest jeszcze na to gotowy.

Pamiętam jedną ze swoich spowiedzi, kiedy wylałem wszystkie swoje brudy, co nie było takie łatwe, i usłyszałem od księdza: Dobrze. I tyle. Po czym mnie rozgrzeszył.

No i co, była to spowiedź ważna dla ojca?

Była. Tyle, że gdy odchodziłem od konfesjonału, czułem się zlekceważony, bo przyszedłem z nastawieniem wypowiedzenia czegoś ważnego, a ksiądz nic. Jak to jest z tym pouczeniem?

Nie wiem, czy zawsze powinniśmy dawać naukę. Popatrzmy na Pana Jezusa. Co mówi Ewangelia: Zostali tylko Jezus i niewiasta. „Nikt cię nie potępił?” – zapytał Pan Jezus. „Nikt, Panie” – odpowiedziała kobieta przyłapana na cudzołóstwie. „No to teraz posłuchaj, moja droga, bo chciałem ci powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, staraj się zawsze zachowywać przyzwoicie, pod drugie, unikaj okazji do zła, po trzecie, zachowuj posty…”. Proszę Ojca, nic takiego nie było! Jezus nie powiedział tej kobiecie żadnej nauki.

Raz mówił, a raz nie mówił, bo pouczenia to nie są gotowe schematy. Nieraz potrzeba parę słów, a nieraz tylko rozgrzeszenia. Ważne, żebyśmy się zachowywali w konfesjonale jak ludzie. W taki sposób najlepiej naśladujemy Pana Jezusa.

A po co nam w ogóle ta spowiedź? Po co iść do jakiegoś faceta i jeszcze mu wyznawać grzechy?

To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, dlaczego sam sobie nie powiem, że jestem fajny albo że bardzo się kocham. Każdy przecież potrzebuje takiego wyznania, a jednak nijak nie jesteśmy w tym względzie samowystarczalni. Żeby zadziałało, musimy usłyszeć je od kogoś innego, bo życie to relacja. W spowiedzi chodzi o to samo. Wyznać komuś swoją podłość i głupotę i usłyszeć od niego, że jest mi przebaczona.

Ktoś może powiedzieć, że jemu wystarcza takie wyznanie na początku mszy świętej. Przecież tam też jest spowiedź.

W ostatecznym rozrachunku tylko Pan Bóg wie, czy ten, kto nie chodzi do spowiedzi, wyznał swoje grzechy, czy nie wyznał. Myślę jednak, że spowiedź po cichu, na ucho, to jest wielka mądrość Kościoła. Bo to jest dowód na to, że Kościół bierze serio Wcielenie. Jesteśmy ludźmi, to znaczy nie tylko ulotnym duchem, ale także ciałem. Potrzebujemy kogoś drugiego, kto nam powie – masz przebaczone. Słyszysz? Naprawdę.

Mówimy, że w spowiedzi chodzi o grzech.

Nie zgadzam się z tym. W spowiedzi nie chodzi o grzech, tylko o wyznanie. I to podwójne – wyznanie grzechów i wyznanie miłości. I to wyznanie jest przedmiotem spowiedzi. Ja wyznaję Panu Jezusowi miłość, a On wyznaje ją mnie.

To po co to wymienianie grzechów?

Po to, żeby to obustronne wyznanie miłości nie było tylko górnolotnym ćwierkaniem bez odniesienia do życia, żeby było oparte na twardych życiowych realiach. I żebym tu nie został oskarżony o szerzenie rewolucyjnych haseł, to sięgnijmy do Pisma Świętego, gdzie mamy opisaną spowiedź Piotra, którego Pan Jezus, po zmartwychwstaniu, ale też po wydarzeniach Wielkiego Piątku, pyta: „Czy Mnie kochasz? Czy nadal? Czy wciąż?”. Nie pyta o żal, nie pyta, „czy już nigdy nie będziesz Mnie zdradzał” itd. Jezus nie zamazuje tego, co złe, nie udaje, że się nic nie stało, ale pyta tylko o miłość: Jesteś gotowy wyznać Mi miłość po tym wszystkim?

To w takim razie mamy nie wypowiadać grzechów, skoro Pan Jezus i tak o nich wie?

Nie. Właśnie dlatego mamy to robić. Wypowiadać jeden po drugim. Ważne, żeby nie zapominać, po co to robimy.

Jaki był koniec rozmowy Piotra z Jezusem? Piotr powiedział: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Czyli, Ty wiesz o tym, ile złych i głupich rzeczy zrobiłem, wiesz, że ja zdaję sobie z tego sprawę. Ale Cię kocham. I to jest spowiedź – wyznanie miłości. Ale i w drugą stronę: Pan Bóg mówi mi, że pomimo mojego upaprania w szambie, wciąż mnie kocha tak samo.

Tyle, że podczas spowiedzi zazwyczaj nie potrafimy przejść do tego drugiego członu zdania. Raczej zamartwiamy się, czy na pewno wszystko wyznaliśmy.

Porównam spowiedź i wyznanie grzechów do obrazu z dzieciństwa. Kiedy byliśmy mali, chodziliśmy z kolegami z podwórka w jakieś dziwne miejsca, krzaki nad rzeką czy na place budowy. Wracaliśmy do domu zasmarkani, zapłakani, niosąc na ciele rany cięte, kłute i szarpane. Mama wtedy pytała: „Co się stało?”. Coś tam opowiadaliśmy i mówiliśmy, że boli. Ona się pochylała i pytała, gdzie boli. Wskazywaliśmy te miejsca i wtedy mama mówiła: „To daj, pocałuję i przestanie”. I co? Całowała i przestawało. I nie tylko przestawało, ale było tak fajnie, że pokazywaliśmy inne miejsca i dodawaliśmy, że jeszcze tu mnie trochę boli i jeszcze tam.

Spowiedź to takie zasmarkane mówienie i pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to, żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

Czy grzechy trzeba bardziej rozumieć, czy czuć? Nie zawsze przecież mamy poczucie, że postąpiliśmy źle, tymczasem Kościół naucza, że to grzech. Co wtedy? Nie spowiadać się z tego, czy dla świętego spokoju wyznać to w konfesjonale?

Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, to może rzeczywiście nie rozumie, ale przecież czuje i to wyczucie podpowiada mu, że coś jest nie tak. I w gruncie rzeczy dla kogoś takiego nauczanie Kościoła jest naprawdę ważne.

Takim penitentom trzeba podziękować za szlachetność i uczciwość w konfesjonale. Za to, że potrafią wyrazić swoje wątpliwości, że są szczerzy i przyznają, że na jakiś krok w życiu ich na razie nie stać. To pokazuje, że nie przyszli po to, by zmylić czujność księdza i prześlizgnąć się przez kratki konfesjonału, ale że traktują siebie i sakrament bardzo poważnie. Myślę, że w takich sytuacjach ksiądz nie powinien okazywać swojej wydumanej moralnej wyższości, tylko stanąć po stronie penitenta i próbować go zrozumieć.

Ważne, żeby się strzec fikcji. Można tak wyznać grzechy, jakby nie były grzechami. Tylko jeśli w naszym sercu nie ma pragnienia zmiany, to daremna była spowiedź. Oszukujemy samych siebie. Sądzę, że zadaniem spowiednika jest uświadomienie tego penitentowi. Oczywiście z wielką delikatnością, ale wprost. Nikt nie lubi fikcji, a w ludziach – zwłaszcza młodych – jest wielkie pragnienie życia autentycznego i szczerego, jest wiele szlachetności.

Jak w takim razie kształtować sumienie?

Spójrzmy na to z perspektywy definicji grzechu. I nie chodzi o niuanse biblijne. Grzech to jest rozminięcie się człowieka z celem życia. Takie rozminięcie boli. To trochę tak, jak nie trafić karnego w finale mistrzostw świata. Ale żeby do mnie dotarło, że minąłem się z celem, to muszę ten cel mieć i musi mi na nim zależeć.

Święty Ignacy Loyola swoich Ćwiczeń duchownych nie zaczyna od definicji grzechu, tylko od Fundamentu, który brzmi: „Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją”. Kiedy znajdziemy cel, a potem zobaczymy, jak bardzo się z nim rozmijamy, to zaczynamy walić łbem w ścianę. I to jest dobry żal za grzechy i prawdziwy ból z powodu popełniania grzechów.

Obawiam się, że ze szkolnej katechezy nie wynosimy doświadczenia celu, ale urzędowy obraz Pana Boga. Dlatego potem ksiądz jest urzędnikiem, a konfesjonał okienkiem w urzędzie, do którego przychodzę załatwić sprawę.

Urzędnicze podejście do Boga opiera się na zasadzie uregulowania długów, które nam rosną. I z jednej strony rzeczywiście chodzi o dług, którym jest grzech, i bez tego doświadczenia wobec Boga nie ma chrześcijaństwa. Tyle, że tego długu nie da się ot tak, spłacić. Dlatego chrześcijaństwo jest trudne. Łatwiej bowiem jest żyć bez długu, niż wiedzieć, że wszystko zawdzięczam Komuś, że żyję, bo bez żadnych moich zasług zostałem uratowany od śmierci. Chrześcijaństwo to radość z bycia odnalezionym. Beczałem w kącie, jak jakaś owca, która się zgubiła, i nikt nie mógł mnie znaleźć, tylko On, mój Bóg, mnie znalazł i przytulił.

A co z mechaniczną spowiedzią w pierwsze piątki miesiąca? Co powiedzieć rodzicom, którzy wysyłają dzieci do spowiedzi? Dzieci początkowo chodzą, ale potem zaczynają mówić: „To nie ma sensu chodzić w każdy pierwszy piątek, przecież nie mam grzechu”. Ale instynkt mamy i taty mówi: „Jeśli ich nie przyzwyczaimy, to za chwilę w ogóle nie pójdą”.

Po pierwsze, nie nazywajmy spowiedzi pierwszopiątkowej mechaniczną, a po drugie, nie mieszajmy się rodzicom do wychowywania dzieci. Nie mówmy im, co i jak mają robić, bo oni są z dziećmi na co dzień i tak, jak je uczą jeść i mówić, tak też wiedzą, jak nauczyć je spowiedzi.

Comiesięczna spowiedź to nie tyle mechanizm, ile rytuał, a rytuały w relacji są bardzo ważne. Z dzieciństwa pamiętam, jak w soboty mój tato pastował nam wszystkim buty. To był bardzo ważny rytuał. Mieliśmy małe mieszkanie, więc czyścił te buty w łazience. A dlaczego? Bo następnego dnia była niedziela. A niedziela to jest dzień inny niż wszystkie. Tylko człowiek potrafi tak rozróżniać dni, bo krowy mojego dziadka zachowywały się tak samo w niedzielę i w piątek, taką miały formację (śmiech). Natomiast my potrafimy rozróżniać, potrafimy świętować, potrafimy pościć.

Wszystko zależy od tego, jaką rangę nada się pierwszemu piątkowi. Jeżeli mamusia mówi zblazowanym głosem, leżąc na kanapie: „Synu, idź do kościółka, wyspowiadaj się, a mamusia obejrzy sobie Kiepskich”, to jest dramat. Ale jeżeli mówi: „Idziemy razem do spowiedzi, żeby się powierzyć Sercu Pana Jezusa, bo chociaż każdy z nas jest słaby, to Pan Jezus wciąż bardzo nas kocha, i mamusię, i ciebie, Koteczku, też”, to od razu widać, że to jest inna argumentacja, że to jest inny pierwszy piątek…

Za tym rodzicielskim podejściem kryje się obawa, że w którymś momencie dziecko będzie musiało przejść kryzys wiary. I rodzice próbują jak najdalej przesunąć ten moment w czasie.

I słusznie. Bo trzeba dać dzieciom pewne podwaliny. Mój dziadek w niedzielę nigdy nie pracował, nawet kiedy ksiądz dawał dyspensę na żniwa, bo wreszcie przestało padać. Babcia mówiła do niego: „Franek, może byśmy poszli”? A on mówił: „Matka, jak chcesz, to idź. Ja nie idę, bo niedzielna praca w gówno się obraca”. Wkładał białą koszulę, zapinał pod samą szyję, tak, że mało się nie udusił. Szedł na ławkę koło drogi i tam rozmawiał z ludźmi przez cały dzień albo z nami, swoimi wnuczkami, grał w tysiąca, bo to była niedziela, Dzień Pański, w którym chwali się Pana Boga odpoczynkiem, a nie pracą. Dziadek już od wielu lat nie żyje, ale co mi z tego zostało? Że ja w niedzielę też nie pracuję, bo niedzielna praca…

Co dzieciom zostanie z takiego chodzenia w pierwszy piątek do kościoła? Może niewiele, i prędzej czy później przeżyją jakiś kryzys wiary, bo przestanie im wystarczać mamine tłumaczenie. Ale nawet jeśli kiedyś zakwestionują te praktyki z dzieciństwa (takie kwestionowanie to przecież etap dojrzewania wiary), to gdzieś pod spodem zdanie rodziców będzie się liczyło do końca życia.

Zostańmy przy dzieciach. Szkolny styl przeżywania spowiedzi na długie lata potrafi obciążyć nasz rachunek sumienia. Jak to zmienić?

To prawda, że często zostajemy na poziomie rachunku sumienia z książeczki od Pierwszej Komunii. Lata mijają, ubranko komunijne już przyciasne, a my dalej próbujemy się w nie wcisnąć. Mamy czterdzieści lat i mówimy, że nie słuchamy rodziców, modlimy się do Bozi etc. Już nie wspomnę o zachowaniu piątkowego postu, który w polskich realiach ma wymiar kosmiczny i traktowany jest na równi z przykazaniami. A nawet więcej. To jest przykazanie zerowe. Najpierw jest: słuchaj, Izraelu: „Będziesz pościł w piątek”, potem długo, długo nic i dopiero: „Będziesz miłował Pana Boga swego…”. Post to podstawa. I to post także w piątek w oktawie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, chyba że jakiś biskup łaskawie się zgodzi, żeby tego dnia nie pościć. Ale gdy zapomni wydać dekretu, to skucha, grzech i trzeba się spowiadać. A nawet jeśli wyda, to i tak co wrażliwsi, nauczeni doświadczeniem, będą pościć tak na wszelki wypadek.

Wróćmy do rachunku sumienia. Jak ma go realizować człowiek dorosły? Często przychodzi z drobiazgowo spisanymi grzechami.

Ojcze drogi, nie oceniajmy surowo ludzi, którzy przychodzą do spowiedzi z kartkami. A może ktoś ma w sobie lęk albo jego obecna sytuacja duchowo-psychiczna jest taka, że gdyby nie ta kartka, to by się rozsypał? A może ta kartka to dla niego takie „minimum socjalne”, bo dzięki niej ma wgląd w swoje sumienie, choćby na zasadzie wyliczanki? Może to i niedoskonałe, ale przecież zawsze trzeba mieć na uwadze ludzką słabość i to, co mówił Pan Jezus, że teraz jeszcze nie rozumiesz, ale potem będziesz wiedział…

Tyle o minimum, natomiast wersją maksimum nazwałbym to, co mówi święty Ignacy, że rachunkiem sumienia jest umiejętność zauważenia, jak Pan Bóg jest we mnie i jak we mnie pracuje. Czyli patrzę w moje sumienie, na wszystko, co się wydarzyło w ciągu dnia czy tygodnia, i analizuję poruszenia serca. Nie oceniam ich na zasadzie tu źle, tam dobrze, tylko patrzę, tu upadłem, tam nie. Co mnie do tego doprowadziło? Dlaczego choć Pan Bóg do mnie mówił, ja, powodowany tym czy tamtym, popełniłem jakiś grzech albo potrafiłem się powstrzymać? Co takiego się wydarzyło? I to jest rachunek sumienia – nie na zasadzie testu jednokrotnego wyboru, tylko uświadomienia sobie, że w tym wszystkim, co się stało, był obecny Pan Bóg. Również w moich grzechach. Był cały czas blisko, mówił, pokazywał, nie odszedł ode mnie.

W tym, co ojciec mówi, słyszę echo słów świętego Pawła o mocy, która doskonali się w słabości.

Moje niemal pięćdziesięcioletnie doświadczanie słabości powoduje, że to Pawłowe zdanie jest mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie tak dużo rozmawiamy o spowiedzi, bo to jest rzeczywistość, w której z jednej strony bardzo doświadczamy słabości, zarówno naszej, jak i penitenta, i jesteśmy wystawieni na działanie emocji, nerwów, złości, lęku, a z drugiej strony w tym samym momencie niemal namacal nie doświadczamy łaski Bożej.

Nie miejmy do ludzi pretensji, że spowiadają się, a to za krótko, a to za długo, a to za szczegółowo, a to za ogólnie, a to za płytko, a to zbyt skrupulatnie. Spowiadają się, jak umieją, jak im na to pozwala ich słabość. My spowiadamy ich, jak potrafimy, jak nam pozwala na to nasza słabość. Każdy orze, jak może, a moc w słabości się doskonali…

Nie wiem, jak powinna wyglądać dobra spowiedź i kim ja jestem, bym miał kogokolwiek w tym względzie pouczać. Powiem tylko, że zawsze jestem bardzo szczęśliwy, gdy w czasie spowiedzi ktoś zaczyna rozumieć, doświadczać i czuć, że Pan Jezus kocha go takiego zasmarkanego, takiego zalatującego szambem, takiego poranionego i brzydkiego. I że nie wysyła go najpierw pod prysznic, a potem do higienistki i kosmetyczki, tylko przytula go już teraz i patrząc mu w oczy, pyta: „Kochasz Mnie? Masz odwagę to powiedzieć? Masz odwagę Mi to wyznać już teraz? Naprawdę mnie kochasz? Bo tak się składa, że ja ciebie kocham bardzo!”.

Tak sobie myślę, że chyba to jest dobra spowiedź.

 

Za: miesiecznik.wdrodze.pl

Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy

Prawdziwa przyjaźń wymaga wysiłku i pracy
Paweł Kosiński SJ / slo

Jak każda ludzka relacja, przyjaźń wymaga wysiłku i pracy. Już samo założenie, że być przyjacielem wymaga najpierw bycia prawdziwie sobą, sprawia, że jest to niejako zadanie długofalowe, niejednokrotnie ukazywane jako trudny do osiągnięcia ideał.

Przyjaźń wymaga pracy i potrzeba wielu duchowych i osobowościowych cech, które umożliwią nawiązanie i rozwój tej więzi. Warto tu może skoncentrować się na kilku cechach, które są niezbędne do trwałego i pogłębionego przeżywania przyjaźni.

Każda relacja, a w szczególności przyjaźń jest związana z „obecnością”. Jestem przyjacielem poprzez obecność fizyczną, duchową. Przyjaźń wyraża się poprzez poczucie bliskości z drugim człowiekiem. To jest proces, które musi się pogłębiać w rozwoju przyjaźni. Nie zawsze obecność fizyczna jest możliwa, ale dlatego ważne jest «poczucie» więzi. Wielokrotnie możemy bowiem doświadczać, że w przyjaźni czas staje się jakby relatywny. Kiedy spotykamy się po długim nieraz rozstaniu, czujemy, jakby ten czas był wzięty w nawias, nic się nie zmieniło, gdyż poczucie bliskości pozwoliło nam odczuwać «obecność». W przebywaniu z przyjaciółmi liczy się nie tylko ilość czasu spędzanego wspólnie, ale także jego jakość i intensywność. Czasami one właśnie muszą zastąpić niedomiar ilości.

Ważnym elementem przyjaźni jest „cierpliwość”. Cierpliwość ta odnosi się do wszystkich wymiarów relacji z drugim człowiekiem. Muszę być cierpliwy z samym sobą, znosząc siebie samego, swoją niepewność, szczególne oczekiwania i niespełnienia. Muszę być cierpliwy w stosunku do swego przyjaciela, do jego potrzeb i oczekiwań, które nie zawsze muszą iść w parze z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Muszę być w końcu cierpliwy w stosunku do samej wzajemnej więzi, która rozwija się, podlega pewnym procesom, potrzebuje czasu, nie zawsze jest idealna. Cierpliwość wskazuje także na konieczność przyjęcia «cierpienia» w przyjaźni. Być cierpliwym to znaczy zgodzić się na ponoszenie konsekwencji własnej niedoskonałości i niedoskonałości drugiego.

Z cierpliwością tak pojmowaną łączy się jeszcze inna cecha, która jest bardzo ważna w każdej relacji, a mianowicie „zdolność do przebaczenia”. Każda więź jest procesem, którego rozwoju nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który nie zależy tylko od naszej woli. Musimy się zatem zgodzić na pewną niedoskonałość tego, co ludzkie w tej relacji. Nie zasadza się ona bowiem na byciu doskonałym, ale na «byciu sobą», ze wszystkim, co na to się składa. Przyjaźń wymaga przebaczenia i w tej zdolności się sprawdza. Zdolność przyjęcia drugiego takim, jakim jest, a nie tylko takim, jakim chcielibyśmy, by był, jest najlepszym znakiem prawdziwości i głębi tej relacji.

Przyjaźń, będąc procesem dziejącym się w czasie, wymaga „wytrwałości”. Przyjaciele to ludzie, którzy ciągłe się kształtują, którzy wzrastają razem. Trzeba uznać i być prawdziwym w przeżywaniu poszczególnych etapów tej więzi. Nie można bowiem w przyjaźni niczego przyśpieszać czy pomijać.

Zwykle mści się to potem jakimś cierpieniem. Bez wytrwałości, bez pracy nad przyjaźnią, więź ta narażona jest na niepotrzebne złudzenia i cierpienie. Każda przyjaźń jest niepowtarzalna. Choć mówimy o pewnych etapach, tym niemniej nie jesteśmy w stanie znaleźć modelu dla jakiejś relacji przyjacielskiej, do którego moglibyśmy ją dopasowywać.

Do naszego opisu cech mających kapitalne znaczenie w przyjaźni trzeba by jeszcze dodać wymiar duchowy, który staje się niejako dopełnieniem i testem na prawdziwość relacji. Przyjaźń jest związana z „byciem sobą” i ze wspólnym wzrastaniem. W sposób naturalny więc zahacza o duchowy wymiar naszego życia. Pozwala nam odkrywać bowiem w pełni siebie, ale też otwiera nas na głębszą relację do Boga. Duchowy wymiar przyjaźni pomaga w odkrywaniu swojego powołania, wspomaga nas w dawaniu na nie prawdziwej i pełnej odpowiedzi. Przyjaźń daje nam perspektywę, w której lepiej dostrzegamy siebie i kierunki naszego życia. Nie zamyka nas i nie zatrzymuje w rozwoju.

Przyjaźń wymaga dużego stopnia pokory. Pokora jest zdolnością do prawdziwej i realistycznej oceny tego, kim jestem i co mogę dać innym. Sprawia, że staję się wdzięczny za dar przyjaźni, a jednocześnie pomaga nam w uznawaniu tego, czego nam jeszcze wspólnie brakuje. Otwiera nas na bycie cierpliwym, wyrozumiałym. Chroni nas także przed niepotrzebnymi iluzjami.

Więcej w książce: Obudzić serce – Paweł Kosiński SJ

 

Za portalem deon.pl

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach

Skryci ludzie w emocjonalnych więzieniach
Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay / slo

Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie.

E. tłumił w sobie większość swoich myśli i uczuć. Jego ojciec mawiał: „Nawet ryba nie wpadłaby w tarapaty, gdyby miała zamknięte usta!”. Był wychowywany w przekonaniu, że jeśli inni ludzie nie znają jego opinii lub uczuć, nie mogą wyrządzić mu krzywdy albo uzyskać nad nim przewagi. E. żalił się jednak, że często czuje się ” okropnie samotny „.

E. jest jednym z wielu ludzi, którzy wierzą, że mądrze jest być dla innych zagadką: „Im mniej ktokolwiek wie o tobie, tym lepiej”. Nieprawda! Jest to nieporozumienie, które ma często przykre konsekwencje. Nie istnieje bowiem autentyczna miłość lub naprawdę bliska przyjaźń bez osobistych zwierzeń, bez dzielenia się sekretami i wyznaniami. Oczywiście są sytuacje, w których mądrze jest ukryć swoje najgłębsze uczucia przed innymi, ale jeśli ukrywanie sądów i uczuć staje się sposobem na życie, kończy się to emocjonalną i duchową pustką.

Ludzie, którzy przyjmują obronną postawę wobec swojego współmałżonka, swoich przyjaciół i w pozostałych relacjach międzyludzkich, tracą wiele radości, która płynie ze szczerego dzielenia się sobą i poczucia ludzkiej jedności. Osoby te budują sobie samotną, oderwaną od innych egzystencję. Jest to tym gorszy wybór, że przecież jednym z najlepszych sposobów nabywania wiedzy o sobie jest odkrywanie siebie przed innymi.

Nie można zaprzeczyć, że odsłanianie siebie przed innymi może być ryzykowne. Mogą się znaleźć osoby, które spróbują wykorzystać przeciwko tobie ujawnione sekrety, ale zwykle da się wyczuć, kto jest właściwą osobą, a z kim lepiej nie wymieniać nawet zdawkowych opinii; komu możesz powierzyć swoje najskrytsze myśli, uczucia i sprawy, a kto potencjalnie może zawieść twoje zaufanie. Nie ma nic bardziej błędnego i unieszczęśliwiającego niż ciągłe ukrywanie się przed wszystkimi z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa. Odebranie sobie bogactwa płynącego z bliskości z innymi, miłości i budujących związków przez ciągłe ukrywanie się przed innymi doprowadzi do tego, że sam dla siebie staniesz się obcy.

Wiele osób przyznaje z wielką dumą: „Jestem bardzo skrytą osobą”. A co jest w tym takiego godnego podziwu? Bycie zbyt skrytym może być tak samo złe, jak bycie zbyt wylewnym. Wszyscy spotkaliśmy kiedyś gaduły, które podczas pierwszego spotkania dokładnie opowiadały nam swoje życiorysy, ujawniając szczegóły tak osobiste, że większość ludzi wolałaby o nich nie słyszeć. Twarde i niemożliwe do przebicia tarcze, które pewne „bardzo skryte osoby” dzierżaw swoich dłoniach, są równie nieodpowiednie. Nawet bliscy znajomi i członkowie rodziny mogą poczuć się odepchnięci, odrzuceni i wykluczeni. E. i wielu jemu podobnych, którzy podpisują się pod tym przesądem, tak skutecznie dążą do odgrodzenia się od innych murem, że mogą znaleźć się w stanie zupełnej izolacji. Czy to strach, wstyd, wina, czy podejrzenie prowadzą tych ludzi do ukrywania prawdziwych uczuć przed najbliższymi?

Jeśli chcesz utrzymywać zażyłe relacje ze swoją rodziną i przyjaciółmi, szczerze radzimy, byś mówił o swoich sprawach i zwierzał im się ze swoich uczuć i myśli. Naucz się dobierać słuchaczy; nie mów wszystkiego wszystkim. Na początek uważnie dobieraj tych, co do których jesteś pewien, że są godni twojego zaufania. Następnie możesz już z większą otwartością, choć stopniowo odkrywać siebie. Poczuj, jak twoje relacje stają się bardziej satysfakcjonujące. Uczyń mocne postanowienie, aby, zachowując umiar, nie ukrywać swoich szczerych opinii.

Ukrywanie prawdziwych uczuć i tłumienie spontanicznych emocji nie jest zdrowe. Choć nie radzimy ci „zwierzania się” wszystkimi bez wyjątku, to jednak gdy staniesz się bardziej otwarty w stosunku do innych, nic na tym nie stracisz.

Jeżeli jestem dla innych tajemnicą, prawdopodobnie stanowię też zagadkę dla siebie. Bliskie przyjaźnie opierają się na osobistych zwierzeniach i wzajemnym przekazywaniu informacji. Rozsądne otwarcie się na innych buduje zaufanie. Jeśli ludzie akceptują mnie raczej takim, jakim myślą że jestem, niż takim, jakim jestem naprawdę, będę czuł się nienaturalnie i nieuczciwie. Bardzo skryci ludzie żyją w emocjonalnych więzieniach, które sami sobie budują. Ciągłe ukrywanie prawdziwych uczuć przed innymi oddziela cię od siebie samego. Buduj zaufanie i bliskość, okazując swoje uczucia.

Więcej w książce: Jak nie wpaść w depresję. 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie – Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay

 

Za portalem: deon.pl

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta

Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta
ks. Marek Dziewiecki / slo

Tęsknimy za przyjaciółmi, bo przyjaźń to najlepszy system ochronny dla człowieka. Przyjaźń jest dla nas tym, czym dla zamku warownego są mury obronne, a przyjaciel to ktoś, dla kogo język miłości stał się językiem ojczystym.

Głębia przyjaźni zależy od głębi, z jaką przyjaciele przeżywają własne życie, a sama przyjaźń – podobnie jak mądrość i radość – nie jest czymś obowiązkowym. Jest darem, który nas zaskakuje i zdumiewa.

Przyjacielowi mogę ufać dlatego, że pozostaje on wierny ideałom, które nas połączyły. Wychowawca usiłuje mnie zmieniać, a przyjaciel sprawia, że ja sam pragnę się rozwijać. Przyjaźń jest podstawową formą miłości, a życie bez miłości staje się męczeństwem. Dojrzały przyjaciel potrafi mnie kochać niezależnie od tego, czego się dowie o mnie i o moim postępowaniu. Ta niezwykła forma miłości wymaga równie niezwykłej wrażliwości i szlachetności. Przyjaciele mają podobne horyzonty intelektualne, moralne i duchowe.

Łączy ich podobna szlachetność, wierność, ofiarność, zaufanie.

Większość ludzi kontaktuje się z innymi po to, by wymieniać poglądy lub załatwiać jakieś interesy. Przyjaciele kontaktują się ze sobą po to, by się sobą cieszyć. W kontakcie z przyjacielem nie grozi popadanie w schematy czy powierzchowne rozmowy. Nie ma tu miejsca na nudę czy rutynę. Każde spotkanie zaskakuje i przynosi niespodziewaną radość.

Przyjaciele nie przyzwyczajają się do siebie, nie układają scenariuszy kolejnych spotkań. Potrafią przebywać ze sobą w ciszy, bo sama obecność przyjaciół jest sposobem komunikowania miłości.

W kontakcie z przyjacielem nie muszę udawać kogoś innego, przekonywać go, że zasługuję na jego przyjaźń. Nie potrzebuję dowodzić, że jestem mu wierny, bo to jest oczywiste. Przyjaźń daje poczucie bezpieczeństwa podobne do tego, jakiego doświadcza dziecko w ramionach kochających rodziców. Przyjaciel szanuje mnie mimo moich ograniczeń i trudności.

Właśnie dlatego dzielę z nim nie tylko moje radości i sukcesy, ale także troski i chwile bezradności.

Być przyjacielem to czynić dla drugiej osoby znacznie więcej niż to, co wynika ze zwykłej wrażliwości. Przyjaciel potrafi podarować mi nie tylko to, co posiada, ale także to, kim jest. Traktuje mnie jak skarb, który nie może być wymieniony na nic wartościowszego. Moja radość sprawia mu większą radość niż jego własna. Przyjaciel nigdy nie zaproponuje mi czegoś, co byłoby niezgodne z moimi wartościami czy ideałami. Przyjaźń to niezwykły sejf miłości, w którym człowiek może znaleźć skuteczne schronienie dla siebie oraz dla swoich ideałów i aspiracji.

Przyjaźń potrzebuje chwil ciszy i milczenia, a jednocześnie wymaga otwartości i zdolności przyjaciół do dzielenia się myślami i przeżyciami. Przyjaciel rozumie mnie bardziej niż inni ludzie. Ale to nadal „tylko” człowiek, od którego nie mogę wymagać, aby „czytał” w moich myślach i w moim sercu. Z tego względu przyjaźń potrzebuje słów i widzialnych znaków.

Przyjacielem może być tylko ktoś, kto nie jest ani okrutnym wrogiem, ani pobłażliwym „kumplem” dla samego siebie.

Taki człowiek przyjmuje siebie z prawdą i miłością. Gdy odkrywa w sobie coś pozytywnego, wtedy cieszy się i umacnia.

Gdy odkrywa jakąś słabość, wtedy stanowczo stara się ją przezwyciężyć. Przyjaźń do drugiego człowieka mobilizuje do tego, by stawać się coraz dojrzalszym przyjacielem dla samego siebie. Szczęśliwi są ci, których przyjaciele odnoszą się z dojrzałą przyjaźnią do samych siebie.

Kobieta i mężczyzna to dwa różne sposoby przeżywania i wyrażania człowieczeństwa. Z tego względu są dla siebie atrakcyjni. Mogą nauczyć się wiele od siebie i wzbogacić swój sposób bycia człowiekiem. W kontakcie z osobą drugiej płci grozi jednak skupienie się na jej atrakcyjności cielesnej czy emocjonalnej. Wtedy to, co miało być przyjaźnią, może stać się zależnością lub pożądaniem. Dojrzała przyjaźń między kobietą a mężczyzną to miejsce szczególnego rozwoju.

Prawdziwa przyjaźń zaskakuje. Nie można jej zaplanować, ani przewidzieć.

Doświadczenie przyjaźni to nie sprawa szczęśliwego zbiegu okoliczności. Im dojrzalej kochamy, tym łatwiej znajdziemy przyjaciela. Przyjaźń jest nieuchronnym owocem miłości. To nie przypadek, że niektórzy ludzie nie znajdują nawet jednego przyjaciela, a inni są oczekiwani, witani z radością i obdarzani zaufaniem przez wiele osób. Doświadczenie przyjaźni lub jego brak odsłania prawdę o całej naszej postawie życiowej. Przyjaźń – podobnie jak radość – jest osiągalna jedynie dla tych, którzy potrafią bezinteresownie kochać.

Sprawdzianem przyjaźni jest respektowanie wolności przyjaciela. Zauroczenie emocjonalne jest zaborcze, odgradza od innych ludzi i zawęża wolność. Prowadzi do zazdrości, do gwałtownych zmian nastrojów, do niepokoju i konfliktów. Tymczasem przyjaźń nie izoluje od innych ludzi. Jest trudna właśnie dlatego, że wymaga zdolności do połączenia wyjątkowej bliskości z niezależnością. Przyjaźń to spotkanie dwóch dojrzałych wolności. Przyjaciel jest dla mnie darem, który nie żąda odpowiedzi. Człowiek zakochany staje się emocjonalnie zależny od osoby, w której się zakochał. Zwykle osoba ta przysłania mu innych ludzi. Zakochany traci wtedy z oczu wszystko to, co do tej pory było dla niego ważne i cenne. Potrafi zapomnieć o wcześniejszych zobowiązaniach i więziach. Tymczasem przyjaciele nie skupiają się na wzajemnej relacji. Spotykają się w taki sposób, że ich myśli i serca kierują się do osób, wartości i wydarzeń, które są dla nich cenne i ważne.

Przyjacielskie spotkania sprawiają, że w osobach odradza się entuzjazm, wiara w dobro, prawdę i miłość oraz wytrwałość – potrzebna wtedy, gdy każdy powróci do swojej codzienności. Przyjaźń jest na tyle trwała i solidna, na ile trwałe i solidne okazują się ideały i wartości, w które zapatrzeni są przyjaciele. Przyjaciel to ktoś, z kim dzielę podobne ideały oraz zachwycam się tym samym dobrem. Potwierdzeniem przyjaźni jest obecność. Przyjaźń jest możliwa nawet wtedy, gdy przyjaciele są oddaleni o tysiące kilometrów, ale to sytuacja wyjątkowa.

Na co dzień przyjaźń to radosne bycie razem. Droga do przyjaciela wydaje się krótka, niezależnie od jej długości. Dla przyjaciela zawsze znajduję czas i nie liczę spędzonych razem godzin.

Przyjaźń rodzi entuzjazm. Daje niespodziewaną radość. Pomaga wytrwać w trudnościach i cierpieniu. Mobilizuje do rozwoju. Rodzi wrażliwość, subtelność, cierpliwość, dojrzałość, prawość. Przyjaźń uszlachetnia. Przyjaciel to ktoś, kto sprawia, że poszerzają się moje horyzonty intelektualne, emocjonalne, moralne, duchowe, religijne i społeczne. On przynosi nadzieję, wydobywa i chroni to, co we mnie najpiękniejsze. Sprawia, że odnajduję w sobie siły i zdolności, których bez jego pomocy nigdy bym nie odkrył.

W obliczu przyjaciela odsłaniamy nie tylko naszą radość i dojrzałość, ale także nasze ograniczenia i trudności. Jemu zwierzamy się z życiowych ciężarów i bolesnych przeżyć, o których nie mówimy nikomu innemu. Przyjaciel jest zwykle jedynym świadkiem naszych łez.

Jest kimś, kto rozumie, że przyjaźń wierna ma swoją cenę w postaci wspólnego dźwigania trudności tych, którzy nam zaufali. Przyjaciel pozostaje wierny nawet wtedy, gdy sam zostaje zdradzony i skrzywdzony. Pozostaje ze mną wtedy, gdy inni mnie opuszczają.

Właśnie dlatego przyjaźń wiąże się z wielką odpowiedzialnością.

Ten, kto za pomocą przyjaźni usiłuje coś zyskać, zniszczy każdą przyjaźń. Natomiast ten, kto jest przyjacielem nie ze względu na swoje potrzeby czy oczekiwania, ale dlatego, że druga osoba jest dla niego cenna, umacnia przyjaźń i odkrywa, jak wiele sam przez to zyskuje. Przyjaźń może się rozwijać jedynie wtedy, gdy przyjaciele potrafią zaskakiwać siebie wzajemną bezinteresownością. Ludzie niedojrzali kierują się zasadą: „Kocham ciebie, gdyż ciebie potrzebuję”. Przyjaciele kierują się zasadą: „Potrzebuję ciebie, gdyż ciebie kocham”. Przyjaciel cieszy się najbardziej wtedy, gdy sprawia radość z ukrycia. Jego zyskiem jest to, że ja coś zyskuję. Przyjaźń jest szczytem bezinteresowności i dlatego nie można jej kupić ani sprzedać, a jedynie ofiarować.

Łatwo jest być „przyjacielem” od święta. Łatwo towarzyszyć innym ludziom w godzinach ich sukcesów, gdy wszystko układa się po ich myśli i cieszy. Tymczasem prawdziwa przyjaźń weryfikuje się w szarości powszednich dni, które przecież dominują w życiu człowieka. Ludzkie życie nie jest jedynie świętowaniem. Nieuniknione są dni smutku, nieporozumień, zniechęcenia, konfliktów, rozczarowań i niepokojących wątpliwości. W czasie pomyślności mamy wielu „przyjaciół”. W dni niepowodzeń mamy przyjaciół prawdziwych, którzy pojawiają się wtedy, gdy doznaję goryczy porażki i gdy najbardziej potrzebuję wsparcia. Prawdziwą przyjaźń poznaje się nie po jej intensywności, lecz po długości trwania. Spotkanie prawdziwego przyjaciela to przełomowe wydarzenie w życiu człowieka.

Przyjaźń karmi się wdzięcznością.

Wdzięczność rodzi się ze zdumienia, że w moim życiu zostałem obdarowany ponad miarę. Przyjaźń jest jednym z największych powodów do serdecznej wdzięczności. Wdzięczność chroni człowieka przed nadmierną koncentracją na sobie, uwalnia od niedojrzałych oczekiwań i od rozgoryczenia. Tylko człowiek szczęśliwy potrafi być wdzięczny, a człowiek żyjący w dojrzałej przyjaźni jest szczęśliwy.

Niezwykłą cechą przyjaźni jest to, że można nią obdarować zupełnie obcych ludzi i że może okazać się ona silniejsza od więzów krwi. Prawdziwa przyjaźń nie jest jednak nigdy skierowana przeciw więziom rodzinnym zaprzyjaźnionych osób. Przyjaciel to ktoś, kto pomaga mi być dojrzale obecnym w życiu moich bliskich.

Przyjaciel to także ktoś, kto rozumie, że on sam nie wystarczy mi do osiągnięcia pełni szczęścia i rozwoju. Uznaje granice swojej obecności w moim życiu. Respektuje moje prawo do bycia z innymi i do samotności. Przyjaciel to niezwykły towarzysz na mojej drodze życia, ale nie on wytycza mi tę drogę, i nie on staje się moją drogą życia. Przyjaciel kocha mnie w taki sposób, że nie próbuje stać się całym moim światem.

Przyjaźń to naprawdę niezwykły sposób spotykania się z drugim człowiekiem.

To schronienie dla człowieka. To najlepsza polisa na życie i lekarstwo na wszelkie trudności. To przestrzeń, w której czujemy się kochani, cenni i bezpieczni. To wielki skarb. Właśnie dlatego przyjaźń wymaga czujności i pokory. Aby trwać w przyjaźni, nie wystarczy zrozumieć jej reguł, podobnie jak do wygrania meczu nie wystarczy znajomość zasad gry. Potrzebny jest jeszcze mądry trener oraz solidny trening.

Kto pragnie zbudować przyjaźń z drugim człowiekiem i z samym sobą, może jej się uczyć od Boga, którego przyjaźń do ludzi przekracza wyobrażenia ludzkiego umysłu i serca. To właśnie w Bogu przyjaźń między ludźmi znajduje swoje źródło oraz nadzieję na to, że pozostanie trwała, wierna i owocna.

 

Za portalem deon.pl